Napisane 12.08.2010 przez EuroDetektyw w kategoriach: Miasto – okiem mieszczucha

Tę zdziwioną minę, jak na zdjęciu otwierającym kolejny felieton EuroDetektywa, miała moja znajoma – czyli pokryta kosmetycznymi mazidłami eteryczna Bubulina, bohaterka powieści Nikosa Kazantzakisa „Grek Zorba”. Wywołała tę minę na pooraną twarz, zaraz po końcowym gwizdku wczorajszego piłkarskiego badziewiska Polska – Kamerun. Szczecińska żenada futbolowych tubylców prowadzonych przez Franciszka Smudę trwa w rozkwicie. Wart miliony euro Strzelec dwóch bramek Samuel Eto’o pokazał Wielki Kanion rzeki Colorado dzielący obie rywalizujące drużyny. Już w 3. minucie meczu to Kameruńczycy powinni objąć prowadzenie. Beznadziejnie zachowała się polska obrona, gdy przed polem karnym do piłki doszedł Samuel Eto’o. Na szczęście spudłował.
Pisałem już w tym miejscu kilka tygodni temu, że Franciszek Smuda to głośny gęgacz bardziej niż futbolowy wizjoner. Nigdy, ani przez chwilę, nie uważałem tego przerajcowanego celebryty za zbawcę – naprawcę krajowego futbolu. Z nim nie mamy na Euro czego szukać.
„Trzeba dostać w mordę”
Pamiętacie zapewne, jak po przedmundialowym sześciobramkowym laniu z Hiszpanią Smuda stwierdził radośnie, że mecz się właściwie udał. „Bez niego kilku zawodników nie wiedziałoby o swoich brakach. A tak, poznali jak wygląda topowa piłka. Ta szkoła, którą przeszli nasi reprezentanci, jest nieoceniona. Trzeba czasem dostać w mordę, by nauczyć się porządnie kopać piłkę”. Knajacki język Smudy – przy nim Nikodem Dyzma to baron de Coubertin – dmuchana chwackość, nietrafione koronacje piłkarzy, kordialne popierdywanie – to do tej pory jedyne osiągnięcia tego szkoleniowca. Wyrażam niezmąconą pewność, że ciężkozbrojni hoplici: Smuda, Lato, Kręcina i ich leśnodziadkowi kompani podczas trwającej kadencji sprowadzą na nas największy blamaż na przestrzeni wielu, wielu ostatnich lat. A w finale tego wstydu, dla ochrony kolesiowskich tyłków, założą – za przykładem marnych piłkarzy – Niezależny Samorządny Związek Zawodowy Smudolarność 2012.
Do głębin duszy jestem przekonany, że po kolejnych wtopach Smudy, jakie czekają nas do otwarcia Euro 2012, tubylcza piłka nie podniesie się z murawy. Przy tym trenerze czeka nas nieustanny sleen, bezsilne zażenowanie. Czeka nas żal, że za chwilę będziemy gościć w Polsce markowych europejskich kopaczy – a przeciwstawimy im marność maskowaną pieśnią – „Jeszcze Polska nie zginęła, Polacy nic się nie stało!”. Nasza obecność na Euro zakończy się w eliminacjach.
Jaka Polska, taka piłka!
Nie będzie to jednak jakaś gwałtowna siurpryza, szok i niespodzianka. W końcu jaka jest w Polsce społeczna atmosfera – taka jest reprezentacja. To w Polandii partia rządząca – po tysiącu dniach przewodzenia – nie ma w cylindrze wypasionych królików (ten cylinder w ogóle wygląda na pusty). A zżółkła od nienawiści opozycja zajmuje się krzyżem i jego pochodnymi, zamiast chirurgicznie trafiać zbijających bąki przeciwników. Polandia to dzisiaj kraj, w którym nowoczesną przyszłością zajmuje się niewielu, a rozdrapywaniem zgorzelisk moc ludzi. W którym polityk przegrany, Jarosław Kaczyński, wybranego demokratycznie zwycięzcę Komorowskiego nazywa prezydentem kryminalistów. To jest z resztą myślowa powtórka PiS z poprzednich wyborów. W pierwszej turze, gdy Lech Kaczyński przegrał z kretesem ze swoim największym rywalem Donaldem Tuskiem, w obszerny artykule „Więzienny elektorat Tuska” napisano podobnie o dzisiejszym premierze. Żyjemy w kraju, w którym smoleńska tragedia zmienia się w fantasmagoryczny spektakl Kołtuna i Szmiry. W powszechnym zaś języku społecznej komunikacji Ruscy są dalej Ruskami, nieśmiertelni złodzieje wciąż są złodziejami, komuna jest dalej komuną, a ZOMO – to dalej ZOMO. Świat przez ostatnie ćwierć wieku (25 lat!!!) już dawno zniknął nam za zakrętem. A na grzbietach zapiekłych fighterów wciąż tkwią stebnowane marynarki, suknie ze szkaradnego bistoru, włoskie tandetne mokasyny oraz pocerowane spodnie z elany. Nawet w ostatniej powodzi, która zalała także część mojego rodzinnego Zgorzelca – dobrzy gospodarze i ratownicy swoich miast, i ci źli mieli właściwe i słuszne partyjne konotacje.
