Autor: Tymon Smektała

  • Tomasz Gollob – Jim Jarmusch żużla! – EuroDetektyw 4

    Napisane 29.07.2010 przez EuroDetektyw w kategoriach: Miasto – okiem mieszczucha

    Z Tomaszem Gollobem, najważniejszym polskim sportowcem obecnego czasu rozmawiam na 3 dni przed drużynowymi mistrzostwami świata na żużlu. Rozmawiamy w ogródku restauracji Lwowska – na wrocławskim rynku. Rozmawiamy – specjalnie dla fanów portalu Wroclove2012 – o najbliższej sobocie, o motocyklowym finale w duńskiej jutlandzkiej wiosce Vojens (zaledwie 16 tysięcy mieszkańców!). Ale także o piłce nożnej, o Euro 2012, o Franciszku Smudzie oraz trenerze piłkarzy Hiszpanii, Vincente del Bosque.

    Sytuacja niczym w szlagworcie Jonasza Kofty - Młody Gniewny i Stary Wkur...

    Panie Tomaszu. Bez żużlowego niezbędnika, czyli bez skórzanego kombinezonu, solidnego kasku, oblepionego reklamami plastronu, pojemnych rękawic, w końcu bez wielkich ochronnych butów nie wygląda Pan jak ów rzymski hoplita. Raczej jak Jim Jarmusch, amerykański reżyser postmodernistycznych czarno białych filmów. Jest Pan bardzo szczupły, z dalekim echem anoreksji kontrolowanej przez wielkie domy mody. A przecież w dzieciństwie bliscy mówili na Pana Baryła?

    Panie Zdzisławie. Ludzie- jak widać – bardzo się nieraz zmieniają. Pierwszy raz słyszę taką recenzję mojego fizys, mojego wyglądu. Pan za to przypomina – z twarzy i przyrostu masy – amerykańskiego generała George’a Pattona, bohatera II wojny światowej. Przypomina Pan aktora grającego Pattona w filmie o tym znakomitym wojennym strategu.

    No i dobra. Skupmy się teraz na żużlu. Zanim, włączając Canal , zasiądziemy w sobotę przed telewizorami oglądając Pana kolejny wielki sukces osiągnięty wspólnie z kolegami – porozmawiajmy o wcześniejszych żużlowych startach. Co się stało w Cardiff, w półfinale Grand Prix? Sukces nabierał realnych kształtów, brakowało kropki – a tu lipa. Motocykl uczynił Panu wbrew. Wrogowie i zawistnicy triumfowali.

    Zacznę od soboty, od Vojens. To nie będzie rekreacyjny spacerek po medale. Poprzeczka znajduje się o wiele pięter wyżej niż ta zawieszona w Gorzowie. Będąc Anglicy, niespodziewani zwycięzcy drugiego półfinału, inni markowi zawodnicy, napinają mięśnie Duńczycy. Wszystko wyjaśni się za dwa dni. W Cardiff natomiast nie przekreślił moich szans brak metanolu czy zamknięte kraniki. Myślę raczej o awarii elektronicznego zapłonu albo o odpięciu łańcuszka rozrządu. To było prawdopodobne.

    Gdy pański motocykl bezsilnie zwalniał, gdy rywale pokazywali plecy – byłem nadto spieniony, czułem złość.

    Tomasz Gollob w reprezentacyjnym wyjściowym stroju godowym

    Ja też raptem się rozeźliłem, miałem miękkie nogi. Ale tej złości nadmiernie nie przeciągałem w czasie. Nie rozklejam się. Wiedziałem, że w następnych zawodach będę jeszcze bardziej zmobilizowany, skupiony. I w Gorzowie, w półfinałach mistrzostw świata byłem już w właściwym sobie nastroju. Wynik tego wewnętrznego stanu Pan zna. Zwyciężyliśmy bez wątpliwości.

    Fakt. Polscy żużlowcy to dzisiaj szczyty wszelkich statystyk. W podeszczowym Gorzowie Polacy wygrali 19 biegów, 23 punkty przewagi na Duńczykami. To pogrom. Alleluja!

    To dobry wynik, rzeczywiście. Potwierdza prawdę, że indywidualne wyczyny to jedno, ale najważniejsza jest drużyna. Gra w zespole. W Gorzowie Wielkopolskim zdobyliśmy tak wiele punktów, że mam nadzieję, bariera psychiczna u Duńczyków została pokruszona, wypalona w sposób zdecydowany. Powiem to po raz wtóry, to, co wydarzyło się w ostatnią niedzielę, jest już historią. Cieszymy się, ale kreujemy już nową rzeczywistość, tę która czeka nas w Vojens. A wspominałem już w publikatorach, że tor w Vojens jest jak kapryśna dziewczyna, albo mocno kocha albo nienawidzi do spodu. Tor jest tam zawsze inny. Czy to na Grand Prix, czy na takich prestiżowych drużynowych zawodach jak te sobotnie. Nie wydaje mi się, żeby Duńczycy przygotowali taki sam tor na trening i na finał. Na pewno nie będzie on spacerowym wybiegiem. Taktyka Danii będzie zupełnie wszak przewrotna. Będą robili wszystko, żeby nas zmylić. Musimy więc na treningu poznać geometrię jazdy, odświeżyć sobie pamięć wcześniejszych tutaj występów.

