Tag: Andrzej Wajda

  • Janusz Głowacki – Panienki zażywały przy tym kokainę. A ja, naiwny, pośród tego wszystkiego.

    Wspaniały, niepodrabialny pisarz wyszedł z kadru filmu :Rejs” na stała. Ciekawe, który ze świętych zagra w niebiańskiej wersji „Rejsu” rolę Janka Himilsbacha. Janusz Głowacki był dla mnie – od początku lat siedemdziesiątych ubiegłego stulecia (byłem wówczas zbuntowanym nastolatkiem) – największym żyjącym polskim rzeźbiarzem słów. Zazdrościłem mu szczerze sardonicznej mocy tych słów. Jakiś czas temu zrobiłem z nim – zwichrowany lekuchno – wywiad do prasy. Przeprowadzony wczoraj – wyglądałby tak samo. Przeczytajcie go – proszę.

     Z Januszem Głowackim, dramaturgiem, felietonistą, pisarzem – o zimie, teatrze i zdobywaniu Ameryki – rozmawia wielki fan tego Autora, Zdzisław Smektała

    * Wiele lat temu, w grudniowy dzień, dzwoni Pańska żona i mówi: w Polsce wybuchł stan wojenny…

    – Byłem wówczas w Londynie, tamtejszy teatr załatwił mi mieszkanie na kilka dni, bym uczestniczył w próbach przed premierą mojej sztuki „Kopciuch”. Wyjechałem 6 grudnia 1981 roku, 13 wprowadzono stan wojenny, 16 miała być premiera. Moja żona miała na nią przyjechać. Próbowałem uporczywie dodzwonić się do domu. aby przywiozła więcej butelek wódki na tę okazję. Telefon milczał. 14 zaś rano dzwoni do mnie znajoma z BBC, Nina Smolar, i mówi, że w Polsce rozpoczęła się wojna, że samolot, w którym miała lecieć żona, jako pierwszy został zatrzymany. Dobra, dobra, bez jaj – skomentowałem słowa Niny. Ale żonę zobaczyłem dopiero za kilka lat…

    * Samolot zatrzymano, ale premiera „Kopciucha” się odbyła.

    – Tak, Premiera poszła bardzo dobrze. Mój znajomy, korespondent „New York Times’a” miał w USA prominentnego profesora, który dzięki londyńskiemu sukcesowi na jeden semestr załatwił mi pracę (profesor wizytujący) w niezwykle ekskluzywnym, drogim koledżu w Bonnington, w stanie Vermont. Fantastycznie położona wśród gór i lasów uczelnia. Wyłącznie dla panienek z dobrych domów.

     * Niezły numer na dzień dobry…

    – Niezły. Poza mną wśród pracujących profesorów było jeszcze kilku pedałów i na tym koniec.

    Janusz Głowacki z Waszym felietonistą

    * To miał Pan z tymi dziewczynkami pełne „ręce” roboty. Front pracy zapewniony.

    – Pod pewnym względem było to rzeczywiście korzystne, ale i szalenie absorbujące.

    * Wszystkie dostały zaliczenia do indeksów?

    – Na początku bardzo słabo znałem język angielski, więc gdy uczyłem, to siłą rzeczy duch miał przewagę nad materią. Na zajęcia przynosiłem butlę coca-coli wymieszanej z wódką, piłem tę miksturę i jakoś mi szło w trudnym pedagogicznym biznesie.

    * A co się działo poza lekcjami? W weekendy organizowaliście ostre biby?

    – To było zabawne. Studentki śmigały sportowymi samochodami, miały do dyspozycji straszne pieniądze, a pod pachą nosiły z dumą książki… Kafki, Dostojewskiego.

    * Kochały się natomiast z chłopakami na skórzanych siedzeniach w sportowych, czerwonych autach firmy Lamborghini?

    – W czarnych, nie czerwonych, ale faktycznie sportowych. Tymi samochodami wybierały się na weekendy do Nowego Jorku i jakoś tak się żyło. Panienki zażywały przy tym kokainę. A ja, naiwny, pośród tego wszystkiego.

