- Smektała na weekend 59
Andrzej Krauze, to moim zdaniem, zdaniem wieloletniego prezesa Satyrykonu, fundacji zrzeszającej rysowników z całego świata – jeden z najwybitniejszych polskich artystów tej branży. Wielce przed laty smakowałem jego rysunki i felietony Janusza Głowackiego w świetnym tygodniku „Kultura”. Krauze był pasterzem (i jest nim do dzisiaj) setek tysięcy polskich inteligentów. Ważną aktorką jego rysunków była zagubiona w świecie owca. Mocno zależna od wilka przechery. Pierwszy raz, tłumnie odwiedzaną indywidualną autorską wystawę Andrzeja Krauzego, zorganizowałem we Wrocławiu, w „Piwnicy Świdnickiej” w roku 1979. Zagubiona owca beczała na wystawie w „Piwnicy” pierwsze skrzypce.
W ostatnich miesiącach do obrazków Krauzego owca powróciła w obfitości – widać taki mamy klimat.
Za ową owieczkę przebrał się też żołnierz z Afganistanu – trzy dni temu wybrany na posadę marszałka sejmu – Radosław Sikorski (kurde molek, ale się zrobił gender). Zamiast dorzynać watahy, kpić ze zwrotu szczęść Boże, – przemówił przez sejmowy mikrofon niczym Sancho Pansa do Don Kichota, czyli odwrotnie. Zamiast szydzić z intelektu ludzi z obcych sobie politycznych opcji – zaprosił rywali do współpracy i dialogu. To niesłychane! Tym nieodpowiedzialnym sejmowym wystąpieniem wyrządził wielką krzywdę działaczom Prawa i Sprawiedliwości i samemu prezesowi Jarosławowi Kaczyńskiemu. Ta makiaweliczna, podstępna gra Radosława Sikorskiego może chłopaków z PiS pozbawić artylerii, ubezwłasnowolnić właściwie.
Wiadomo, że hoplici prezesa Kaczyńskiego nie mogą żyć bez wrogów.
Wszczepione w nich chipy na wszystkie polityczne argumenty i dyskusje generowały tylko jedną odpowiedź: to wina Tuska. Cokolwiek doczesny świat muska – to wina Donalda Tuska. A Tusk wyciął właśnie siurpryzę. „Jako polityk małego formatu porzucił naród i ten nieudacznik z najgorszego polskiego rządu po 1989 roku uciekł do Brukseli” (cytata z PiS) na etat kierownika Rady Europejskiej. Aby jednak Ryszard Czarnecki, Joachim Brudziński, Mariusz Błaszczak i inni nie zostali bezdomnymi sierotami wymyśliłem zastępcze hasło: No, popatrz – wina Kopacz! Ale wiadomo, że to tylko substytut z lekka nawet powiedzieć można seksistowski. A dodatkowo bezprawnie przypisywał się do tego powiedzenia mój szkolny kolega, obecnie właściciel kantoru w Nowej Rudzie – Wiesław Kopacz. A nie jest to rodzina dzisiejszej premierki.
Więc na Krajowym Placu Nienawiści został wróg numer 2, Radosław Sikorski.
Chociaż i on, jak w teatralnej sztuce Gogola „Rewizor”, po inauguracyjnym przemówieniu w Selmie, zamiast szarpać nogawki, strzelać z korkowca, uciekł w Krainę Łagodności. Z twitterowego nie przebierającego w słowach mentora stał się dyplomatą skandynawskiego kroju. I na nic się zdało wpychanie przez PiS w dłonie Sikorskiemu bejsbolowego kija (zamiast laski marszałkowskiej), oskarżanie go, że ten wybór to tajna operacja PO, aby drażnić politycznych konkurentów. Czy teraz, po koncyliacyjnym zwrocie nowego marszałka sejmu, wypada nazywać go wiceministrem spraw zagranicznych Rosji, naśmiewać się z jego brytyjskiego dyplomu? Nawet dla bojowników Jarosława Kaczyńskiego sejmowa sala nie może być permanentną stajnią Augiasza.
Można się nabijać z naiwnej, przypominającej harcerską zbiórkę, imprezy w auli Politechniki Warszawskiej – gdzie ogłaszano skład nowego rządu. Można wykpić premierowe przemówienie premierki Ewy Kopacz, która przyrównywała Polskę do mieszkania w bloku z gromadką dzieci pod spódnicą – ale dla wilków PiS to tylko drobna przynęta. Na wydarzenia grubsze, politycznie znaczące, trzeba będzie poczekać. Czyli na podjazdy Grzegorza Schetyny, który zacznie walczyć o przywództwo w PO, będzie zmniejszać rolę „niestabilnej emocjonalnie” (opinia Jarosława Gowina) Ewy Kopacz, odgrywać się na tych dawnych kumplach, którzy od miesięcy redukowali jego znaczenie do roli kamerdynera. Co przy braku ochronnej parasolki Tuska będzie pewnie widoczne także we Wrocławiu.
Z tym, że PiSowi na tym chwilowym, poprzedzającym wybory bezrybiu, bardzo pomagają marketingowcy z PO. W chwili, w której blisko 200 górników z kopalni Kazimierz-Juliusz nie wyjeżdża z dołu na znak protestu przeciwko zamykaniu kopalni, gdy delegacje górników ze Śląska wybierają się 1 października na inauguracyjne expose Ewy Kopacz zabiegającej o mandat zaufania – ludność karmiona jest wkurzającymi wiadomościami z życia partyjnych najemników i notabli. Igor Ostachowicz, siedmioletni podpowiadacz co ma robić w publicznej przestrzeni Donald Tusk – zatrudnia się w zarządzie PKN Orlen. Włodzimierz Karpiński, minister Skarbu Państwa, w kilka dni po rządowym partyjnym puzzlu nakazuje go tam bez konkursu przyjąć na cały, specjalnie dla niego utworzony etat. 
Będzie prezesem do spraw korporacyjnych i społecznej komunikacji. Za miesięczną pensję 10 razy większą od polskiego prezydenta (ponad 2 miliony rocznie) będzie wybierał kolory długopisów i napisy na t-shirtach reklamujących PKN Orlen. Niezła fucha za 200 tysięcy miesięcznie. Dla medialnego picu nazywa się to zarządzanie wizerunkiem czyli szukaniem nowych wyzwań. Zaś Maria Wasiak, świeżutka ministerka od infrastruktury i rozwoju dostała od PKP pół miliona odprawy (zarabiała 44 tysiące co miesiąc). Przed nadchodzącą samorządową kampanią, te i podobne przykłady ustawiania się ludzi partii nie zrobią dobrze walczącej o reelekcję PO. To taka głupia muka w partyjne ciemię.
No, popatrz – wina Kopacz, może jeszcze brzmieć przez jakiś czas wokół nas. Tym bardziej, że coraz więcej przecieka do mediów informacji o nieporozumieniach na temat jakości rządzenia. Nieporozumieniach pomiędzy odchodzącym już Donaldem Tuskiem a obejmującą urząd premierki Ewą Kopacz.
Jeden ze znanych mi wiceministrów powiedział, że to i tak znacznie lepiej niż gdybyśmy musieli słuchać innego zwrotu: Czyja wina – to wskaże Schetyna!
Pewnie ma rację – ale czy ostateczną?
Zdzisław Smektała
Na te foty nabierzesz ochoty



















