Tag: Coltrane & Fellini z Wrocławia! – EuroDetektyw cz. 18

  • Coltrane & Fellini z Wrocławia! – EuroDetektyw cz. 18

    Coltrane & Fellini z Wrocławia! – EuroDetektyw cz. 18

    Jesienny Raptularz Zdzisława Smektały

    Czwartek, 4 dzień listopada 2010 po północy

    Za oknami narastający śpiew namolnego deszczu – sprawcy pozaduszkowej melancholii. Po moich niedawnych cmentarnych peregrynacjach pozostał osad z myśli o kruchości życia. Każdego roku znikają za horyzontem Ci, których lubiliśmy, z ich bytowaniem łączyły nas wielkie idee i zwykłe rozmowy. W tym schyłkowym już roku 2010 przeszli na drugą stronę kolejni ludzie, których lubiłem, szanowałem w sposób najzwyklejszy, bez serwilizmu.

    misz masz blues 1

    Stanisław Lenartowicz – wileńszczak, wilniuk, reżyser filmowy, Wielki Wrocławianin, wzór skromności, autor celnych point. Artysta bardzo niedoceniony przez miasto, przez rozdawców wawrzynów. Stanisław dobiegał 90., gdy po codziennym spacerze ścieżkami Biskupina, już po nakarmieniu ptaków, uleciał razem z nimi – w niebo, za bezkres.

    Przed laty widywałem go regularnie w Wytwórni Filmów Fabularnych. Bywał tam w towarzystwie świetnego reżysera Sylwestra Chęcińskiego (pierwszy asystent Lenartowicz!) oraz początkującego reżysera Waldemara Krzystka, który pełnił przy Mędrcach ważną rolę Smarkula ze sztuki Grochowiaka „Chłopcy”. Jak się później okazało, z dobrym skutkiem. Uczeń Mistrzów Kina także wyrósł na sprawnego reżysera, co potwierdził chociażby filmami „Mała Moskwa” czy „W zawieszeniu”, za który Krystyna Janda dostała wiele nagród.

    misz masz blues 2

    Stanisław Lenartowicz debiutował w roku 1958 filmem „Zimowy zmierzch”. Od dnia premiery cenzura wydała na to dzieło wyrok – zakaz rozpowszechniania. Uznano, że w socjalizmie jest to obraz nazbyt indywidualny, osobisty. A ponadto „niesłusznie” łamał klasyczne zasady ówczesnej filmowej narracji. Więc wrzucili nieuczesany film do Dziury Niepamięci. W kilkanaście minut pokazali Staszkowi, gdzie jest miejsce jednostki w ofensywie ludowych mas. Lenartowicz nie był apologetą Czerwonych. W tym kolorze akceptował wyłącznie wino. I to z właściwych winnic.

    Utarto mi nosa za to, że film był osobisty, za opis prowincjonalnej codzienności, za nastrojowość, za stylistykę, za temat, nazbyt psychologizujący, o jakichś tam nudnych kolejarzach – opowiadał po latach.

    Personalnie film utrącił reżyser „Krzyżaków” – Aleksander Ford, w tamtych latach zawiadowca kinowej wyobraźni tubylców.

    misz masz blues 3

    „Zimowy zmierzch” zobaczyłem po raz pierwszy na początku lat 80., gdy studiowałem w łódzkiej szkole filmowej. Swoją głęboko ludzką wymową idealnie wpisywał się w beznadzieję stanu wojennego. Wielkie też wrażenie zrobiła na mnie jazzowa muzyka tego kameralnego obrazu. Doskonale uzupełniała sceny pokazywane na ekranie. Jestem przekonany, że gdyby dzisiaj ścieżka dźwiękowa została wydana na płycie (bez masteringu) nie byłaby wypełniaczem półek w multimedialnych salonach.

