Napisane 29.07.2010 przez EuroDetektyw w kategoriach: Miasto – okiem mieszczucha
Z Tomaszem Gollobem, najważniejszym polskim sportowcem obecnego czasu rozmawiam na 3 dni przed drużynowymi mistrzostwami świata na żużlu. Rozmawiamy w ogródku restauracji Lwowska – na wrocławskim rynku. Rozmawiamy – specjalnie dla fanów portalu Wroclove2012 – o najbliższej sobocie, o motocyklowym finale w duńskiej jutlandzkiej wiosce Vojens (zaledwie 16 tysięcy mieszkańców!). Ale także o piłce nożnej, o Euro 2012, o Franciszku Smudzie oraz trenerze piłkarzy Hiszpanii, Vincente del Bosque.
Panie Tomaszu. Bez żużlowego niezbędnika, czyli bez skórzanego kombinezonu, solidnego kasku, oblepionego reklamami plastronu, pojemnych rękawic, w końcu bez wielkich ochronnych butów nie wygląda Pan jak ów rzymski hoplita. Raczej jak Jim Jarmusch, amerykański reżyser postmodernistycznych czarno białych filmów. Jest Pan bardzo szczupły, z dalekim echem anoreksji kontrolowanej przez wielkie domy mody. A przecież w dzieciństwie bliscy mówili na Pana Baryła?
Panie Zdzisławie. Ludzie- jak widać – bardzo się nieraz zmieniają. Pierwszy raz słyszę taką recenzję mojego fizys, mojego wyglądu. Pan za to przypomina – z twarzy i przyrostu masy – amerykańskiego generała George’a Pattona, bohatera II wojny światowej. Przypomina Pan aktora grającego Pattona w filmie o tym znakomitym wojennym strategu.
No i dobra. Skupmy się teraz na żużlu. Zanim, włączając Canal , zasiądziemy w sobotę przed telewizorami oglądając Pana kolejny wielki sukces osiągnięty wspólnie z kolegami – porozmawiajmy o wcześniejszych żużlowych startach. Co się stało w Cardiff, w półfinale Grand Prix? Sukces nabierał realnych kształtów, brakowało kropki – a tu lipa. Motocykl uczynił Panu wbrew. Wrogowie i zawistnicy triumfowali.
Zacznę od soboty, od Vojens. To nie będzie rekreacyjny spacerek po medale. Poprzeczka znajduje się o wiele pięter wyżej niż ta zawieszona w Gorzowie. Będąc Anglicy, niespodziewani zwycięzcy drugiego półfinału, inni markowi zawodnicy, napinają mięśnie Duńczycy. Wszystko wyjaśni się za dwa dni. W Cardiff natomiast nie przekreślił moich szans brak metanolu czy zamknięte kraniki. Myślę raczej o awarii elektronicznego zapłonu albo o odpięciu łańcuszka rozrządu. To było prawdopodobne.
Gdy pański motocykl bezsilnie zwalniał, gdy rywale pokazywali plecy – byłem nadto spieniony, czułem złość.
Ja też raptem się rozeźliłem, miałem miękkie nogi. Ale tej złości nadmiernie nie przeciągałem w czasie. Nie rozklejam się. Wiedziałem, że w następnych zawodach będę jeszcze bardziej zmobilizowany, skupiony. I w Gorzowie, w półfinałach mistrzostw świata byłem już w właściwym sobie nastroju. Wynik tego wewnętrznego stanu Pan zna. Zwyciężyliśmy bez wątpliwości.
Fakt. Polscy żużlowcy to dzisiaj szczyty wszelkich statystyk. W podeszczowym Gorzowie Polacy wygrali 19 biegów, 23 punkty przewagi na Duńczykami. To pogrom. Alleluja!
To dobry wynik, rzeczywiście. Potwierdza prawdę, że indywidualne wyczyny to jedno, ale najważniejsza jest drużyna. Gra w zespole. W Gorzowie Wielkopolskim zdobyliśmy tak wiele punktów, że mam nadzieję, bariera psychiczna u Duńczyków została pokruszona, wypalona w sposób zdecydowany. Powiem to po raz wtóry, to, co wydarzyło się w ostatnią niedzielę, jest już historią. Cieszymy się, ale kreujemy już nową rzeczywistość, tę która czeka nas w Vojens. A wspominałem już w publikatorach, że tor w Vojens jest jak kapryśna dziewczyna, albo mocno kocha albo nienawidzi do spodu. Tor jest tam zawsze inny. Czy to na Grand Prix, czy na takich prestiżowych drużynowych zawodach jak te sobotnie. Nie wydaje mi się, żeby Duńczycy przygotowali taki sam tor na trening i na finał. Na pewno nie będzie on spacerowym wybiegiem. Taktyka Danii będzie zupełnie wszak przewrotna. Będą robili wszystko, żeby nas zmylić. Musimy więc na treningu poznać geometrię jazdy, odświeżyć sobie pamięć wcześniejszych tutaj występów.