    * Częstowały Pana działką proszku czy zazdrośnie strzegły narkotyku?

    – W każdym pokoju, na wierzchu, leżało lusterko lub szkło i nożyk, żeby można było sporządzić działkę dla nosa. Wszystko w biały dzień, na luzie.

    * Podczas wyjazdów weekendowych do Nowego Jorku nie próbował pan szukać kontaktów?

    – Próbowałem, ale było bardzo trudno. Bardzo.

    Andrzej Mleczko – wielki admirator talentu Głowackiego – ten sam typ postrzegania świata (z prawej Wasz sługa)

    * Mieszkał Pan na Green Poincie, wśród Polaków, czy od razu chciał się Pan wtopić w ogólny amerykański tygiel?

    – Nie myślałem, by specjalnie się odgrodzić, ale nie chciałem być na Green Poincie, tylko w normalnej Ameryce. Więc nie mieszkałem tam. Nie przyjechałem bowiem znów do Polski, do dzielnicy, w której nawet Portorykanie mówią po polsku. To specyficzne miejsce. Coś na kształt „Baru ostatniej szansy”.

    * Panie Januszu, przyjęcia, rauty, premiery wśród Anglosasów. Jak to wyglądało? W Polsce był Pan ozdobą tzw. warszawki, znawcą etykiety stolicy, jej kobiet. Magiem i dzierżawcą dusz. A w Nowym Jorku? Zamilkł telefon, nikt nie mówił: „Cześć Głowa, idziemy na przyjęcie”. Nie było, licznych w Polsce, „achów” i „ochów”.

    – Mnie tam, proszę pana, ratowało poczucie humoru i dystans do siebie samego. Ale nie będę ukrywał, że było to uczucie okropne. Chodziłem po NY, oglądałem teatry i były to dla mnie kafkowskie zamki nie do zdobycia.

    * Jan Himilsbach – człowiek, z którego teksty Głowackiego zrobiły aktora

    Pomyślał Pan wówczas: Jestem bardzo wkurwiony i napiszę taką sztukę do tych niezdobywalnych teatrów, że zmiękną im kolana.

    – Tak ostro może nie myślałem, ale tak ogólnie to w siebie wierzyłem. Podejrzewałem cały czas, że przecież dobrze piszę. Choć pewności do końca nie miałem. „Kopciuch” poszedł w Londynie dobrze, cmokała krytyka, waliła publiczność, sztukę uznano za najlepszy spektakl roku w Londynie. Pomyślałem, że coś musi się dziać także w USA. To się musi przełożyć na Stany…

    * Tymczasem w Polsce już pana pochowali.

    – Dokładnie… Głowa w Londynie? Niee, niee, niee – żadnych szans. I nagle ten Londyn był wielkim sukcesem.

    * Po przyjeździe do NY dzwonił Pan do agentów teatralnych mówiąc: „Halo. Jestem pisarzem i dramaturgiem z Warszawy. Mam kilka niezłych sztuk, oto recenzje”?

    – Tak nie było.

    * Miał więc Pan agenta za oceanem?

    – Oczywiście. Swojego agenta miałem z Londynu. Próbował coś zrobić w Ameryce, ale mu się nic nie udawało. Wysyłał egzemplarze sztuki, teatry je odsyłały z zabójczą dla artysty w USA metką: „Sztuka pańska jest zbyt europejska”. Gorzej być nie mogło. Ale liczyłem, że coś się stanie. I się wreszcie stało. Wszystko dzięki słynnemu dramaturgowi Arturowi Millerowi.

    * Wstał Pan rano, a tu brzęczy telefon… Halo – mówi Miller – Jest pan OK, wpuszczam pana do klubu high society.