    Czy istotę żużlowego sportu można porównać z walką trawiastych piłkarzy? Obie dyscypliny wiodą swój byt często przed tymi samymi stadionowymi trybunami kibiców? Jak indywidualizm żużlowca i piłkarza można (należy) wpleść w interesy drużyny?

    Dobrze Pan to ujął. Sport w swej najważniejszej istocie to rywalizacja. To walka fighterów. Gdzieś w tej rywalizacji jednej i drugiej dyscypliny jest jednak wartość grupy. Przesycony Wrocławiem trener Marek Cieślak nie musi mi mówić, kiedy mam zamknąć gaz, w którą koleinę wjechać, z której strony mijać rywali – to jest moja autorska zawodowa robota. Ale ja jestem skupiony na jeździe, na napierających rywalach – a trener ma ogląd i panoramę całych zawodów. I to trener kreuje taktykę, rzeźbi kształt wyścigów, pracuje taktycznie. Trener więc jest spiritus movens tego, co oglądamy z trybun i na telewizyjnym ekranie.

    Można rzec, że na płycie futbolowego stadionu jest właściwie podobnie.

    Właśnie. Szukajmy dalej podobieństw. Podczas ostatnich mistrzostw świata w RPA wrażenie zrobił na mnie trener drużyny hiszpańskiej – Vicente del Bosque. Moim faworytem była wprawdzie Argentyna, ale wygrała Hiszpania. Triumfował logiczny zamysł, zdecydowana realizacja przyjętej strategii. Po mistrzostwie Europy, Hiszpanie zdobyli mistrzostwo świata. Pamiętam, jak Niemcy mówili dość chełpliwie o wyrównywaniu porachunków z Hiszpanami. A sędziwy trener del Bosque nie tupał, nie pokrzykiwał chwacko. Opowiadał o pięknie piłki, o fenomenie gry, o niepowtarzalności sytuacji na murawie, w statystykach. Del Bosque to wielki taktyk i żmudny realizator swoich zamierzeń. Na tym polega – szczególnie w sporcie – mistrzostwo skutecznego działania.

    A zewnętrznie przypomina mi ten hiszpański szkoleniowiec czerstwego i dobrotliwego Sancho Pansę, baryłkowatego wasala Don Kichota.

    A więc pozory mylą. Dla mnie to wspaniały trener i strateg.

    Dzięki niemu więc pyszałkowaty Franciszek Smuda, trener Polaków, może ulgowo tłumaczyć to, że przed mistrzostwami świata my dostaliśmy w tyłek od Hiszpanów aż sześć do zera.

    Życzę trenerowi i polskim piłkarzom samych dobrych, zwycięskich spotkań. Za dwa lata, także we Wrocławiu, czekają nas wielkie emocje. Myślę, że do tego czasu przygotujemy drużynę godną mistrzostw. Odważną, mocną, zwycięską.

    Ogląda Pan mecze wyłącznie te wielkie czy także szarą partaninę, ligową młóckę?

    Oglądam mecze ciekawe, w których się dzieje walka. Od przedszkola do mistrzostw świata. Walka – to jest moje kryterium dobrego meczu. Inne mnie nie interesują.

    Tomasz Gollob uczy parweniusza (redaktora Smektałę) jak właściwie trzymać kierownicę motocykla żużlowego

    Walka to także dramaty wojowników. Pan takich dramatów w swojej sportowej karierze miał aż nadto. Pęknięcia i tragiczne prawie zwroty hartują? Czy może na karierze sportowej kładą się skamieliną. Każą się zastanowić nad zmiennym losem fightera? Wypadek we Wrocławiu w roku 1999, katastrofa samolotowa – było tego sporo.

    We wrześniu 1999 roku na wrocławskim torze zderzyłem się z Piotrem Protasiewiczem. Zawisłem na słupku, już za bandą. Trafiłem do wrocławskiego szpitala przy ulicy Rydygiera. Przez czas jakiś straciłem pamięć i kawałek palca – na stałe. Przewieźli mnie następnie do Bydgoszczy. I już po tygodniu pojechałem na Grand Prix do Danii, właśnie do Vojens.

    Pana tato stwierdził wówczas, że to był błąd, że nie powinien Pan jechać. Był Pan na silnych środkach przeciwbólowych i podczas jednego z biegów rywale odjechali – a Pan zorientował się, że wciąż jest jeszcze na starcie.

    Pamiętam zawsze niezwykłą frenetyczną serdeczną reakcję tamtej wrocławskiej publiczności, gdy przydarzył się ten wypadek. Więc na jej brzmieniu odjechałem dalej do Danii. Nie znoszę przegrywać, bez względu, co by to nie było. Wiadomo, że inni zawodnicy, by poprawić sobie humor, by się sprawdzić- jadą na mnie. Tak już jest. Gdy się to im uda mówią – wygrałem z Gollobem. Po angielsku nauczyłem się nie nosić serca na talerzu. I w tym wciąż trwam.

    Panie Tomaszu. Tego hardego feelingu, wciąż wielkiego serca dla sportu życzę Panu w najbliższą sobotę w twierdzy Ole Olsena – w Vojens. Gdzie głównymi rywalami będą – moim zdaniem – właśnie Duńczycy. Nie mam wątpliwości, że wiele tysięcy wrocławian – Miasta Spotkań i Żużla życzy Wielkiemu Sportowcowi tego samego. Wiadomo – jest tradycja – więc proszę nie dziękować. Ale serca wrocławskich kibiców na pewno są z Panem i z polską drużyną. W sobotę wieczorem będziemy mistrzami świata!