Czy istotę żużlowego sportu można porównać z walką trawiastych piłkarzy? Obie dyscypliny wiodą swój byt często przed tymi samymi stadionowymi trybunami kibiców? Jak indywidualizm żużlowca i piłkarza można (należy) wpleść w interesy drużyny?
Dobrze Pan to ujął. Sport w swej najważniejszej istocie to rywalizacja. To walka fighterów. Gdzieś w tej rywalizacji jednej i drugiej dyscypliny jest jednak wartość grupy. Przesycony Wrocławiem trener Marek Cieślak nie musi mi mówić, kiedy mam zamknąć gaz, w którą koleinę wjechać, z której strony mijać rywali – to jest moja autorska zawodowa robota. Ale ja jestem skupiony na jeździe, na napierających rywalach – a trener ma ogląd i panoramę całych zawodów. I to trener kreuje taktykę, rzeźbi kształt wyścigów, pracuje taktycznie. Trener więc jest spiritus movens tego, co oglądamy z trybun i na telewizyjnym ekranie.
Można rzec, że na płycie futbolowego stadionu jest właściwie podobnie.
Właśnie. Szukajmy dalej podobieństw. Podczas ostatnich mistrzostw świata w RPA wrażenie zrobił na mnie trener drużyny hiszpańskiej – Vicente del Bosque. Moim faworytem była wprawdzie Argentyna, ale wygrała Hiszpania. Triumfował logiczny zamysł, zdecydowana realizacja przyjętej strategii. Po mistrzostwie Europy, Hiszpanie zdobyli mistrzostwo świata. Pamiętam, jak Niemcy mówili dość chełpliwie o wyrównywaniu porachunków z Hiszpanami. A sędziwy trener del Bosque nie tupał, nie pokrzykiwał chwacko. Opowiadał o pięknie piłki, o fenomenie gry, o niepowtarzalności sytuacji na murawie, w statystykach. Del Bosque to wielki taktyk i żmudny realizator swoich zamierzeń. Na tym polega – szczególnie w sporcie – mistrzostwo skutecznego działania.
A zewnętrznie przypomina mi ten hiszpański szkoleniowiec czerstwego i dobrotliwego Sancho Pansę, baryłkowatego wasala Don Kichota.
A więc pozory mylą. Dla mnie to wspaniały trener i strateg.
Dzięki niemu więc pyszałkowaty Franciszek Smuda, trener Polaków, może ulgowo tłumaczyć to, że przed mistrzostwami świata my dostaliśmy w tyłek od Hiszpanów aż sześć do zera.
Życzę trenerowi i polskim piłkarzom samych dobrych, zwycięskich spotkań. Za dwa lata, także we Wrocławiu, czekają nas wielkie emocje. Myślę, że do tego czasu przygotujemy drużynę godną mistrzostw. Odważną, mocną, zwycięską.
Ogląda Pan mecze wyłącznie te wielkie czy także szarą partaninę, ligową młóckę?
Oglądam mecze ciekawe, w których się dzieje walka. Od przedszkola do mistrzostw świata. Walka – to jest moje kryterium dobrego meczu. Inne mnie nie interesują.
Walka to także dramaty wojowników. Pan takich dramatów w swojej sportowej karierze miał aż nadto. Pęknięcia i tragiczne prawie zwroty hartują? Czy może na karierze sportowej kładą się skamieliną. Każą się zastanowić nad zmiennym losem fightera? Wypadek we Wrocławiu w roku 1999, katastrofa samolotowa – było tego sporo.
We wrześniu 1999 roku na wrocławskim torze zderzyłem się z Piotrem Protasiewiczem. Zawisłem na słupku, już za bandą. Trafiłem do wrocławskiego szpitala przy ulicy Rydygiera. Przez czas jakiś straciłem pamięć i kawałek palca – na stałe. Przewieźli mnie następnie do Bydgoszczy. I już po tygodniu pojechałem na Grand Prix do Danii, właśnie do Vojens.
Pana tato stwierdził wówczas, że to był błąd, że nie powinien Pan jechać. Był Pan na silnych środkach przeciwbólowych i podczas jednego z biegów rywale odjechali – a Pan zorientował się, że wciąż jest jeszcze na starcie.