    – Nie. Byłoby to zbyt operetkowe. Po nie kończącej się serii upokorzeń wyszła na jaw moja ulubiona scena z opowiadania Dostojewskiego „Sobowtór”. Bohater stoi w kuchni i myśli, jak od kuchni wedrzeć się na przyjęcie, na które nie chcą go wpuścić od frontu. Widziałem w niej nawet temat na pisanie. Pomyślałem, że takie upokorzenie kogoś, kto przyjeżdża do NY jako europejska gwiazda, może się przełożyć na literaturę. Powoli coś, co doprowadzało mnie do rozpaczy, przemieniało się w sardoniczny chichot. To było niewiarygodne. Dzwoniłem po 5 razy, po 15 razy, telefonowałem do rozmaitych ludzi, do których – jak mówili mi znajomi – koniecznie trzeba zadzwonić. Po czasie zrozumiałem, że ten zwrot: „trzeba zadzwonić” dokładnie nic nie znaczy… Podobnie jak nic nie znaczy zwrot: „Strasznie mi się spodobała twoja sztuka, jest cudowna!”. Jeśli ktoś chce spektakl produkować, to jest w porządku, OK. Inaczej jest to zwykła amerykańska zdawkowa uprzejmość.

    * Więc w wynajętych pokojach, tanich hotelach, pensjonatach wydzwaniał pan do producentów.

    – Nie, nie, nie. Nie mieszkałem nigdy w wynajętych pokojach. Miałem wyłącznie mieszkania.

     * Przy dobrych ulicach?

    – W Nowym Jorku osiadłem najpierw na Waszyngtońskiej. W domu przy tej ulicy mieszkało paru Polaków: Jakub Karpiński, Ireneusz Lasota i chrzestny mojej córki, pracownik „Głosu Ameryki”. Mógłbym ułożyć długą listę, na kilka stron, mieszkań, w których żyłem. Ze znajomymi, z jakimiś panienkami. Różnie bywało.

    * Z ilu walizek składał się na początku Pana bagaż?

    – Z jednej walizki, niedużej w dodatku. Obok garderoby była w niej tylko nadzieja. Dzisiaj się dziwię, że miałem wówczas tyle wiary.

    * Pańskim głównym tworzywem literackim, teatralnym, była polska gnuśność. Czy np. po latach prób w USA, gdyby się nie powiodło, wróciłby Pan na tarczy?

    – Amerykanie mówią, że przyjezdni mają 2 lata szansy. Jeżeli w ciągu tych dwóch lat nic nie zrobią, czeka ich wegetacja.

    * Zmieścił się Pan w tym limicie?

    – Tak, mijał właśnie mój czas, gdy w bardzo dobrym teatrze wystawiono „Kopciucha”. To było zupełnie fantastyczne. Miałem rozmowę z Joe Pappem, największym amerykańskim producentem. Umówił mnie Artur Miller. Pappowi sztuka się podobała, ale potrzebny był głośny reżyser. Bez niego nie ma sensu zaczynać – twierdził. Jego biuro wyglądało jak w filmie „Mefisto” gabinet Goeringa. Kilometry dywanów, setki fotografii: Brando, De Niro itp. Za wielkim biurkiem siedział wzorzec amerykańskiego producenta: cygaro, spokój, pewność siebie. Siedzimy. Papp nic nie mówi. Wreszcie bąka: „Jeżeli zmieścicie się w 100 tys. dolarów, możecie zaczynać”. To było niesamowite, szczyt tego, o czym marzyłem. Wchodzę w Amerykę. Pierwsze wspaniałe chwile od czasu przyjazdu do Nowego Jorku. Reżyser szepnął mi na ucho, że dając pierwsze 100 tysięcy, i przy 200 nie będzie się opierał. I nagle uruchomiony „New York Times”, wielkie reklamy, recenzje na pierwszej stronie.

    * Wreszcie dochodzimy do tych ekskluzywnych przyjęć…

    – Wie pan, te pierwsze przyjęcia… Na początek tak za bardzo mnie nie zapraszali. To się zaczęło dopiero po tym, jak Samuel Friedman napisał o mnie w „NYT” wielki tekst. Wtedy się zrobiłem ciekawostką i atrakcją. Pomagał fakt, że Polska była modna. Nie tylko panienki na przyjęciach były ważne, ale i Norman Mailer, Philip Roth, szczerze mówiąc oni byli ważniejsi. Niezwykle ciepło przeżywałem spotkanie z ludźmi, którzy byli dla mnie legendą, jak Kurt Vonnegut czy Andy Warhol.