    Rozmawiał Zdzisław Blues Smektała

    Zdjęcie: Hanna Glegoła

    ——————————————————- ——————————————————- —
    Tomasz Gollob – karierę w sporcie żużlowym (wcześniej startował w zawodach motocrossowych i wyścigach motocyklowych) rozpoczął w 1988 roku w Polonii Bydgoszcz, z którą – poza rocznym epizodem w Wybrzeżu Gdańsk (1989, na czas służby wojskowej) – był związany do 2003. W finale indywidualnych mistrzostw świata na żużlu po raz pierwszy występował w 1993. Po zmianie systemu rozgrywania mistrzostw wygrał inauguracyjny turniej Grand Prix we Wrocławiu w 1995. Od tego czasu nieprzerwanie jest zawodnikiem uczestniczącym w cyklu, z wyjątkiem sezonu 1996, kiedy startował z dziką kartą w 3 turniejach. W 1999 i 2009 zdobył srebrny medal mistrzostw świata, ponadto ma na koncie cztery medale brązowe (1997, 1998, 2001 i 2008). W dorobku ma również cztery złote medale 1996, 2005, 2007 i 2009 oraz cztery srebrne 1994, 1997, 2001 i 2008 z mistrzostw świata w drużynie (wraz z DPŚ ). W latach 1992–1995 oraz 2001–2002, 2006 i 2009 zdobywał złote medale indywidualnych mistrzostw Polski, w karierze ponadto wywalczył pięć srebrnych (1998, 1999, 2003, 2005, 2007) i trzy brązowe (1989, 1990, 1997) medale tych rozgrywek. Jako junior trzykrotnie z rzędu zdobył tytuł młodzieżowego mistrza Polski (w latach 1990–1992). W 2004 i 2005 zdobył tytuły drużynowego mistrza Polski z zespołem Unii Tarnów. W 1999 wygrał Plebiscyt Przeglądu Sportowego na najlepszego sportowca Polski. Mimo zmiany barw klubowych cały czas mieszka z rodziną w Bydgoszczy, w dzielnicy Miedzyń. W 1999 (po zdobyciu wicemistrzostwa Świata) wygrał 65. Plebiscyt Przeglądu Sportowego. 10 czerwca 2007 roku Tomasz Gollob przeżył katastrofę lotniczą. Awionetka, którą podróżowali na mecz rozbiła się po nieudanej próbie lądowania na lotnisku sportowym w Tarnowie, u podnóża góry św. Marcina. Na pokładzie znajdowali się również Rune Holta (żużlowiec Unii Tarnów) oraz mechanik Golloba, Wojciech Malak. Najcięższych obrażeń doznał Władysław Gollob (ojciec Tomasza), który to pilotował wspomnianą awionetkę – złamanie obojczyka oraz kości podudzia. Przyczyną wypadku była prawdopodobnie próba lądowania awionetką na zbyt małym lotnisku, nieprzystosowanym dla maszyn o takiej wadze. Prokuratura ustaliła, że w niedzielę lądowisko było zamknięte i nikt z obsługi nie był przygotowany na lądowanie jakiegokolwiek samolotu. Urząd Lotnictwa Cywilnego potwierdził także, że lądowisko w Tarnowie nie jest w ogóle wpisane do rejestru lądowisk.
    Ale to przeszłość – znów Fortuna otacza Tomasza Golloba aurą Zwycięstwa.

  • Czarna Teczka Breżniewa! – Raport EuroDetektywa 3

    Trwają nadpobudliwe wakacje. Trwają przygotowania do oficjalnej premiery naprawdę wrocławianom niezbędnego portalu – Wroclove2012. To już za kilka dni. Ale życie wciąż tworzy nowe koleiny.

    Czarna Teczka Breżniewa

    Oto w ubiegłym tygodniu uczestniczyłem w ważnej dla mnie (zupełnie nowe doświadczenie – nie tylko zawodowe) międzyludzkiej peregrynacji. W Świdniku – piękne okolice Jeleniej Góry – brałem udział w czymś na kształt medycznego, ściślej psychologicznego sympozjum. Moja w nim rola, owego kulturowego, medialnego „chuligana”, polegała na określeniu roli śmiechu, żartu, humoru w życiu ludzi noszących brzemię raka. A właściwie w życiu kobiet. W agroturystycznym gospodarstwie Podkówka zebrało się – dla rekonwalescencji – dwanaście dzielnych kobiet w wieku od 22 do 65 lat. Dzielnych kobiet, które żartem, śmiechem, pogodą ducha postanowiły oddalić złe chorobowe myśli, pobyć ze sobą jak w filmie „Rejs” – w sprzyjających okolicznościach przyrody.

    Otłuszczony Redaktor

    Do Świdnika pojechałem z pełną stereotypu myślą, że spotkam tam zatroskane pacjentki, które w dużej mierze czas spędzają na rozpamiętywaniu Spraw Życia. Ale gdy od pierwszych chwil znajomości nasze sympozjum nazwałem neologizmem – śmiechozjum, gdy wymieniliśmy kilkanaście purenonsensowych zdań, wzięła nas we władanie Pani Sympatia. Jeden otłuszczony redaktor i 12 pogodnych kobiet różnego wieku i zawodów. To musiało się skończyć happy endem, komediowymi dialogami. Mówiliśmy zatem o slapstickowych filmach, obyczajowych wpadkach na salonach, nieporadnych rodzinnych uroczystościach i wielu innych sytuacjach wymuszających do roboty mięśnie twarzy. Mocno obecna też, w tych platońskich dialogach była piłka nożna, futbolowe mecze.

