
Piszę te słowa rankiem – w pierwszy dzień kalendarzowej jesieni. Poranek jest poetyczny, rześki. Promienie słoneczne obficie zalewają przestrzeń miejskiego krajobrazu. W radiowym eterze wybrzmiewają spolegliwe słowa o wczorajszej wrocławskiej wizycie Dalajlamy, 75-letniego duchownego, orędującego za wolnością dla swojego ludu. Ludu Tybetu – niewolniczo administrowanego przez Chiny.
Kiedy ostatnim razem duchowy ten przywódca Tybetańczyków gościł w naszym mieście – odbierając tytuł honorowego obywatela – doszło do medialnego lapsusu. Dalajlama zapomniał w telewizyjnej okolicznościowej rozmowie, jak brzmi nazwa grodu przyznającego mu ten estymujący tytuł. Ale mnie to zupełnie nie zdziwiło. Takie wyróżnienia honorowego obywatela miasta wciskają mu na wyprzódki na całym świecie. A pesel duchownego jest, jaki jest.
Dalajlama to przeciwieństwo innej, historycznej charyzmatycznej postaci – Mahatmy Gandhiego. Chociaż ich walka miała i ma ten sam szlachetny finał – wolność dla własnego narodu.
Hindus Gandhi to antybrytyjski opór charakteru przetykany ascezą. A wszystko działo się na terytorium Indii. Dalajlama zaś to nieustanna peregrynacja po świecie. To ustawiczna wędrówka w karawanie telewizyjnych kamer, peregrynacja łamana przez uściski koronowanych i politycznych koryfeuszy. Gandhi miał zapisaną na twarzy charyzmatyczną powinność. Dalajlama na niej prawieczny nieustanny uśmiech. To nasłodzony niezwykły człowiek. Nie sprawia wrażenia mocarnego hoplity, który orężem może poprowadzić swój naród do wolności. Wygląda na szeregowego buddystę – pogodzonego z tułaczym losem. Starającego się nie psuć więcej tego, co się na długie lata zepsuło.
Dwie drogi do jednego celu – do narodowej wolności! Z tym, że droga Dalajlamy jest drogą nieporównanie bardziej wyboistą. Gandhi miał za sobą ponadmiliardowy naród. A przed sobą ograniczony liczebnie ekspedycyjny korpus Brytyjczyków. Dalajlama ma za sobą mały naród (sześć milionów obywateli, kraj osiem razy mniejszy od Polski), rząd na uchodźstwie, czasem do Dalajlamy opozycyjny. A przed sobą miliard trzysta milionów Chińczyków, których przedstawiciele rządzą w Tybecie na klasycznych okupacyjnych zasadach.
Dalajlama odpoczywał, czas prywatny (miał go niewiele) spędzał już po raz drugi we wrocławskim hotelu sieci Sofitel (ulica Mikołaja). Mieszkał na tym samym piętrze, na którym jakiś czas temu gościłem (w muzycznych jazzowych sprawach festiwalowych) prezesa japońskiej Hondy – Toshiaki Konakę. To wyjątkowo luksusowe piętro.
W każdym europejskim mieście (a pewnie na całym świecie) Dalajlama ma swoje, przeznaczone tylko dla niego, hotelowe areały. Pokażę Wam taki apartament w Berlinie. Nieodległy czas temu, w świeżo zliftingowanym berlińskim hotelu Ellington (elegancka dzielnica w centrum), organizowałem premierowy międzynarodowy koncert jazzowy. W końcu nazwa hotelu, biorąca początek od amerykańskiego giganta jazzu – Duka Ellingtona, zobowiązuje. Ale podczas przygotowań do koncertu spałem w innym markowym berlińskim hotelu – o wyglądzie gigantycznej piramidy. Hotelu o nazwie Estrel. W nim to cudownej urody menedżerka o jugolskim nazwisku Djurovic pokazała mi pokoje zajmowane przez Dalajlamę. Ofiarowywane mu, gdy tylko pojawi się w Berlinie. Te w Sofitelu apartamenty – jak się uprzecie – możecie zobaczyć jeszcze w tym tygodniu. Z tymi w Berlinie może być kłopot. Więc spójrzcie na miejsce odpoczynku tybetańskiego religijnego przywódcy w stolicy Niemiec.
Przed hotelem Estrel ułożono stylowy bruk. Bruk wielkości tego zalegającego wrocławski rynek. Więc zaraz powraca do mnie uporczywa myśl o zapisywaniu kostek rynku nazwiskami mieszkańców Wrocławia. Tam właśnie moglibyśmy – na długie lata – uwiecznić nazwisko Tenzin Giaco, któremu 50 lat temu nadano tytuł Dalajlamy.