    Stanisław był apologetą samotności. Twierdził, że samotność to ważny dar natury, to barometr roztropnie przemijanych dni. „Nikt nie kieruje twoim losem, twoim rozkładem dnia, esencją twego bycia”. Jego sąsiad z Biskupina, też wiekowy poeta Tadeusz Różewicz, nazywał go w żartach Fellinim. A przecież, już bez żartów, Lenartowicz był Fellinim. Budował swoje kino na scenach dzierganych z pojedynczych ludzkich losów, ze wspaniale pojętej prowincjonalności.

    Szczyciłem się znajomością ze Stanisławem. Kilka razy odwiedził mnie w mojej galerii na Rynku. Po opublikowaniu powieści „Lucille”udzielił mi kilku scenopisarskich rad, które przyjmowałem zgięty w pół. Podczas tych wizyt zawsze poprzestawał na herbacie. Lubił jazz, nie rozumiał bluesa. Z cierpliwością wysłuchiwał jazzowych nowości, które – nie w nadmiarze – puszczałem mu z internetu. Na zawsze zapamiętam Jego pozytywistyczną naukę – płynącą jakby z filozofii Zen. Taką oto, że ludzie surowi, nuworysze, ci nieukształtowani – lubią napawać się ucztami, blichtrem. Ludzie zaś nasyceni radują się rzeczami zwykłymi. W lutym 2011 roku skończyłby 90-kę. W dacie urodzenia dzieliło nas równe 30 lat. Był Wodnikiem – podobnie jak ja. Skończyliśmy tę samą uczelnię, lubiliśmy jazzowy mainstream. Wielki Żal.

    misz masz bluesowy 4

    Urodził się na Wileńszczyźnie. Żołnierz Armii Krajowej. Studiował na Wydziale Reżyserii Państwowej Wyższej Szkoły Filmowej w Łodzi, ukończył Wydział Filologiczny Uniwersytetu Wrocławskiego.

    Stanisław Lenartowicz w roku 2008 otrzymał – za dorobek życia – Nagrodę Stowarzyszenia Filmowców Polskich. W tym też roku Bogdan Zdrojewski nie zapomniał odznaczyć wybitnego twórcy, wybitnego człowieka – medalem Gloria Artis.

    Ale jak te zwyczajowe blaszki mają się do pamięci o Stanisławie? Pamięci zapisanej na zawsze w naszych głowach? Dzisiaj – nijak.

    misz masz bluesowy 5

    Ryszard Gwalbert Misiek – jazzowy saksofonista i happener – to artystyczne przeciwieństwo Stanisława Lenartowicza. Niestety, też w dniach ostatnich odszedł. Gra wysoko nad nami, w big bandzie Wszechmocnego Stwórcy.

    Dopadł go, w 63. roku życia, zawał serca. Znałem Ryszarda od wielu, wielu lat. Wczoraj byłem z innymi jego kumplami, którzy zjawili się we wrocławskim Imparcie nadkompletem, na zaduszkowym koncercie. Poświęconym Jego pamięci.

    Znałem go 40. lat. W roku 1970 jako jednoroczny dopiero wrocławianin podziwiałem Miśka podczas festiwalu Jazz nad Odrą. Zdobył tam pierwsze nagrody – solisty i kompozytora. Podobnie było rok później – na tym samym festiwalu. W roku 1975, jako stypendysta nagrody Krzysztofa Komedy, stworzył słynny Teatr Instrumentalny. Muzyków (wśród których byli dzisiejsi liderzy sceny jazzowej – Leszek Kułakowski, Artur Dutkiewicz) przerobił na niemych aktorów. Nadał im nowatorską w kulturze nazwę – muzitorów (muzyk & aktor). Teatr Instrumentalny Miśka działał (najczęściej w klubie „Pałacyk”) pięć niedługich lat. Ale stworzył głośne wydarzenia sceniczne: „Duch nie zstąpi bez pieśni”„Preludia portretowe” oraz najgłośniejszą „Sonatę widm” na motywach sztuki skandynawskiego filozofa Augusta Strindberga.