    Wiktoriańska Lupa

    Kobiety globalne celnie zrecenzowały ostatnie mistrzostwa świata w RPA, wiele wiedziały o nadchodzących mistrzostwach Europy we Wrocławiu. Kiedy powiedziałem im, że mamy już dostępny internetowy portal Wroclove – na którym pomieszczane są wieści o stadionie, piłce i piłkarzach, obiecały częste na stronie wizyty. Gdy dodałem, że będę tam, wśród spraw Euro 2012, kimś w rodzaju detektywa spoglądającego na postęp prac przy Euro, natychmiast chciały mi podarować fajkę z wiśniowego drewna i lupę wiktoriańskiego inspektora.

    Medialne Biogramy

    Podczas jednego z zajęć śmiechoterapii postanowiliśmy dla ludzi bliskich i dalszych skomponować własne medialne żartobliwe wizytówki. Wizytówki tworzone wspólnie, a wynikające z losowych opowieści wiedzionych przy terapeutycznym stole. Pogodne damy mnie szczególnie obligowały do pracy, bym stworzył ciąg informacji przybliżających użytkownikom portalu Wroclove 2012 sylwetkę EuroDetektywa. Megalomańsko protestowałem, że przecież dla wrocławian nie jestem nieprzeniknioną mgłą czy lodową górą, ale naddałem się. I w efekcie, pod surowym recenzenckim gronem, powstał biogram Fana Euro 2012. Portret obserwatora spraw przybliżających nas do piłkarskiej europejskiej fiesty. Kibicom i innej ważnej publiczności kłania się zatem – z kubikiem zdań, ze swoistym publicznym życiorysem – EuroDetektyw 2012. Redaktor spoglądający na Wrocław przed Euro z pozycji stoika, podkręcanego jednak czujnym krytycyzmem. Oto szczegóły:

    Poeta Ulicy Życie

    Felietonista w butach Arta Buchwalda. Pisarz w bluesowej poświacie Charlesa Bukowskiego. Poeta ulicy Życie. Admirator jazzu Jimmiego Smitha i bluesa Roberta Johnsona. Wyznawca tonów Jimiego Hendrixa oraz Janis Joplin. Przyrodni brat albańskiego księcia – Johna Belushiego. Biesiadnik o smakowych kubkach Brillata – Savarina. Dozgonny patriota Wrocławia. Klon birbanta Francois’a Rabelais’go. Podobnie, jak filozof mistyk Jacob Boehme urodzony w Zgorzelcu (Zgoerlitz). Rocznik 1951 (początek działalności na Wschodzie Radia Wolna Europa). Absolwent łódzkiej filmówki, uczelni Romana Polańskiego. Ma ważne prawo jazdy na kombajn. Stoik w podobieństwie Zenona z Kitionu.

    John Belushi - przyrodni brat Zdzisława Smektały

    Dwa Tysiące Felietonów

    Od lat 14 właściciel i reżyser Międzynarodowego Festiwalu Blues Brothers Day (www.bbd.pl). Autor dziesięciu książek, dwóch tysięcy felietonów. W tym prowadzonego od 1989 roku raptularza Jazz dla Mass. Nigdy nie palił tytoniu. Dawny piłkarski junior Olimpii Zgorzelec. Smakuje rozmowy z ludźmi – szczególnie z prawdziwkami. Wciąż oszołomiony prozą Hrabala, Kundery, Bulatovica. Niewolnik markowych skórzanych trzewików. Uwielbia publiczne enuncjacje głupkowatych polityków. Akceptuje bezmyślne wpatrywanie się w sufit. Często – w cichości – zagląda do pustych świątyń. Domaga się młodej świni z rusztu, karpia smażonego na maśle, szpinaku zapieczonego w cieście francuskim. Wymyślacz postmodernistycznych idei w kulturze.

    Ruskie Nakręcane Zegarki

    Ruskie Nakręcane Zegarki

    Z muzeum w ukraińskim Zaporożu ukradł należącą do Leonida Breżniewa czarną teczkę ze świńskiej skóry. Nie akceptuje kobiet w spodniach. Ma nieustanną chcicę na gliwiejące sery (roquefort, bresse bleu). Narkotycznie wącha nowe książki. Lubi woń gorącego asfaltu. Fan zapachowego bukietu złożonego z kobiecego potu, tytoniu, koniaku. Zbiera ruskie nakręcane zegarki. Dezodorantami zamiast pach spryskuje twarz. Jest ministrantem Gustawa Le Bona – jego genialnej pracy „Psychologia tłumu”.

    Ajerkoniak z Gwinta

    Z ciekawością wertuje zapiski, pamiętniki, dzienniki słynnych ludzi. Właściciel I Globalnego Festiwalu Logotypów. A także I w Europie Międzynarodowego Honda Jazz Festival. Smakuje kalifornijskie wina, czasem pociąga z gwinta ajerkoniak. Głowę Lenina z brązu przerobił na gałkę drążka zmiany biegów w Retonie – koreańskim aucie terenowym. Zarejestrował neologizmy – Jazzetta, Jazztivall, Bluestival, Logotival. Ma odręcznie zapisane w kajecie tysiąc sposobów na życie. Prawie cały rok chodzi bez skarpetek. Coraz bardziej milczący. Przepoczwarza się – mentalnie – w styl myślenia i bycia Immanuela Kanta. Pilny obserwator Pętli Czasu. Bluesman, Jazzman. Admirator budowanego maślickiego stadionu Euro 2012, który nazwał – Czapka Taliba. Howgh!

