Smektała na weekend 43
Blues, który nigdy nie zakrztusi się nicością. Zawsze powstanie z kolan. Mimo że w otwartych ranach ma wyłożoną grubą, piekącą sól.
Uff! Właśnie wypisałem sobie L4 i stosowną do tego receptę na alergiczne pyłki.
Ale nie taką, która utrwala awersję – a nawet obrzydzenie – do sukcesu innych.
Nie taką, jaką w te dni ostatnie diagnozował w warszawskim szpitalu Strażnik Pieczęci Zaścianka – Jarosław Kaczyński. Przeciwnie – ja starałem się zmniejszyć entuzjazm do Baracka Obamy, bluesmana z Chicago, pełniącego (już drugą kadencję) posadę kierownika USA. Środowe przemówienie Obamy przed Zamkiem Królewskim wprowadziło mnie w doskonały nastrój. Nie utoczyłem łzy ale puls dygnął chwacko. Cały świat słuchał słów amerykańskiego prezydenta, że to nasze wybory z 1989 roku były początkiem końca komunizmu. To pęd do wolności zapoczątkowany w naszym kraju obalił autorytarne rządy w Europie Wschodniej, skancerował berliński mur. Obama uhonorował Lecha Wałęsę, wspomniał Jana Pawła II, Jan Karskiego, Armię Krajowa i inne milowe kamienie polskiej drogi do wolności, do NATO, UE.
Zwykli ludzie, gdy myślą, mają zmarszczone czoło. Gdy zaś o losach Wolnego Świata myśli jego przywódca – marszczy mu się broda. To oczywista oznaka geniuszu.
Obiecał polskiemu narodowi, że już nigdy nie zostanie pozostawiony tylko sobie samemu. Dodał, że Polska to najważniejszy sojusznik USA. Znalazł też polskość w swoim rodzinnym mieście Chicago, gdzie przecież mieszka blisko milion Polaków (w USA 9 milionów przyznaje się do polskiego pochodzenia). Zna tamtejszy festiwal „Smaki Polski”. A nawet – tu już poszedł na całego – je podczas tej imprezy pierogi i kiełbasę, zatem też trochę czuje się Polakiem – więc w Warszawie jest jakbym był w domu. Czułem w tej trafionej personalnej retoryce, że przemówienie prezydenta USA było adresowane do mnie osobiście – stąd jego piorunująca siła. Także do Władysława Frasyniuka, który na honorowej trybunie, pokazując palcami znak freedom – tańczył pogo.
Bluesmobile o nieokiełznanym charakterze Bestii – bryka podrzucająca Baracka Obamę na okołobluesowe koncerty wiedzione na wszystkich kontynentach
Takie precyzyjne ukontentowanie Polaków, strzał w sercowy patriotyzm, podniesienie nas na duchu, to musiała być także sprawka Stephena D. Mulla (rocznik 1958), od dwóch lat ambasadora USA w Polsce. To niezwykły, energetyczny gościu dobrze mówiący po polsku. W roku 1986 wygnany z Warszawy, oskarżony przez władze PRL o szpiegostwo powrócił do nas jako ambasador. Stylem bycia i uczestnictwem ambasady w społecznym krajowym obiegu zyskał wielu fanów. Lubią go dziennikarze i użytkownicy Twittera, którego jest mistrzem nie do podrobienia. Podczas pobytu prezydenta USA w Warszawie o kilometr wyprzedał media w informowaniu o przebiegu tej wizyty (gdzie diabeł nie może tam wpuścili Mulla).
Kultowi socjotechnicy – bracia Elwood i Jack Blues, obok Alexisa de Tocqueville główni zawiadowcy umysłu Baracka Obamy
Dalej, moi wybitni opiniotwórcy, czytajcie ten felieton w całości, od godziny 11, na oficjalnej internetowej stronie miasta Wrocławia:
Po wejściu na ów portal feelingowego Wrocławia, proszę wpisać, w białym prostokąciku po lewej stronie, tytuł tego felietonu albo moje nazwisko.
Możecie też – po prostu – wpisać ten tytuł w wyszukiwarkę Googla
Dzięki, za ewentualne niedogodności przepraszam.
To surowe wymogi copyrightu, na pewno je rozumiecie.
Zdzisław Smektała copyright www.wroclaw.pl bbd@bbd.