    Przez lat kilka prowadził autorskie spektakle w gdyńskim teatrze muzycznym. Ten samotnik, podobnie jak Lenartowicz, ruszył wreszcie na muzyczną i życiową wędrówkę po świecie. Antyszambrował w jazzowych klubach Nowego Jorku, grał – a przede wszystkim uczył jazzu – w kanadyjskim Toronto, na artystycznej muzycznej uczelni w austriackim Graz.

    misz masz bluesowy6

    Z zagranicy wrócił lat temu kilka milczący i nadmiernie krytyczny do zaokiennego realu. Grał niewiele, oszczędnie. Specjalnie dla niego zaglądałem do wrocławskiej restauracji Qeen (przy pracowniach konserwacji zabytków). Tam właśnie – stojąc absolutnie solo na zaimprowizowanej estradzie – łkał saksofonem oskarżająco tony Samotnika, wiódł długie frazy z Johna Coltrena, Cannonballa Adderleya, Johna Surmana. Grał także w przypływie miękkiej aury standardy – Summertime, Georgię, Body & Soul. Wówczas najbardziej czułem jego nienasycalną samotność. Ta klangorowa gra w tej dziwnej nieokreślonej restauracji Qeen pozwalała mu istnieć. A słuchaczom wierzyć w następny poranek. Nie byli – jak u Hłaski – głupcami.

    Często się z Miśkiem kłóciłem artystycznie. Ale i życiowo. O jazzowe ideały oraz o duperele. Namawiałem go, może nader upierdliwie, do czynnego powrotu na scenę. Nie słuchał, uważając koncertowe komercyjne życie za cywilizacyjny banał. Był coraz dziwniejszy, coraz bardziej ortodoksyjny na surowość i bezsens życia. Wreszcie z coltrane’owskimi standardami wystąpił na „swoim” festiwalu Jazz nad Odrą 2009. Po północy grubo – podczas Jego koncertu z jazzową młodzieżą w tle – widownia objawiła się w niespodziewanym nadmiarze.

    misz masz blues 7

    W tej aurze swojej dziwności przez wiele miesięcy żył krzywdą, którą miał mu uczynić inny wrocławski saksofonista – Piotr Baron. A to właśnie Ryszard Gwalbert Misiek namówił przed laty młokosa Barona do gry na saksofonie. Po latach Ryszard miał pożyczyć Baronowi na chwilę, na koncert, swój saksofon. Twierdził później, że Piotr Baron oddał instrument z podmienionym ustnikiem. Wraz z tym ukradzionym ustnikiem, Baron miał ukraść mu talent.

    Glupi jesteś Rysiu, to fajans na twoją niemoc – śmiałem się z niego. Ale RGM mocno uwierzył w tę historię. I jeszcze mocniej domagał się bym mu pomógł, wywołał na ten temat medialną wrzawę.

    Dziwne – prawda? Ale wiadomym jest, że to nie księgowi pchają świat do przodu, że to nie specjaliści od cyfr ułożonych w słupki wyrywają świat z maligny rutyny, serwilizmu.

    Gdy w końcówce lata nieśli trumnę RGM na cmentarz na Maślicach padał upierdliwy deszcz. Ziemia obrzękła od nadmiaru wody. Szarość Jego odejścia ukazała się w smutnej scenografii. Gdy zaś samotniczy dom samotnika był już naprawdę samotny – do środka włamali się złodzieje, kradnąc pozostałe po nim gadżety cywilizacji.

    I stało się jak w teatralnych pismach Augusta Strindberga. Sonata widm wylazła przed widnokrąg. Trzymajmy się razem. Widma nie zniknęły.

    misz masz bluesowy 8

    Zdzisław Smektała
    4 listopada wczesny poranek

    501 40 40 64
    bbd@bbd.pl

    Rysunki – Andrzej Krauze
    The Guardian
    International Blues Brothers Festiwal