    Zdzisław Smektała

  • Kazimierz Górski powraca? – Raport EuroDetektywa 2

    Napisane 12.07.2010 przez EuroDetektyw w kategoriach: Miasto – okiem mieszczucha

    P5105106.JPG
    Krnąbrna Ludności Nadodrzańskiego Księstwa!
    Niezłomni Wrolove’anie – do upadłego wierzący w organizację Euro 2012 w naszym mieście!

    Trwa upalny poniedziałek, wyciągnięty wprost z pierwszych stron powieści Brunona Schulza – „Sklepy Cynamonowe”. Gdy wywołuję na ekran laptopa te słowa jest 12 lipca 2010 roku. Dzień po najbrzydszym meczu jaki oglądałem na mistrzostwach w RPA. Kopanina, faule, 1 czerwona i 11 bodaj żółtych kartek. Hiszpanie, konkwistadorzy, po raz pierwszy w historii zgarnęli bezkarnie pięć kilogramów złota. Pokonali Holandię. Wolałem wspominać inny dzień. Równo 36 lat temu, w te lipcowe dni właśnie, po pięknym meczu z Brazylią (1 : 0 – bramka Grzegorza Laty, króla tamtych mistrzostw), Polandia wzniosła się na futbolową Czomolungmę. W RFN zostaliśmy wicemistrzami świata. To jest do dzisiaj nasza niespełniona praca Syzyfa. Pchamy polską piłkę pod górę, ale opada ona w dół na upokarzające poziomy. W RPA to gracze Urugwaju przypominali mi właśnie drużynę Polski sprzed tych 36 lat. Walka o każdą piłkę, nie odpuszczanie na całym boisku, piękne strzały na bramkę.

    Kazimierz Górski

    Trenerem tamtej – tytularnie amatorskiej reprezentacji (rok 1974) – był świętej pamięci Kazimierz Górski, człowiek, który w niczym nie przypominał dzisiejszego coacha – Franciszka Smudy. Tego apodyktycznego, chełpliwego (ale na razie bez najmniejszego pokrycia) kierownika przeciętnie wyszkolonych tubylczych piłkarzy. Pan Kazimierz był mądrym, praktycznym stoikiem. Wydawał z siebie oszczędne zdania jak w teatralnych sztukach Czechowa. A każde niemal zdanie stawało się sentencją, Złotą Myślą do nieustannego cytowania („Można wygrać, można przegrać, można zremisować” ). Najwspanialszą maksymę jaką słyszałem w wykonaniu piłkarza z przedwojennego Lwowa to: „Łatwiej kijek obcienkować niż go później pogrubasić!”

    Olga Lipińska

    Wiem co piszę, z Kazimierzem Górskim bowiem zjeździłem w początkach lat 90. wielkie połacie naszej ojczyzny. Podróżowaliśmy z rozrywkowym show – „Moda i Uroda”. Kultowy Trener dorabiał w ten sposób na życie. Na pewno nie zebrał gaży Maradony, więc udawał się w trasy z artystami. Zapełnialiśmy wówczas wczesnokapitalistyczną publicznością wielkie miejskie hale (włącznie z Halą Ludową ). Ludnością pożądającą aluzyjnych scen z kabaretu Olgi Lipińskiej i scenicznych reflektorów na pobrużdżonej twarzy twórcy bezliku wzruszeń: Kazimierza Górskiego. Redaktor Janusz Atlas oraz Wasz EuroDetektyw „zasypywaliśmy” największego polskiego trenera gradem pytań. A Pan Kazimierz powoli, z zadumaniem na nie odpowiadał. Pytania były raczej na każdej imprezie podobne: o Szarmacha, o Latę, o feralną deszczowa bramkę zdobytą przez Gerda Millera. Ale już odpowiedzi Wielkiego Mistrza nie. Starał się odpowiadać ascetycznie – za to smacznie, pointowo, zaskakująco.

    Bezlitosny UZP

    Taka zaskakująca pointa, ale groźna niestety i nieoczekiwana ujrzała dzienne światło w ostatnich godzinach. Oto kontrolerzy wieszczącej organizacji UZP (Urząd Zamówień Publicznych) stwierdzili w raporcie, że nową umowę na stadion zawarto z naruszeniem prawa. Kontrakt może zostać uznany za nieważny. Nie było podstaw do udzielenia zamówienia na dokończenie budowy wrocławskiego stadionu z wolnej ręki. Wytknięto, iż prezydent Wrocławia niezgodnie z prawem zawarł umowę z niemiecką firmą Max Bögl. Co jak wszyscy wiemy uczynił po zerwaniu kontraktu z ospałym Mostostalem Warszawa. A dlaczego zerwał umowę z rachitycznymi wykonawcami? Przyczyną wypowiedzenia było zbyt wielkie ryzyko, że inwestycja nie zostałaby ukończona w terminie. Opóźnienia miały – zdaniem samego Mostostalu – mieć wymiar 5, 6 miesięcy – a to dla terminu zakończenia budowy mogło być katastrofą. Więc na placu budowy zostały stare terminy, ale pojawiła się nowa budowlana firma. O czym szefowie miasta poinformowali UEFA, PZPN i ministra sportu.