Pamiętam zawsze niezwykłą frenetyczną serdeczną reakcję tamtej wrocławskiej publiczności, gdy przydarzył się ten wypadek. Więc na jej brzmieniu odjechałem dalej do Danii. Nie znoszę przegrywać, bez względu, co by to nie było. Wiadomo, że inni zawodnicy, by poprawić sobie humor, by się sprawdzić- jadą na mnie. Tak już jest. Gdy się to im uda mówią – wygrałem z Gollobem. Po angielsku nauczyłem się nie nosić serca na talerzu. I w tym wciąż trwam.
Panie Tomaszu. Tego hardego feelingu, wciąż wielkiego serca dla sportu życzę Panu w najbliższą sobotę w twierdzy Ole Olsena – w Vojens. Gdzie głównymi rywalami będą – moim zdaniem – właśnie Duńczycy. Nie mam wątpliwości, że wiele tysięcy wrocławian – Miasta Spotkań i Żużla życzy Wielkiemu Sportowcowi tego samego. Wiadomo – jest tradycja – więc proszę nie dziękować. Ale serca wrocławskich kibiców na pewno są z Panem i z polską drużyną. W sobotę wieczorem będziemy mistrzami świata!
Rozmawiał Zdzisław Blues Smektała
Zdjęcie: Hanna Glegoła
——————————————————- ——————————————————- —
Tomasz Gollob – karierę w sporcie żużlowym (wcześniej startował w zawodach motocrossowych i wyścigach motocyklowych) rozpoczął w 1988 roku w Polonii Bydgoszcz, z którą – poza rocznym epizodem w Wybrzeżu Gdańsk (1989, na czas służby wojskowej) – był związany do 2003. W finale indywidualnych mistrzostw świata na żużlu po raz pierwszy występował w 1993. Po zmianie systemu rozgrywania mistrzostw wygrał inauguracyjny turniej Grand Prix we Wrocławiu w 1995. Od tego czasu nieprzerwanie jest zawodnikiem uczestniczącym w cyklu, z wyjątkiem sezonu 1996, kiedy startował z dziką kartą w 3 turniejach. W 1999 i 2009 zdobył srebrny medal mistrzostw świata, ponadto ma na koncie cztery medale brązowe (1997, 1998, 2001 i 2008). W dorobku ma również cztery złote medale 1996, 2005, 2007 i 2009 oraz cztery srebrne 1994, 1997, 2001 i 2008 z mistrzostw świata w drużynie (wraz z DPŚ ). W latach 1992–1995 oraz 2001–2002, 2006 i 2009 zdobywał złote medale indywidualnych mistrzostw Polski, w karierze ponadto wywalczył pięć srebrnych (1998, 1999, 2003, 2005, 2007) i trzy brązowe (1989, 1990, 1997) medale tych rozgrywek. Jako junior trzykrotnie z rzędu zdobył tytuł młodzieżowego mistrza Polski (w latach 1990–1992). W 2004 i 2005 zdobył tytuły drużynowego mistrza Polski z zespołem Unii Tarnów. W 1999 wygrał Plebiscyt Przeglądu Sportowego na najlepszego sportowca Polski. Mimo zmiany barw klubowych cały czas mieszka z rodziną w Bydgoszczy, w dzielnicy Miedzyń. W 1999 (po zdobyciu wicemistrzostwa Świata) wygrał 65. Plebiscyt Przeglądu Sportowego. 10 czerwca 2007 roku Tomasz Gollob przeżył katastrofę lotniczą. Awionetka, którą podróżowali na mecz rozbiła się po nieudanej próbie lądowania na lotnisku sportowym w Tarnowie, u podnóża góry św. Marcina. Na pokładzie znajdowali się również Rune Holta (żużlowiec Unii Tarnów) oraz mechanik Golloba, Wojciech Malak. Najcięższych obrażeń doznał Władysław Gollob (ojciec Tomasza), który to pilotował wspomnianą awionetkę – złamanie obojczyka oraz kości podudzia. Przyczyną wypadku była prawdopodobnie próba lądowania awionetką na zbyt małym lotnisku, nieprzystosowanym dla maszyn o takiej wadze. Prokuratura ustaliła, że w niedzielę lądowisko było zamknięte i nikt z obsługi nie był przygotowany na lądowanie jakiegokolwiek samolotu. Urząd Lotnictwa Cywilnego potwierdził także, że lądowisko w Tarnowie nie jest w ogóle wpisane do rejestru lądowisk.
Ale to przeszłość – znów Fortuna otacza Tomasza Golloba aurą Zwycięstwa.