    * Jak się Pan ubierał na te przyjęcia?

    – Normalnie. Nauczyłem się, że gdy w zaproszeniu nie widnieje zwrot „Black day” – to się przychodzi w tenisówkach.

    * Kończąc: Polacy Panu pomogli w karierze? Na przykład Jerzy Kosiński?

    – Nie, nie była to wielka przyjaźń. Pokazał mi kawałek nocnego Nowego Jorku i to wszystko.

    * Dał odczuć, że jest Pan ubogim przybyszem?

    – Nie. Był miły. Poznałem go bowiem w chwili, gdy osiągnąłem już pewien sukces. Nie liczyłem absolutnie, że w Stanach jakikolwiek Polak mógłby mi pomóc. Uważam, że jest to absolutnie niemożliwe. Gdybym poniósł straszną klęskę i wrócił, wszyscy oczywiście by mnie pocieszali. Tam nie!!!

    Janusz Głowacki wydał kilka tomów opowiadań i dwa tomy fantastycznych felietonów (szczególnie tych w tygodniku „Kultura”). Światowy sukces przyniosły mu sztuki teatralne: „Fortynbras się upił”, „Kopciuch”. „Polowanie na karaluchy”, „Antygona w Nowym Jorku”, „Czwarta siostra”. Jest autorem wielu zrealizowanych scenariuszy filmowych, w tym kultowego „Rejsu”. Był wykładowcą na Columbia University, Bennington College. Od 1983 roku mieszkał na przemian w Nowym Jorku i w Warszawie.

     

  • Taniec małpy na bębenku

    Smektała na weekend 26

    1

    Osiem pierwszych twarzy fotografował Zdzisław Smektała, dziewiątą, tę na samym dole, Krzysztof Gierałtowski.

    Tak właśnie – taniec małpy na bębenku – Krzysztof Gierałtowski nazywa wernisaże, te w których gra główną rolę. Więcej nie tłumaczył – więc i ja nie pytałem o brzytwę w owej małpy łapie. Uświadamiał mnie w materii swoich autorskich wernisaży podczas niedzielnego, typowo polskiego obiadu. W ostatnią bowiem niedzielę zaprosiłem Krzysztofa, jednego z najwybitniejszych artystów w całej historii polskiej fotografii, specjalizującego się w portrecie – do Dworu Polskiego, tego na wrocławskim Rynku.

    Przy tradycyjnym rosole z kołdunami oraz schabowym z zasmażaną kapustą Krzysztof Gierałtowski (1938, o rok starszy od Niemena) wspominał swoje silne związki z Wrocławiem. Pierwsza czarno biała twarz, jaką autorsko stworzył – działo się w roku 1963 – był portret słynnego lwowsko wrocławskiego matematyka, Hugo Steinhausa. Portret profesora zamówiło doskonałe wówczas graficznie pismo „Ty i Ja”.

    6

    Krzysztof sportretował po wojnie wszystkich najważniejszych Polaków.

    Jego portrety są zazwyczaj uzupełniane specjalnymi rekwizytami, które pozwalają widzowi dopełnić obraz własnymi wyobrażeniami. Przez swoje autorskie obiektywy pokazał – najczęściej czarno białe – wizerunki wybitnych osobowości:

    Andrzeja Wajdy, Sławomira Mrożka, Czesława Miłosza, Ewy Braun, Jana Peszka, Leona Tarasiewicza, Józefa Czapskiego, Stanisława Tyma, Tadeusza Kantora, Jerzego Kosińskiego, Tadeusza Konwickiego, Wojciecha Młynarskiego, Jerzego Urbana, Krzysztofa Zanussiego i dziesiątki innych zawiadowców oraz rzeźbiarzy tubylczej rzeczywistości.

