Słowo na niedzielę, dla tych, co to nie byli w kościele.
Siostry i Bracia!
Dzisiejszą mowę wiązaną poświęcę grzesznikowi. Ale takiemu, który świętszy był (niestety był) od milionów naszych rodaków modlących się pod figurą. Myślę, że mógłby bez trudu trafić na Ołtarze Ludzkich Turbulencji, bo relikwie po tym człowieku do dzisiaj krążą po kraju, przybywa ich nawet.
Myślę o błogosławionym przez wielu Janku Himilsbachu (1931 – 1988), z którym obfitość razy, w zastępstwie Kolberga, podróżowaliśmy po Ojczyźnie. Spotykając się z rodakami w podobie autorskich literackich spotkań.
Wspominam niedzielnie Pana Janka, bowiem od kilkunastu dni pojawił się w księgarniach premierowo tom o Himilsbachu. „Rejs na krzywy ryj…”.
Jedna z moich książek, przed laty wydanych, nosiła podobny tytuł „Krzywe ryło” (okładkę ilustrował Andrzej Czeczot). Ale nie jest to jedyna paralela łącząca mnie z warszawskim kamieniarzem, pisarzem, salonowym troglodytą.
Autorka premierowej książki to Anna Poppek (1961). Więc nie telewizyjna dziennikarka Anna Popek (1968), która wczoraj, w Ciechocinku, w trakcie telewizyjnej muzycznej fety Cyganów, dostała ich obywatelstwo. Podczas tego koncertu wystąpił też wokalista Tobi King Szmidt, członek słynnego cygańskiego rodu, której głową jest Don Vasyl.
Przywołuję go tutaj z racji podobieństwa. Wczoraj właśnie, w domowym archiwum, szukałem zdjęć z Jankiem. I trafiłem na familijną fotografię, z cyklu Święta Rodzina. Naprawdę nie wiem, jak moja żona Basia, mogła – zanim się rozwiedliśmy – wytrzymać ponad 20. lat z takim jak ja zasłoninowanym typem. Czysty Tobi King Szmit! Zapasiony bardziej niż John Belushi.
Piękna i Bestia – Czyli przetłuszczony Rabelais i jego cierpliwa rodzina.
Ale wracajmy do Himilsbacha. O fabularyzowanej przez Annę Poppek historii Janka napisali: że autorka podjęła się zadania niezwykłego, no bo jak napisać biografię everymana, który za każdym razem, gdy rozmawiał z dziennikarzami, podawał inną wersję swego życiorysu. I tych meandrujących życiorysów zrobiło się ponad 400.
A wszystko niejasne i niepewne. Ot choćby: Kiedy urodził się Himilsbach? Nawet odpowiedź na to najprostsze pytanie obarczona jest wariactwem. No bo Himilsbach urodził się 31 listopada, a przecież jak wiadomo listopad ma tylko 30 dni. A ten 31 jest nawet wpisany na jego świadectwie chrztu. Chyba wszyscy byli pijani, łącznie z księdzem dobrodziejem. Jan Himilsbach – postać kultowa, pisarz, poeta, aktor, a z zawodu kamieniarz. I to kamieniarz, który na pytanie egzaltowanej dziennikarki, który rodzaj swojej twórczości ceni najbardziej – odpowiedział: – Oczywiście, kamieniarską! A z jakiego powodu – pyta dociekliwa dziennikarka? Bo moją twórczością kamieniarską nikt sobie przynajmniej dupy nie podetrze!
Janek Himilsbach na kolanach Wyzyskiwacza
Coś w tym jest, Janek licencjonował pawie (nie idzie o puszczanie „pawia”) kolory, jakich łaknął socrealizm przebrzmiałej epoki. Nie ma już spraw, które w tamtych latach łączyły Polaków. Nie ma już Zdzisława Maklakiewicza – mitycznego ironisty, gawędziarza i aranżera prześmiewczych sytuacji – często w duecie z Janem Himilsbachem. Nie ma już Polski tamtych lat. Polski małej stabilizacji, szarości, pierogów ruskich i leniwych, czerwonej oranżady i opluwającego się Władysława Gomułki. Nie ma tamtej dobrotliwości, sympatii w relacjach między – tak zwanymi – zwykłymi ludźmi. Tego nie da się już odtworzyć.
http://youtu.be/pj3rGJgh_94
Oto sfilmowany (prawie HD) dowód, że Janek Himilsbach pchał mi się do łóżka.
A przede wszystkim nie ma Himilsbacha z którym podróżowałem po kraju w charakterze redaktora. Przeprowadzającego z Jankiem niby prasowe wywiady na oczach zagęszczonej publiczności. Zgromadzonej w wiejskich klubach, empikach i domach kultury. To naprawdę były sceny prosto z „Rejsu”, klimaty z rzecznego statku pływającego dryfem po socjalistycznej Polandii.