Własna Twarz – raz po raz
Uważam, że w tej krajowej magmie ważnym jest mieć własną regionalną twarz. Twarz mojego Wrocławia, personifikację miasta, w którym żyję równo 40 lat. Chciałbym, aby podczas mistrzostw Europy powszechnie wówczas znany stadion (Czapka Taliba) miał także „w herbie” powszechnie znaną twarz. Nie zajączka, krasnoludka, Miszki, modliszki i pajacyka. A Twarz człowieka wprowadzającego Wrocław do szerokiej europejskiej świadomości. Twarz, która pomoże przekształcić słowne potworki – Froklaf, Wroclou wreszcie Breslau na słowo, którego używamy tutaj i w Polsce od lat. Twarz firmującą nowoczesność, uśmiech, koegzystencję, wypełniającą realnie używany zwrot: Wrocław – Miasto Spotkań.
W Warszawie, na europejskiej miary prywatnym stadionie przy Łazienkowskiej, kilka dni temu rozegrano długo zapowiadany towarzyski mecz otwarcia. Londyński Arsenal wygrał z Legią 6:5. Spotkanie rozpoczęło się minutą ciszy, upamiętniającą zmarłego klika dni temu trenera Edmunda Zientarę. W bramce Arsenalu stanął wychowanek Legii, przywitany entuzjastycznie przez kibiców, Łukasz Fabiański. Pierwszy piłkę kopnął Lucjan Brychczy, legenda Legii. Czyli zadbano o tradycję, o właściwy wymiar widowiska. Stadion rekomendowali i reklamowali a to aktor Olaf Lubaszenko, a to konferansjer Krzysztof Materna z dziennikarzem Tomaszem Lisem. W cieniu tej na wskroś modernej realizacji stoi rodzina Walterów, grupa ITI.
Kultura Śródziemnomorska
Zastanawiałem się – bardzo krótko – który z rozpoznawalnych mieszkańców naszej wrocławskiej wyobraźni mógłby wejść do głów Europejczyków, do głów tych, którzy miasto nasze znają umiarkowanie lub wcale?
Do dobrej historii odeszły dawniej mocno eksploatowane postaci miasta: Jerzy Grotowski, Henryk Tomaszewski. Gdybym więc chciał sygnować dzisiejszy Wrocław rubasznością, sarmacką dezynwolturą, odpowiednikiem francuskiego Asterixa – wypchnąłbym przed szereg kabareciarza Stanisława Szelca. Gdybym postawił na nimb wiedzy, elegancji, śródziemnomorskiej kultury, oświetliłbym profesorów Leona Kieresa oraz mojego sąsiada w tym portalu – Jan Miodka. To zacne propozycje. Ale, z przyczyn naturalnych, odległe od stadionowej aury, sportowego marketingu. Tych zatem, nasycających aurą polityki, obyczajów i piłki nożnej równocześnie, jest w naszym mieście trzech.
Zdrojewski, Dutkiewicz , Frasyniuk
To miejscowi goście, ale z globalną autorską kindersztubą: Bogdan Zdrojewski, Rafał Dutkiewicz oraz Władysław Frasyniuk. Wszyscy oni, i każdy z osobna, mógłby bez obciachu pełnić w Polandii najważniejsze funkcje. Uważam, że jeszcze w przyszłości pokażą wrocławską klasę w wielkim krajowym wydaniu. Ale wszyscy oni mają dodatkową cechę – tak rzadką w upadającej polityce i puchnącej administracji – są życiowymi bluesmanami. Najwięcej bluesa słucha najpewniej – podczas nocnych jazd samochodem – Władysław Frasyniuk. Ci goście są obowiązkowymi, acz wyluzowanymi osobnikami, wyznającymi skądinąd słuszną zasadę czeskiego europejczyka Milana Kundery – że prawdziwe życie jest gdzie indziej.
W ostatnich dniach liczni krytycy polskiego rządu jednogłośnie wskazali trzech zaledwie ministrów trzymających rękę na pulsie krajowych spraw. To prezes ministrów Donald Tusk, minister Michał Boni oraz minister Bogdan Zdrojewski. We Wrocławiu mamy tak samo – trzech dżentelmenów niosących wysoko herb i barwy Wrocławia. Gdyby zaszła pilna potrzeba, chętnie uzasadnię każdą moją kandydaturę na Twarz Euro 2012.
A teraz rzucam dookolnemu społeczeństwu myśl taką oto. Co byłoby lepsze do sygnowania wrocławskiej sportowej europejskiej premiery Euro 2012 (obok, rzecz jasna, polsko-ukraińskiego oficjalnego bezpłciowego logotypu bukiecika)? Misiaczek, żubrzyk, kaczuszka, krasnalek czy ogorzała twarz gościa widniejąca nad nowym wrocławskim stadionem, czyli nad – jak ja to mówię – Czapką Taliba?
Dajcie znać, czy wasze myśli szybują w podobną stronę, co moje.
Zdzisław Blues Smektała
bbd@bbd.pl 501 40 40 64