    Salomonowa KIO

    Wrocławscy urzędnicy, zanim Mostostal sczyścili z Maślic za 16 milionów odczepnego – obliczyli, że gdyby konsorcjum pracowało w „swoim autorskim” tempie, stadion byłby gotowy za osiem lat!!! Też dobrze, ale nie za bardzo. Więc zrobili dokładnie to, co do nich należy, by blamaż Wrocławia nie był na najbliższe lata tematem knajackich dowcipów. Aby już przyznane naszemu miastu mecze nie toczyły się w napalonym do tego Chorzowie czy w Krakowie. Sprawa jest poważna. Na kontrakcie z firmą Max Bögl dotyczącym dokończenia stadionu (wartym plus minus 655 mln złotych) pojawiły się głębokie rysy. Kontrolerzy argumentują, że przepis, na który powołuje się miasto, pozwala zlecać kontrakty z wolnej rękę tylko po spełnieniu wyjątkowych przesłanek. Takich, których nie można było przewidzieć. A przecież właśnie owych ośmiu lat budowy przewidzieć się nijak nie mogło. Wrocław na pewno wniesie zastrzeżenia do Krajowej Izby Odwoławczej. To teraz ważna chwila, gdyż jej werdykt będzie dla UZP wiążący! I powróci na Maślice radosny pozytywizm. Ale zanim tak się stanie znów minie miesiąc, dwa. To dla budowy trybun, dla całej idei mistrzostw w naszym mieście kolejny nerkowy kamień.

    Czapka Taliba

    Wrocławski stadion, podobny do Czapki Taliba (moja autorska nazwa obiektu) to byt naprawdę wyjątkowy. To dla Wrocławia wieża Eiffla i Centrum Pompidou razem wzięte. Powstaje w boleściach, ale na tysiąc procent będzie w Europie znakiem firmowym miasta. Zatem zróbmy wszystko, by te upierdliwe czkawki pokonać we wspólnocie mieszkańców i władz. Swary przemijających działaczy napakowanych chciejstwem należy oddalić jak najszybciej. Pamiętam bowiem gry w dupniaka i kucanego berka podczas starań o EXPO. Tego EXPO, które teraz finiszuje w Szanghaju. Pamiętam, że nasz organizacyjny budżet był równy kwocie wydanej przez Chińczyków na toaletowy papier. Ale ambicje wrocławskich polityków były wielkie niczym Chiński Mur. Pamiętam te humorystyczne kłótnie, kto jest ważniejszy na zdjęciu, kto pierwszy przemówi – ówczesny wojewoda Ryszard Nawrat czy pomysłodawca EXPO, prezydent Bogdan Zdrojewski. Fakt, było jajcarsko, ale jak się skończyło, każdy zobaczył. I widzi do dzisiaj w telewizyjnych przekazach z Państwa Środka.

    Berek Kucany

    Surowa lekcja wypływająca z nieudanej organizacji EXPO nie była jednak wystarczająco dotkliwa. W miejskiej radzie trwa właśnie kolejny Berek Kucany. PO zapragnęło węszącej komisji do spraw organizacji we Wrocławiu Euro 2012. W podzięce za tego straszaka na prezydenta Dutkiewicza PO obiecuje PiS poparcie dla utworzenia węszącej komisji powodziowej. Ale ludzie Kaczyńskiego musieliby dodatkowo zrezygnować z apelu do rządu w sprawie bezpłatnej Autostradowej Obwodnicy wokół miasta. Grzebanie, grzebanie, grzebanie. Jestem przekonany, że wielu lokalnych działaczy i radnych nabuzowanych własnymi ambicyjkami nie zdaje sobie sprawy o co się toczy gra. Nasze miasto Wrocław, które czasami ma w kraju dobre opinie na wyrost, coraz bardziej (wiadomo – wybory do samorządów i do sejmu) grzęźnie w lokalnej partaninie. Wprawdzie w społecznej aktywności nie jest to byt wyjątkowy. Polityczne sceny w regionach pęcznieją od Gęgaczy i Cienkich Bolków. Ale my mamy w mieście duże wyzwania.

    UZP, KIO, PZPN, UEFA, UM, RP

    UZP, KIO, PZPN, UEFA, UM, RP to skróty, które obecnie determinują nasz dookolny świat. Potrzebna jest ogólna zgoda (a Bóg sam nam rękę poda). Za lat kilka nazwiska ogromnej części radnych zetrze Wiatr Deratyzacji. A stadion, czyli Czapka Taliba słynąć będzie w Europie z wielkich sportowych i kulturalnych imprez (oczywiście jak się będziemy dostatecznie starać ). Wiadomym jest, że trzeba w stronę władzy nieustannie wołać – sprawdzam! Ale dupniak i kucany berek to gra dla petentów Gustawa Le Bona. Tym bardziej, że wszyscy polscy gracze Euro 2012 mają pod górę. Budowa 30 km ekspresowej „piątki” na południu Wielkopolski przypomina ślimaka. W Poznaniu poważne opóźnienia związane są z modernizacją lotniska (na Euro ma powstać nowy terminal i dodatkowy pas kołowania dla samolotów). W Gdańsku są spore problemy z przebudową ulic, mają być gotowe na mistrzostwa. Zasadne pytania zawiera raport pod adresem Warszawy. O ile przebieg budowy Stadionu Narodowego eksperci UEFA ocenili dobrze, to ich poważne wątpliwości budzą prace związane z infrastrukturą wokół. Zagrożone według UEFA są remonty okolicznych ulic i modernizacja stacji kolejowej Warszawa Stadion. Kuleje tam też przeróbka Wybrzeża Szczecińskiego. Nie dokładajmy zatem szlamu na wrocławską część Euro. Na rozpierduchę, dąsy i rozliczenia zawsze będzie czas. Na budowę jest go coraz mniej. Jest go już za mało! Jak Boga Kocham!
    Zdzisław Blues Smektała

