Wśród moich licznych, nieprzebranych przez minione lata, znajomych – głośne wypowiedzenie słowa Żyd – mości się w dwóch podstawowych reakcjach. Dwadzieścia procent ludzi (miarka na czuja) hałaśliwie, półsardonicznie basuje, acha Żyd, acha, Żydek, cha, cha! Zaś 70 procent bezwiednie ścisza głos oglądając się za siebie, czy zza węgła nie wyjdzie nagle, odznaczony Krzyżem Kawalerskim Orderu Zasługi Rzeczypospolitej Polski, profesor uniwersytetu w Princeton (USA), Jan Tomasz Gross.
Wyłamię się z tej statystyki, bezbrzeżnie się ciesząc, że dzisiaj, o godzinie 20, w łódzkiej Atlas Arenie, swój niepowtarzalny głos rozpuści po ludziach Leonard Cohen. kanadyjski Żyd z ojca polskiego a matki litewskiego pochodzenia. Cohen ma 80 lat (tyle, co Jerzy Maksymiuk, trochę więcej niż saksofonista Zbigniew Namysłowski) a jego Pesach wciąż nie jest na zakwasie. Wciąż ma w sobie radość życia, ciekawość świata. Miliony słuchają jego estetycznego przekazu w skupieniu. Nawet za 400 PLN za bilet!
Tylko ja, w bezpośrednim spotkaniu z Cohenem, śmiertelnie zgrzeszyłem. Napełniony wcześniej (restauracyjny jam session z kuplami) niekoszerną golonką oraz niekoszerną gorzałą, ledwo zdążyłem na koncert Leonarda Cohena w Hali Stulecia. Siedziałem w vipowskim pierwszym rzędzie, blisko kanadyjskiego artysty. Ale i tak zasnąłem. Szturchała mnie w bok żona, sykali znacząco sąsiadujący widzowie – na marne. Szczególnie, gdy Cohen zaśpiewał o niebieskim prochowcu, śniło mi się bezchmurne niebo. Jahwe nigdy mi nie odpuści tego ćwokostwa!
Przyjeżdżając na łódzkie spotkanie, Leonard Cohen nie mnożył u organizatorów żądań. Poprosił tylko o dodatkowy pokój na próby, w którym mógłby na syntezatorze ćwiczyć przedkoncertowe frazy. Ciekawy byłem, czy porosił też do garderoby koszerne potrawy. Ale się nie dowiedziałem, ludzie z agencji PARADAM nie puszczali pary.
O tę koszerność pytałem z powodu medialnego rytualnego wiatru jaki przebiega po Polandii w Tę i Nazad. „Prawdziwi Polacy” tupią w miejscu, nie chcąc dmuchania w kaszę przez inną nację. Żydowskie organizacje (szczególnie w dalekim USA) koszerne mordowanie zwierząt stawiają na szali Marca 68. Uznali, że to cios w przyszłość Żydów w Polsce. Jedna i druga reakcja jest zwyczajnie głupia.
Wszak w przypadku Polski idzie o plus minus 20 ortodoksyjnych żydowskich rodzin bytujących w naszym kraju. Oraz o 3000 Żydów zrzeszonych w organizacjach, z Towarzystwem Społeczno – Kulturalnym w szpicy.
A jeszcze nie tak dawno nadwiślańscy i nadodrzańscy tubylcy wprost uwielbiali koszerność. Codziennie ogłuszali się rytualnie, fakt, że wybiórczo.
Przeróżne Cymesy, Kosher Vodka, Śliwowica Strykover, L’Chaim i inne oprocentowane wynalazki zalewały gardła piastowego narodu w nadmiarze. Działo się to z radością, z toastami, bez najmniejszych protestów (PiS był jeszcze słaby, został ledwo zarejestrowany).
Żydowski mój kolega poszedł nawet na całość. Założył był we Wrocławiu rozlewnie koszernej wody mineralnej. Ale ten pomysł w zasadzie nie wypalił. Nacjonalistyczne Bojówki sanepidu zorientowały się bowiem, że mój druh nabiera do butelek wody wprost z miejskich rur MPWiK.
O koszerności, cadyku, mineralizowaniu mowy być nie mogło, więc kumpla na jakiś czas zapuszkowali w gojowskim kryminale.
