
Ludzie Wrocławskiego Bruku! Zatroskani smutnym antyszambrowaniem piłkarzy Śląska w Przedsionkach Sławy!
Piszę do was dzisiaj na dopalaczach. Moimi narkotykami od lat są kobiety szczególnego wokalu – jazzu i bluesa. Na ich szczycie są dwie niesamowite Marychy. Etta James i Julie London. Słucham właśnie piosenkowego Zioła o nazwie „At Last”, w wydaniu koleżanki Etty. Więc palce suną po klawiaturze laptopa z naturalnym feelingiem.
Wyznawcy Luzu!
Od 14 odcinka EuroDetektywa zmienię lekko formę naszych ekranowych rozmów. Z jednorodnego felietonu szykowanego w klasycznej greckiej narracji przedzierzgnę moje zapiski w rodzaj datowanego dziennika. Wokół sytuacja jest bowiem tak dynamiczna, że wiele zdarzeń umyka bezpowrotnie z masowej wyobraźni. Zatem w jednym coczwartkowym spotkaniu przedstawiał będę więcej okruchów rzeczywistości. Stężę liczbę massmediowych zdarzeń, osadzał je będę w meandrach 7 dni każdego tygodnia. Od czwartku do czwartku.
Piątek – 1 dzień października 2010 roku
Zbiegają się okrągłe daty przynależne do idoli mojej młodości (miłość trwa do dzisiaj). Mijają – 70. rocznica urodzin Johna Lennona oraz 40. rocznica śmierci Janis Joplin i Jimiego Hendriksa. Artyści ci ukształtowali niemałą część życia mojego (i nie tylko) pokolenia. Gdy po raz pierwszy usłyszałem gershwinowskie „Summertime” (kompozycja z 1935 roku, fragment opery „Porgy & Bess”), zapomniałem, gdzie jestem. Na ciężkim szpulowym magnetofonie Tonette zdzierałem ten kawałek do granic słyszalności. Podobnie było z „Hej Joe” – Jimiego Hendriksa. Od pierwszych tonów muzyki wiadomo było, że gra Ktoś.
Mój kolega z młodości, 16-letni wówczas anorektyczny Grek Janis Polkas (mieszka obecnie i z powodzeniem gra w Australii), na czeskiej gitarze Jolana grał kawałki Hendriksa równie energetycznie. Hendrix rozwalił granice pojmowania muzyki, działania na wyobraźnię.
W ostanie dni prowadziłem koncerty nazwane „Jimi Hendrix filharmonicznie”. Nadkomplety publiczności, brawa na stojąco i przeświadczenie, że muzyka jest Jedna. Właśnie „Hej Joe” ryzykownie wmontowane w „Bolero” Ravela – z udziałem skrzypiec, waltorni, klarnetów, wiolonczeli i tuby – zachwycił wszystkich bez wyjątku. Ortodoksyjnych rockmanów, wyznawców Mozarta i zwyczajnych pierdzieli.
Żal, że wybrańcy Boga odchodzą tak niesprawiedliwie szybko. Janis Joplin i Jimi Hendrix mając zaledwie po 27 lat z życia umykają w Otchłań.
I wreszcie silnik zespołu The Beatles – John Lennon, ekscentryk, poeta życia. Krew dla wytwórni płyt pocztówkowych kręcących się na adapterach Bambino (lata 60. oraz początek lat 70.). Za trzy dni minie 70. rocznica urodzin Maga. Z tej okazji Yoko Ono, wspólnie z wytwórnią instrumentów Gibson, wypuszczą na rynek model gitary Gibson „Imagine” oraz 70 replik gitary, na której Lennon grał 20 lat temu, przed tym, jak został zastrzelony przez Teksańczyka Davida Chapmana. Na swoim oryginalnym instrumencie Lennon umieścił rysunki: On i Yoko Ono. Cena takiej wspomnieniowej gitary to około 10 tysięcy dolarów. Dla fanów bezcenna.
Poniedziałek – 3 dzień października 2010 roku
Orest Lenczyk For Ever!
Po 30. latach nieobecności do Wrocławia powrócił Orest Wytrawny Lenczyk – spatynowany licznymi walkami na ubitej trawiastej ziemi – syn skrzypka i ojciec wiolinistki. Trener ten, w sezonie 1979/80, zdobył ze Śląskiem wicemistrzostwo Polski. Potem nie było już tak dobrze w szkoleniowej drodze pod górę. Ale znów nadarza się szansa, by po rozstaniu z Cracovią ruszyć po prawdziwe sukcesy. Ekstraklasa ma być dzięki temu ciekawsza. Śląsk – za sprawą czołowego polskiego szkoleniowca – ma skutecznie oddalić się od czerwonej latarni.
A sprawa jest, że ho, ho. Dlatego po ostatnich porażkach Śląska prezydent Rafał Dutkiewicz czarował w ostatni poniedziałek – w swoim gabinecie – nowego trenera (68 lat) słowami wspólnej nadziei. Gdyby bowiem równia nadal była pochyła – powstałby nieprzyjemny zgrzyt. Nowy stadion – jak najbardziej Europa, wrocławski Śląsk – jeden wielki gwizd i rozczarowanie. W życiu tak już jest, że na każdego z nas czeka granica możliwości i kompetencji. Taką granicę osiągnął dotychczasowy coach – Ryszard Tarasiewicz.