    Zdjęcie (na stronie głównej i powyżej) dzięki uprzejmości Aeroklubu Wrocławskiego / fot. Grzegorz Nowak

  • Iron Maiden we Wrocławiu! – Raport EuroDetektywa 1

    Iron Smektała.jpg

    Wrocław versus Iron Maiden

    Ludności bezpowrotnie zarażona frenetycznym uczuciem do naszego energetycznego miasta! Kochankowie Wrocławia! Z pozdrowieniami rzuca się Wam pod nogi Przywódca Wrocławskiego Rynku, staromiejski pieczeniarz i birbant – Zdzisław Blues Smektała. Jestem tutaj wśród Was, bo otrzymałem misję od Boga (oraz portalu Wroclove)! Poważnie! W dodatku to kolejna moja misja. Przed laty wprowadzałem nasze miasto w gospodarcze objęcia dickensowskiego wówczas (od Karola Dickensa) kapitalizmu. Premierowo, moderatorem będąc, otwierałem ogromny barak firmy IKEA na Bielanach, inaugurowałem działalność pierwszego w mieście McDonaldsa (w obecnym budynku galerii Renoma), otwierałem budowę kina Helios, także przecięcie wstęgi w Galerii Dominikańskiej i wielu jeszcze innych pomniejszych świątyń konsumpcjonizmu.

    Miltona Raj Utracony

    Ale, z przeżyć duchowych, wprowadziłem przede wszystkim do mojego dozgonnego Wrocławia ducha bluesa – już 13 lat organizując International Blues Brothers Day. Festival. Byt przesiąknięty zapachem muzyki, zioła, seksu, piwa, pieczonych kurczaków, wolności i tolerancji – tak potępianej przez ciasne umysły wsteczników. Potępianej tak mocno, że chwilami wątpiłem w Ostateczne Spełnienie. Miewałem przed sobą perspektywę Kotła ze Smołą, dźganie Widłami Lucyfera, czyli Raj Utracony Miltona. Myślałem o niechybnej ekskomunice, o wygnaniu – pieszo – na Białoruś, o Wiecznym Potępieniu. A nawet- Bracia i Siostry z Wroclove – o zardzewiałej żyletce Rawa Lux wbitej w nadgarstki. W moje życie zakradał się nieuchronny The End.

    John Belushi

    Mara jednak odeszła! Ludu Królewskiego Wrocławia! Trzydzieści lat po premierze Blues Brothers – w antycznym świętym Rzymie – uznano ten film za katolicki, ba, mocno religijny! Hosanna! Hosanna! Mam więc odpust. Świat pokazuje podszewkę. Poczułem się uzdrowiony. Pamiętacie pewnie, że amerykańską komedię muzyczną Blues Brothers reżyser John Landis zrealizował w 1980 roku. Nakręcił ją podstawie scenariusza, który napisał wspólnie z kanadyjskim aktorem Danem Aykroydem. Oprócz niego w obsadzie filmu znaleźli się: mój brat bliźniak – albański książę John Belushi. Oraz muzyczne legendy jak James Brown, Aretha Franklin, Ray Charles, John Lee Hooker, Cab Calloway. Po latach, dzięki boskim wyrokom, maksyma – We are on a mission from God – znów pozwala mi spać bez zimnych potów.

    We are on a Mission from God

    We are on a Mission from God – spełzła na mnie w dniach ostatnich także z innego powodu. Ona to nakazała mi w tym coraz popularniejszym portalu zostać EuroDetektywem. Gościem baczącym na postępy prac zbliżających nasze miasto (i jego mieszczan) do Euro 2012. Informować tysiące portalowców Wroclove jak skutecznie zbliżamy się do nowoczesnych państw Starego Kontynentu. W których wielkie stadiony są nośnikami Wielkiej Kultury. A nie miejscem Groszowego Targowiska. Dlaczego akurat mnie owionęła misja EuroDetektywa do spraw futbolu i okolic? Ano dlatego – uwaga, teraz będzie strzał z Grubej Berty – bo to ja (z kolegami oczywiście) – zorganizowałem we Wrocławiu najgłośniejszą imprezę futbolową po II wojnie światowej.