Tadeusz Szymczak z kolei, przed laty znakomity dyrektor wrocławskiego „Orbisu”, każdego roku organizował w „Monopolu” Dni Kuchni Żydowskiej. To w „Monopolu” rezydował przed laty słynny farbowany konsul austriacki, farbowany Żyd. Czyli Jacek von Silbersein, który skończył żywot w więzieniu w Wołowie połykając „choinkę” zbudowaną z żyletek.
Czulent
Drodzy Rodacy!
Tłumy jakie oblegały tę stylową knajpę, można było porównać ze zdobyciem Bastylii. Moimi przewodnikami po tej wybornej kuchni była redaktor Monika Klubińska oraz intelektualista Włodek Goldsztein. Zawsze po takiej degustacji do samochodu wsiadałem z dużym trudem. Barszcz żydowski, cymes z wołowiną, kugel, grzanki z wątróbką, charoset, faszerowana ryba – a przede wszystkim wyborny czulent wprowadzały mnie w ekstazę. Nikt o koszerność nie pytał, zaś półmiski czyszczone były do cna. A i do słowiańskiego domu coś się przyniosło na ząb.
Na poważnie z koszernością zetknąłem się we Frakfurcie nad Menem.
Zbierają pod koniec lat 80. winogrona na wzgórzach Frauenstein pod Wiesbaden – mieszkałem w frankfurckiej, lekko tureckiej dzielnicy Hoechst (chemia, aspiryna, itp.). Administratorem kilku staromiejskich budynków był tam Edward Galiński.
Żyd powiązany z rodziną o wielkim we Frankfurcie społecznym znaczeniu.
Stare miasto Hoechst
Edward miał wodniste nieprzeniknione oczy, sporadycznie wypuszczał słowa z ust, pachniał kotami oraz rzadko otwieraną szafą. Nosił przygniecione, lekko zużyte ubrania światowych marek, często – bez przyczyny – wspierał się elegancką parasolką. Dziwił się, że dziennikarz zbiera winogrona. Ale gdy mówiłem mu o zarobkach w Polsce – rozumiał. Zapraszał mnie do swojego domu, który wionął kocimi szczynami oraz skrajną dekadencją. Tam przy koszernych herbatnikach i mdłej, dziwnosmakowej herbacie rozprawialiśmy o Niemcach, Polakach i Żydach (a może odwrotnie).
Dzielnica Hoechst
Edward Galiński tłumaczył mi dlaczego jego wysoko w żydowskiej hierarchii postawiony we Frankfurcie krewniak – dzwoni do redakcji Franknfurte Allgemeine Zeitung (FAZ) z reprymendą. Wówczas, gdy zbyt długo nie było w gazecie artykułu o tym, jak to niedobrzy Niemcy mordowali niewinnych Żydów. Oni muszą o tym pisać, muszą mieć leczone sumienie – powiadał.
To Edward Galiński był moim tłumaczem, kiedy dla Gazety Robotniczej przeprowadzałem wywiad z cudownym dzieckiem SPD, nadburmistrzem Wiesbaden – Achimem Exnerem. To ten Stary już wówczas Człowiek pomagał mi w wywiadzie z wybitną działaczką Zielonych Bettiną Schreiber, podczas którego pojawił się też taksówkarz w adidasach, a późniejszy minister spraw zagranicznych Niemiec, Joszka Fiszer.
Nadburmistrz Wiesbaden – Achim Exner
I to właśnie – podczas dysput w oparach kocich szczyn, stęchłej poświaty oraz pokrojonej w plastry chałki – zapytałem mojego dolmeczera o koszerność.
Na czym się zasadza. Kaszrut – odparł – to częśc żydowskiego prawa, pochodzi od hebrajskiego znaczenia: Kaf-Szin Resz, oznaczającego: przystosowany, odpowiedni, lub właściwy. Mówił, że rytualne zabicie ma na celu unicestwianie zwierząt specjalnie hodowanych i transportowanych (nie może być zranione w trasie), ogranicza ilości zabijanych sztuk, zawęża liczbę zwierząt, które wolno jeść i zabijać, decyduje o tym, że religijni Żydzi nie polują, upolowane zwierzę jest niekoszerne.
Tyle mniej więcej umiarkowanie pobożny Żyd Edwar Galiński. Jak jest naprawdę? Czytelników, którzy chcieliby zgłębić tajniki koszerności zapraszam do odtworzenia – uwaga – koszernego bluesa!
Słowo – istnieją nawet koszerne symboliczne bluesy! Wystarczy kliknąć!