Z zasobów owego PRL jest też „donos” jaki Janek Himilsbach złożył na mnie w jednym z prasowych wywiadów. Ale nie żywiłem najmniejszej pretensji. Odwrotnie – dumny byłem, że Basica (tak Janek mówił na niezawodną opiekuńczą żonę ) dostawała kasę za te Jankowe spotkania autorskie.
Janek, Redaktor, Muza, a na niewidocznym stoliku setka oraz Meduza
„Jeżdżę teraz ze Zdziśkiem Smektałą po Dolnym Śląsku. Bazę mamy we Wrocławiu, a on organizuje nam autorskie spotkania. Ale to dzierżymorda jakich mało. Dlatego nie śmierdzę groszem. Zamiast honorarium dostaję tylko klucz do hotelowego pokoju w Monopolu (w którym spał Adolf Hitler) i pełną michę. Należne mi honoraria kisi w karmanie. I gdy po robocie lecę wreszcie do domu – z Wrocławia do Warszawy – daje mi kasę dopiero na schodkach do samolotu. Lecz nie ma z niej żadnego pożytku. Na Okęciu czeka już na mnie Basica. Zabiera wszystko – co do grosza. Zdzichu nie daje mi też na rozgrzewkę choćby marnego stakana gorzały. Ale z tym z tym akurat daję sobie radę bez jego łachy. Cała Polska chce się wszak ze mną napić. I tak z Kolbergiem krążymy od miasta do miasta. Od Empiku do Klubu Rolnika. Piszę teraz scenariusz, w którym Zdzichu zagra główną rolę. Razem ze Zbyszkiem Buczkowskim. To będzie piękny film o zmarnowanym życiu. Taki polski Grek Zorba – z udziałem Greków oczywiście. Zdzichu zagra rolę pisarza. Pisze charakterne teksty. Jeżeli się nie wykolei, nie złamie jak chłopski scyzoryk albo zbyt mocno nie przyssie do żłobu z gorzałą, mogą być z niego ludzie. Poważnie.”
Kilka lat temu jeden z moich tekstów o Janku zatytułowałem: „ Pieniądz Zbrukał Lilię Cnoty”. Wydawało mi się, że dobrze charakteryzował himilbachowe jestestwo, sam bowiem mówił. Przede wszystkim jestem śmierdzącym leniem. Muszę tyrać na chleb, więc imam się różnych zajęć. Są ludzie, którzy nigdy nie pracowali – znam wielu takich – ale za to mają bogate mamusie, bogatych, świetnie ustawionych tatusiów albo bogate kochanki, kochanków. W życiu nie ma nic za darmo… Dla chcącego – nie ma nic… Te wszystkie zawody, które wykonuję, to ciężka praca fizyczna. Każda praca pozornie umysłowa wykańcza człowieka fizycznie i psychicznie. I to się widzi na co dzień…”
Janek to golem pełen sprzeczności. „Raz był subtelnym intelektualistą, dyskutującym ze znawstwem o literaturze iberoamerykańskiej, raz rzucał mięsem jak pijaczek spod budki z piwem, aby za moment znowu przywołać długi cytat z powieści Faulknera albo frazę z opowiadania Izzaka Babla”.
W piątek, w empiku na wrocławskim rynku kupiłem – za cztery dychy – tę pachnącą farbą (lecz nie gorzałą) książkę wypichconą przez Annę Poppek.
Janek (napity) czyta na rynku w mieście Jawor teksty moich bluesów (ja też napitym będąc). A społeczeństwo słucha. Wszyscy nad wyraz smutni – rządził wówczas generał Jaruzelski.
Wam też ją polecam. Rewolucji w niej nie ma, ale rozrzewnienie napadnie na Was na pewno. Młodzi wkurwieni (odwracam maksymę Kofty) lepiej poznają tego wspaniałego Łacha Himilsbacha. Starzy gniewni skonstatują, jaki to intrygujący czas był bez tabletów, komórkowych telefonów oraz bankowych debetów.
I na konies Siostry i Bracia!
Janek w „donosie” na mnie powiedział, że we wrocławskim w „Monopolu” spał w tym samym pokoju, w którym kimał Adolf Hitler. Aby więc felieton zakończyć po himilsbachowemu – anegdota, oto ona:
Janek dzwoni do hotelowej recepcji. Czemu, kurwa, dałyście mi ten sam pokój, w którym spał Adolf Hitler?! Panie Janku, co pan opowiada, perorują recepcjonistki. Tyle już lat po wojnie, tyle remontów – a pan zasuwa z tym Adolfem. Kurwa, powtarza jednak Janek, mogłyście przynajmniej pościel zmienić!
Zamieszczam archiwalne zdjęcie dyktatora w „Monopolu” – Janek mógł mieć rację!
Hotelowe życie to magma – o czym śpiewa, w swoim rodzaju Himilsbach polskiego bluesa – Ryszard Riedel.