Pamiętacie, być może, mój publicznie ogłoszony pomysł, by kamienie brukowe rynku – jest tam ich więcej niż mieszkańców Wrocławia – zapisać nazwiskami ludzi żyjących w stolicy Dolnego Śląska. A na większych granitowych płytach oddzielających kamienie od siebie – wyryć nazwiska i daty pobytu ważnych gości odwiedzających miasto. Pierwszy kamień z nazwiskiem Bogdana Zdrojewskiego już „wyprodukowałem” – mam go do wglądu w mojej galerii Rynek 4. Tworzenie takich nazwisk w granicie jest dziecinnie proste. Gabarytowo niewielka maszyna żłobi literki strumieniem wody podawanej pod wielkim ciśnieniem. Rzeźbi je bezgłośnie niby w maśle. Kilka minut i nazwisko gotowe. Bez naruszania osadzenia kamienia, bez ceregieli z jego mocowaniem.
Taki kamienny spis obywateli Wrocławia zyskuje na atrakcyjności przy zbliżających się datach EURO 2012. Oraz ewentualnego przyznania nam tytułu Europejskiej Stolicy Kultury 2016. Zapisując nazwiskami bruk na rynku, bylibyśmy jedynym na świecie miastem posiadającym spis ludności w miejscu publicznym, w miejscu niezwykle prestiżowym. W ten sposób nazwa „Wrocław” trafiłaby do wszystkich światowych przewodników za darmochę. Dodatkowo, do takiego spisu miasto nie dołożyłoby grosza. Zapłaciliby – powiedzmy stówę – mieszkańcy. Za marną stówę by się unieśmiertelnili! Nowo narodzone dzieci, świeżo poślubieni, kończący studia – zostawiliby na płycie rynku swój odcisk na lata. A zapłaciliby tylko za wykonanie napisu – nie zaś za kamień, który – co oczywiste – pozostałby własnością miasta. Omówiłem te prawa własności z miejskimi prawnikami.
Na rynku zagościłaby totalna demokracja niczym w najsłynniejszych hasłach Dalajlamy. A nawet jak w ideałach francuskiej rewolucji: Liberté, égalité, fraternité a.
Profesor uniwersytetu i córa Koryntu. Fryzjer i konserwatorka powierzchni płaskich. Programista i masarz istnieliby obok siebie harmonijnie. Dumny lud Wrocławia stałby się nieśmiertelny. Dla tych, którzy nie będą mieli dostatecznej ilości złotówek na wykonanie napisu, powoła się fundację umożliwiającą taką czynność. Ile rodzinnych przyjezdnych wycieczek trafiałoby na rynek obejrzeć sercu bliski kamień. Warto pomyśleć o takiej jedynej w świecie promocji miasta i jego nietuzinkowych mieszkańców.
Mam wiele pomysłów na promocję mojego dozgonnego Wrocławia. Jeżeli ze stu takich pomysłów uda się zrealizować dwa, trzy – będzie bardzo dobrze. W minionych tygodniach pisałem o miejskich ławkach, które za podstawę powinny mieć literkę – W, jak Wrocław. Zaproponowałem przeniesienie usytuowanego przy ulicy Wierzbowej pomnika Mikołaja Kopernika do portu lotniczego – portu o nazwie własnej wielkiego astronoma. Pisałem o Europejskim Placu Solnym, na którym powinni się zebrać (na ławkach i obok nich) Spiżowi Intelektualni Giganci Europy. Tacy jak Winston Churchill czy Edith Piaf. Dzisiaj piszę o brukowych kamieniach, na których można by wypisać nazwiska wszystkich wrocławian.
W tych dniach miałem sympatyczne spotkanie z Panią Beatą Urbanowicz – Koordynatorem Projektów Plastycznych Wystroju Miasta. Mówiliśmy o tych pomysłach z wstępną życzliwością. Jaki będzie finał – zobaczymy, sprawy będą się toczyć. Wszystkim nam (prawie wszystkim) zależy przecież na tym, by Wrocław nie był ubogim krewnym. Aby miał – co przecież się nieustannie dzieje – swojąpełnokrwistą tożsamość, twardzielowy charakter.
Jak to powiedział najświeższy gość Wrocławia, który w Hali Stulecia zgromadził sześć tysięcy wolnych i otwartych słuchaczy!?
Nowe millenium, nowy wiek czy nowy rok? Dla mnie to nic. Dla mnie to jeszcze kolejny dzień, kolejna noc. Słońce, księżyc, gwiazdy pozostaną wszak te same.
Taką właśnie konstatacją powinniśmy zaprzątać własną i dookolną wyobraźnię. Zmieniajmy płynące dni i noce przyjazną scenografią, energetycznym życzliwym otoczeniem, a słońce zachowa się jak w powieści Ernesta Hemingwaya – też wzejdzie.
Zdzisław Smektała
bbd@bbd.pl
501 40 40 64
Fotografie Zdzisław Smektała