    2

    „Pańskie prace, owe portrety subiektywne, twórcze eksperymenty i rzetelność warsztatu – wyznaczają mistrzowską drogę dla kolejnych pokoleń artystów.

    Jestem Panu wdzięczny za utrwalenie wizerunku wyjątkowych Polaków, z których jesteśmy dumni i których losy są częścią naszej współczesnej historii – tak zafasował na swojej urzędowej firmówce (widziałem na własne oczy) Bronisław Komorowski, prezydent naszego pięknego kraju. Wówczas, kiedy Krzysztof Gierałtowski otwierał (jesień 2013) na Zamku Królewskim wystawę „Portrety bez twarzy”.

    „Mam nadzieję, że odrzucając powierzchowną identyfikacje zbliżam się moimi zdjęciami do pełniejszego opisu polskich indywidualności” – ripostował w katalogu adresat tych słów. 

    9

    Fot: Krzysztof Gierałtowski

    Dalej, wybitni opiniotwórcy, czytajcie ten felieton, od godziny 11, na stronie:   

                                                  www.wroclaw.pl

    Po wejściu na ów oficjalny portal miasta Wrocławia, proszę wpisać, w białym prostokąciku po lewej stronie, tytuł tego felietonu albo moje nazwisko.

    Możecie też – po prostu – wpisać ten tytuł w wyszukiwarkę googla

    Dzięki, za niedogodności przepraszam. To surowe wymogi copyrightu. 

    Zdzisław Smektała            copyright www.wroclaw.pl                    bbd@bbd.p

  • Smecta 103 – Smektała na weekend 9

    Janusz Głowacki totumfacki?

    Wielcy Powinobraniowi Lubuszanie! Ludu prawie śródziemnomorski. Za kilka dni zjawi się w Zielonej Górze – z hukiem – trybun i bojownik, Lech Wałęsa. Powielony, zwielokrotniony, w kolorze, okraszony talentem Andrzeja Wajdy.  Przygotujcie się do tej Oskarowej wizyty – podsyłam Wam ściągę.       Smektała na weekend 9 (1)

    Pisarz i scenarzysta Janusz Głowacki oraz pisarz i felietonista Zdzisław Smektała.

    W Teatrze Wielkim w   Warszawie, jeszcze w kulisach pobrzmiewają echa premierowych oklasków na cześć filmu „Wałęsa. Człowiek z nadziei”.

    A w Stoczni   Gdańskiej – grzybni filmu Andrzeja Wajdy, chłopaki tupią nogami. Film, zaraz   po światowej premierze w Wenecji – zaproszono na sto (!) festiwali na całym   globie. Równolegle, Karol Guzikiewicz, dobrze opłacany, dobrze odżywiany, zawodowy krzykacz, wicek NSZZ „Solidarność” w Stoczni Gdańskiej – woła do właścicieli kapitalistów o zaległe pieniądze dla dzielnej, acz szykanowanej załogi.  Dwa dni temu, w środę, na konta owych stoczniowców, miała trafić druga rata wynagrodzenia, za – uwaga – miesiąc sierpień. Ale komornicy padającej stoczni – konta zablokowali. Dodatkowo Agencja Rozwoju Przemysłu odrzuciła projekt ratowania pechowej dzisiaj firmy – nie da już nędznej złotówki. Zatem szykuje się bankructwo legendarnego zakładu pracy. Stocznia należy do dwóch akcjonariuszy – 75 procent   akcji ma kontrolowana przez ukraińskiego właściciela Siergieja Tarutę spółka Gdańsk Shipyard Group, 25 procent należy do Agencji Rozwoju Przemysłu. Udziałowcy, od kilku miesięcy nie mogą dojść do porozumienia w sprawie sposobu poprawy sytuacji zakładu. Po raz kolejny, firma elektryka Wałęsy,   wypychana jest na aut, degradowana do niższej ligi.

    A w przeszłości działy się w stoczni imienia Lenina historie niezwykłe.