Czekamy więc na koniec blamażu, na walkę o ligowe punkty w nowej scenografii, nowym wydaniu. A to wymaga nowego reżysera. Ale słyszę już, że pod nowym trenerem zawodnicy Śląska skarżą się publicznie na społecznościowych portalach nadmiarem treningów (!!!!). Zaś klubowe drzwi w budynku Śląska trzaskają – gdy otwiera je Tarasiewicz – z siłą huraganu. Ale wkrótce wszystko się dobrze ułoży. Tym bardziej, że piłkarze pracują w tych dniach nad formą w słynnym czeskim Nymburku. A to jest piękne stare miasto z licznymi zabytkami, tradycjami. Tam właśnie doskonałe teksty pisał mój literacki niedościgły mistrz – Bohumil Hrabal (ma tam nawet muzeum swojego imienia). A ponadto w Nymburku właśnie kupiłem – do zbożowego spichlerza – piękny kaflowy piec w zielonych kolorach Śląska. Wierzę więc, że po powrocie piłkarzy wrocławska drużyna odbije się od dna i wnet poszybuje w górę bez dopalaczy!
Wtorek – 4 dzień października 2010 roku
Wczoraj minęło 20 lat od zjednoczenia Niemiec. Niemiecka Republika Demokratyczna (zwana potocznie bękartem Europy) i Republika Federalna Niemiec połączyły się niespełna rok po upadku Muru Berlińskiego. Dzielącego w praktyce i przenośni miasto, kraj, naród i kontynent przez kilka powojennych dziesięcioleci.
Akurat 5 października 1990 roku jechałem do Wiesbaden (miasto zaprzyjaźnione z Wrocławiem) zbierać winogrona. A był to mój ostatni raz takiej podstawowej zarobkowej peregrynacji. Niemcy tego ranka były rozchwierutanym krajobrazem po bitwie. Szczególnie po wschodniej stronie kraju. W pobliżu ludzkich skupisk bezmiar butelek, puszek po piwie, fruwających papierów, poprzewracanych krzeseł przy restauracjach. Bałagan totalny i bezgraniczny. Euforia opadła – zjednoczony naród poszedł spać w wolnościowych majakach. Ja zaś, w tej niezwykłej scenerii jechałem sezonowo zbierać winogrona, polepszać taką nieskomplikowaną pracą byt rodziny. Chociaż te zbierane od świtu winne grona nie były byle jakie, statystyczne. Niemiecka Centrala Turystyki uznawała je (i uznaje) za wyjątkowo ekskluzywne, wielkiego smaku. Pasmo wzgórz nad Renem, niedaleko Wiesbaden, rodzi wina białe wytrawne, półwytrawne i słodkie o najwyższej światowej jakości. Taką przynajmniej pociechę miałem z tej pracy. Ale to nie wszystko.
Właśnie Wiesbaden, a konkretnie wielkie kasyno gry w tym bogatym mieście, stało się dopalaczem rozgrzewającym moją wyobraźnię. Wyobraźnię sezonowego trywialnego zbieracza. W tym kasynie częstym gościem był w latach siedemdziesiątych XIX stulecia Fiodor Dostojewski – rosyjski pisarz szczerze nienawidzący Polaków. Właśnie na przygodach w kasynie Wiesbaden oparł fabułę powieści „Gracz”. Powieści, w której opisywał własne długi karciane. Powieść „Gracz” powstała w niezwykle krótkim czasie – jednego miesiąca. W takim, w jakim ja zbierałem wokół Wiesbaden owe winne kule. Dostojewski pisał ją równolegle z wydawaną w odcinkach „Zbrodnią i karą”. „Gracz” zawiera wątki autobiografii Dostojewskiego oraz liczne motywy znane później z największych dziełach pisarza. Energetycznie było pójść po pracy na polu pod tę kapiącą złotem jaskinię hazardu.
Wzdłuż kasyna przebiega ulica pełna wytwornych drogich sklepów. Wśród nich ekskluzywne studia Otto Kurowsky’ego. Widziałem tam na przykład damskie płaszcze po 1000 euro podobne do kolejarskich służbowych szyneli. Gdybym kupił żonie taki model garderoby, bez wątpienia uznałaby, że nabyłem go w sklepie z używaną odzieżą z piątej ręki. A 1000 euro wydałem na jazzowe płyty. Tak oto literacki i odzieżowy high life mieszał się z losem zbieracza-sezonowca żywiącego się gulaszem angielskim z puszki.
Ale wracajmy do zjednoczenia Niemiec. Dzisiaj, 30 lat po zjednoczeniu Niemiec, pewnym jest, że obalenie muru jest historią wielkiego sukcesu. Mur pochłonął wiele ofiar. Jego upadek wyzwolił efekt domina. Upadł porządek pojałtański, zniknęło imperium ZSRR i jego strefa dominacji – obejmująca także Polskę. Kraje postkomunistyczne wstąpiły do NATO i Unii Europejskiej. Są dziś demokracjami, mają gospodarkę rynkową. Niemcami rządzi od lat doktor chemii – Angela Merkel. Córka pastora, dawna obywatelka NRD, która w jednym z wywiadów – gdy zapytano ją o muzycznych faworytów – wyraziła uznanie dla Janis Joplin właśnie.
Za tydzień – jak zostałem kumplem Joschki Fischera – byłego ministra spraw zagranicznych Niemiec. A także – co dobrego dla świata uczynił fan piłkarzy Dynamo Berlin – Guenter Schabowski, wielka fisza i przypadkowy wybawiciel.
Zdzisław Smektała
501 40 40 64
bbd@bbd.pl
Zdjęcia z archiwum Zdzisława Smektały