    Bruce Dickinson

    Nie 30 lat, jak film Blues Brothers – ale 26 lat temu (1984), z kumatymi kolegami: menadżerem Andrzejem Marcem, telewizyjnym prezenterem Wojciechem Pijanowskim, gitarzystą Jankiem Borysewiczem i innymi zacnymi artystami zorganizowałem na stadionie w Pilczycach ekscytujące widowisko. Mecz, jakiego jeszcze w Polandii nie było. Naprzeciwko siebie stanęły dwie drużyny żądne sukcesu. Po jednej -polski roc’n’roll & dziennikarze. Po drugiej – przybyła z Anglii za Żelazną Kurtynę grupa Mega Gwiazd – Iron Maiden (po raz pierwszy w Polsce, z głośnym albumem Powerslave). Na czele z kapitanem o mocnym wokalnym głosie – Brucem Dickinsonem. Ja byłem kapitanem wyselekcjonowanych z muzycznej branży Polaków. Był smutny szary rok 1984, na pilczyckim stadionie 10 tysięcy widzów gdy ligowy sędzia gwizdkiem dał znak do bezpardonowej walki.

    Iron Maiden.jpg

    Telewizja BBC

    Chłopaki: Bruce Dickinson, Steve Harris, Adrian Smith, Dave Murray byli wybiegani, mobilni i zapalczywi. Tubylcy zaś – przeżarci nikotyną, sarmackością i ciepłym piwem jakby mniej. Ale walka była zażarta. Telewizyjna ekipa BBC kręciła aż furkotały kamery, piłka dosięgała chwilami chmur (przyjrzyjcie się uważnie dołączonej dokumentacji filmowej i fotograficznej), ale niestety, nie było drugiego Wembley. Przerżnęliśmy sromotnie. – jeszcze gorzej niż Anglia z Niemcami na ostatnich mistrzostwach świata. Wyjmowaliśmy piłkę z siatki 6 razy, podczas gdy muzycy Iron Maiden tylko raz. Nie muszę oczywiście dodawać, że honorową bramkę dla Polaków strzelił wasz EuroDetektyw. Huknąłem wprawdzie Panu Bogu w okno, ale piłka wpadła do bramki.

    Do ataku.jpg

    Żelazna Kurtyna

    Pewnie przez nadmiar kilogramów, jakie wówczas godnie nosiłem, skubana telewizja BBC, kręcąc dokument – uwzięła się na Waszego Detektywa. Ale nie dałem się zastraszyć obiektywami. Dwa lata po zakończeniu stanu wojennego krzyknąłem chwacko w kapitalistyczne kamery, że Polska będzie jeszcze mistrzem świata (zobaczcie na filmie BBC)! Mało tego! Za chuligański faul, czując się dumnym synem Polandii nakazałem Bruce’owi Dickinsonowi (dumnemu synowi Albionu), pocałować mnie w proletariacką dłoń. Bruce nie protestował (uwiecznione na filmie). W ten humanistyczny sposób zostałem pierwszym mieszkańcem Bloku Wschodniego, pierwszym człowiekiem zza Żelaznej Kurtyny, którego rockowy gwiazdor zarabiający miliony funtów uszanował w rękę umęczoną walką z komuną. Moja dziennikarska gaża wynosiła wówczas 20 funciaków miesięcznie! Wielotysięczny tłum kibiców ryknął zwycięzko: Wroclove po wsze czasy!!!!

    EuroDetektyw w natarciu.jpg

    Chardonnay Sauvignon

    Jak sami chyba czujecie – tamtej wolnościowej atmosfery nie można postradać, zaprzepaścić. Euro 2012 powinno być kontynuacją zapowiedzianego marszu po tytuł mistrza. Muszę zatem, zobligowany sukcesem 1984 roku, dopilnować, by tamta futbolowa aura trwała. Istnieją dzisiaj wprawdzie opanowywane problemy z budową stadionu na Maślicach – ale to faramuszka w porównaniu z gigantycznymi przeciwnościami sprzed 26 lat. Musiałem wówczas załatwić do angielskiej szatni takie niedostępne na polskim rynku towary jak: trójwarstwowy delikatny papier toaletowy z nadrukiem, lawendowe mydło w płynie, grubo tkane wielokolorowe ręczniki, wyborne wino, południowe owoce, wodę mineralną perriera i takie tam ananasy nieznane wrocławskim tubylcom. Gdyby nie Pewex (wyjaśnienie dla młodzieży – sklepy z towarami opłacanymi w dolarach) byłby blamaż na całą Europę. Ale się udało. Przegraliśmy wprawdzie 6 : 1, lecz w toaletach i w szatni gości był absolutny high life. Jedną taką rolkę wziąłem nawet do domu pokazać synom, czym się będą podcierać, gdy runie system ucisku.

    Wrocław Euro 2012

    A zatem, by nie schrzanić tamtej organizacyjno – sportowej aury będę się przyglądał organizacji futbolowych mistrzostw Euro 2012. Mam nadzieję, że nie zostanę w tej misji Samotnym Prawdziwkiem. Mam nadzieję, że wspólnie z Wami będziemy patrzeć na postęp prac, na sukcesy oraz na fuszerkę i partaninę. Będę się pojawiał w tym miejscu na portalu kilka razy w miesiącu. A gdy będzie taka Wasza wola, częściej. Zaglądajcie zatem do raptularza EuroDetektywa (Jazz dla Mass), piszcie swoje uwagi, doradzajcie, opierniczajcie a owa misja od Najwyższego będzie wnet pożyteczna. We are on a mission from God – znów wytyczy ścieżki mojej (i Waszej) życiowej peregrynacji. Howgh!

    Nie zapomnijcie obejrzeć zdjęciowych i filmowych materiałów tutaj załączonych. Zdzisław Blues Smektała – EuroDetektyw