    „Każdy człowiek, który uczestniczył w rzeczach wielkich, zawsze budzi emocje i   wątpliwości. Co więcej, każdy popełnia różne błędy i każdy pewnie ujawnia   różne małości. Ale ludzie, którzy tworzą rzeczy wielkie, mają jedną cechę   wspólną: na ogół mają sporo ludzi małych przeciwko sobie, którzy szukają   sposobu na rozmienienie wielkiej legendy na drobne sprawy i dopatrują się w   drobnych sprawach zasadniczej wagi. Myślę, że będzie się toczył spór o Wałęsę   między tymi, którzy cieszą się dzisiaj z odzyskanej wolności i są z tego   dumni, także z własnych życiorysów, i tymi, którzy sami specjalnie nie   uczestnicząc w wielkim dziele, zachowują przywilej wynikający z życia w   demokracji, że łatwo można negatywnie oceniać innych” – tako rzecze na   premierze filmu o Wałęsie prezydent Komorowski.

     Te słowa przywódcy Polandii rozciągają się troszkę proroczo na twórców fabularnego filmu o przywódcy „Solidarki”. W  kawiarnianych towarzystwach miele się teraz i podsyca konflikt pomiędzy scenarzystą filmu – Januszem Głowackim – a Andrzejem Wajdą, tego obrazu reżyserem. Te kawiarniane towarzystwa z   niecierpliwością oczekują na książkę, w której Janusz Głowacki opisze w swojej, jak sądzę, sardonicznej aurze – współpracę scenarzysty oraz reżysera.  uż dzisiaj – w ciemno – mogę stwierdzić, że książka będzie o wiele bardziej rajcująca niż film. Każdy kto czytał Głowackiego „Wirówkę nonsensu”, „Moc truchleje”, kto smakował tego autora felietony – wie, że oficjalny bieg   kręcenia filmu o pierwszym przywódcy „Solidarki” będzie bladym tłem.

    Miąższ zdarzeń na filmowym planie rozegra się u Głowackiego w imponderabiliach, w niby drobiazgach, które jednak –  opisane przez Głowackiego – wyjdą na plan pierwszy. Wiemy już z pierwszych prasowych   enuncjacji, że w trakcie prac nad filmem, Andrzej Wajda modelował niektóre   sceny napisane przez scenarzystę.

    W miejscach, w których Głowacki maszerował w stronę groteski i ironii, Wajda starał się być poważny i stonowany. Głowacki, grubo przed premierą, mówi więc, że nie wie, co w filmie zostało, a  co wypadło. Tygodnikowi „Newsweek” scenarzysta wyznał tuż przed premierą: nie wiem jaki będzie kształt filmu, nie wiem co będzie wmontowane, a co  wymontowane. „Nie bawi mnie pisanie filmu „bohaterskiego. Śmieszność zawsze łączy się u mnie z patosem, bo bez śmieszności nie ma dramatu. Tak też chciałem pokazać Wałęsę”.

    W innej rozmowie dodał, że ma nadzieję, że film wywoła skandal jak „Pokłosie” Władysława Pasikowskiego. Ale, czy scenariusz poprawiany przez Andrzeja Wajdę wzbudzi dym oraz pożogę – okaże się za kilka tygodni. Ja tego nie prorokuję. Chociaż o widownię na całym świecie bym się   nadmiernie nie martwił. 

    Michał Kwieciński, producent filmu, jak to jest w zwyczaju producentów, bierze ten spór (albo i nie spór) na klatę. Wiem, peroruje, że w mediach pojawiły się informacje sugerujące, jakoby między Andrzejem Wajdą i Januszem   Głowackim miał zaistnieć konflikt dotyczący scenariusza „Wałęsy”.

    Chciałbym uspokoić: żadnego sporu nie ma. Nie rozumiem, skąd się wzięła plotka o konflikcie. Panowie rozmawiają ze sobą, są cały czas w kontakcie, zapraszają się nawzajem na spotkania towarzyskie. Każdy scenarzysta ma własną wizję realizacji swojego   scenariusza. Tego typu „spory” między reżyserem i scenarzystą są normalne – pojawiają się podczas prac nad każdym filmem. I pozostają z reguły prywatną tajemnicą twórców.

    Podam przykład, który zresztą przywoływał na jednym z naszych spotkań   Janusz Głowacki. „Trzeba zabić tę miłość”, reżyseria: Janusz Morgenstern, scenariusz:   Janusz Głowacki. W czasie kręcenia tego filmu między Głowackim i   Morgensternem doszło do takich nieporozumień, że zaczęli zwracać się do   siebie per „pan”. Tymczasem kiedy film już powstał, Głowacki był nim   zachwycony i zachwycony jest do dzisiaj. Pamiętajmy, że „Wałęsa” to film fabularny, a nie dokumentalny. Podstawowe fakty oczywiście się zgadzają. Film miał   konsultanta historycznego, funkcję tę pełnił prof. Andrzej Friszke.

    Są też jednak takie sytuacje, jak ta, gdy Wałęsa dowiaduje się, że   przyznano mu Pokojową Nagrodę Nobla. Powinniśmy pokazać w filmie, że Wałęsa był wtedy na rybach, tymczasem pokazaliśmy, że był na grzybach.

    Co zatem zostaje nam, kołowanym fanom Lecha Wałęsy, Andrzeja Wajdy oraz Janusza Głowackiego? Musimy poczekać do 23 października (środa, imieniny Honoraty,   Igi, Seweryna). To na ten dzień wyznaczono sprzedażną premierę książki   Głowackiego zatytułowanej: „Przyszłem, czyli jak pisałem scenariusz o Lechu Wałęsie dla Andrzeja Wajdy”. Dowiemy się, w jaki sposób podczas pisania scenariusza,   przyszło mu zmierzyć się ze wszystkim, co skrywa hasło-wytrych Lech W., jak  nazwał swojego bohatera. I dlaczego tak łatwo u nas zostać zdrajcą,   co dotyczy zarówno Wałęsy, jak i Głowackiego. A więc będzie   o pisaniu i o kręceniu, o Wajdzie i o Wałęsie, o Polakach i o Polsce. Jak zrobić film o kimś, kto żyje   i wciąż zaskakuje, jak opisać „pomnik, który niestety wciąż gada”? Czarny humor miesza się w tej opowieści z czarną rzeczywistością,   tragedia z groteską, prawda z fikcją, a PRL z wolną Polską – zarzeka się wydawca. Przeprowadzałem z Januszem Głowackim kilka prasowych   wywiadów – wiem, na jakie torfowiska wyprowadza on swoich rozmówców (jeśli mu się to oczywiście uda). Zatem w najbliższym czasie czekają nas dwa wydarzenia na jeden temat.

    4 października, za 8 dni, w piątek, polskie kina przyjmą premierowych widzów filmu o przygodach Lecha Wałęsy. Zaś 23 października dostaniemy do rąk   książkę, z kart której wychyną liczne zdarzenia i przepoczwarzenia,

    Te, które podczas kręcenia filmu występowały. I jedno, i drugie, może być   ciekawe, wszak film „Wałęsa. Człowiek z nadziei” jest polskim kandydatem do Oscara w kategorii: obraz nieanglojęzyczny. Główne role zagrali Robert Więckiewicz, który wcielił się w Lecha Wałęsę, i Agnieszka Grochowska, jako Danuta Wałęsa. W obsadzie są też:   Zbigniew Zamachowski, Maciej Stuhr i włoska aktorka Maria Rosaria Omaggio. Światowa premiera „Wałęsy. Człowieka z nadziei” miała miejsce   5 września na festiwalu w Wenecji.

    Teraz gdańskie wolnościowe akcje trafiają do oceny tubylców. Także   wrocławskich, czyli tych z miasta Władysława Frasyniuka. Ufff! 

    Zdzisław   Smektała     bbd@bbd.pl

    Copyright: www.wroclaw.pl