Tag: Jerzy Matuszkiewicz

  • Przyjęcie na dziesięć osób plus trzy

    Smektała na weekend 67

    4

    Jedną z pierwszych rół Jerzego Stuhra (a w kalendarzu widniał rok 1973) była postacią anonimowego gościa stojącego w długiej kolejce przed pośredniakiem.

    Rola była tak bardzo anonimowa, że aktor nie został wymieniony w czołówce filmu. To filmowe dzieło nosiło tytuł „Przyjęcie na dziesięć osób plus trzy”. I przez kilka lat też było właściwie anonimowe. Film został wstrzymany przed rozpowszechnianiem przez państwową cenzurę. Właściwą premierę miał dopiero  w roku 1980, gdy powiew wolności zdmuchiwał kurz w przepastnych magazynach tubylczej kinematografii.

    1

    A przecież twórcy tej obyczajowej komedii byli zacni i ogólnie szanowani.

    Reżyserem był, czujący komediowego bluesa, topowy wówczas realizator filmowy, teatralny a i sopockich festiwali – Jerzy Gruza. Scenariusz napisał idol polskiej klasy około-robotniczej Jan Himilsbach. A role główne zaś brawurowo zagrali Leon Niemczyk oraz Zdzisław Maklakiewicz. Gdy do tej ligi mistrzów dodam, że muzykę napisał znakomity jazzman, saksofonista, założyciel legendarnej kapeli „Melomani” – mistrz Jerzy Matuszkiewicz (Wojna domowa, Janosik, Stawka większa niż życie, Przygody psa Cywila, Kolumbowie, Kapitan Sowa na tropie i jeszcze wiele innych) – można powiedzieć, że Jerzy Stuhr debiutował na bogato.

    2

    Film „Przyjęcie na dziesięć osób plus trzy” pokazywał absurdy realnego socjalizmu z początków epoki Gierka. Zatem nic dziwnego, że zyskał zaszczytny w tamtych czasach tytuł „półkownika” (od wieloletniego polegiwania na magazynowych półkach). Fabuła kręciła się wokół ludzi z pośredniaka, którzy mieli rozładować z wagonów stojących na bocznicy skalny gryz. A ponieważ godzinowe stawki były dla arbajciarzy haniebne, kierownik Leon Niemczyk, dokonuje wielu kombinacji aby sezonowi robotnicy nie uciekli z „miejsca zbrodni”. To była Polska w pigułce absurdu, a jednym z uczestników tej partaniny był debiutujący na filmowej taśmie Jerzy Stuhr.

    3

    Tego krakowskiego aktora zaakceptowałem na stałe gdy sporo lat temu na deskach wrocławskiej opery zobaczyłem jego wersję monodramu „Kontrabasista” powstałego według tekstu Patricka Sueskinda (tego od „Pachnidła”). Jego opowieść o miłości i nienawiści do instrumentu, który zniewolił go na całe życie – bardzo prawdziwa, pełna życiowych szczegółów – pokazała możliwości tego wielo-twarzowego artysty. Historia samotności zdobionej muzyką, szarpanina w niewidocznym dla ludzi orkiestronie – nie dawała nadziei na sukces. W dodatku występująca obok sopranistka Sara, stojąca w mocnym świetle rampy – nigdy nie do zdobycia przez kontrabasistę, irytowała. Los wyznaczył mu miejsce na obrzeżach sceny, która jednych wynosi do sławy – a jego akurat trzyma w zaciemnionych miejscach.

    I Sueskind i Stuhr zrobili z tej literackiej historii kawałek prawdziwego życia.

    6

    Tak się dzisiaj pochylam nad krakowskim artystą – bo jestem tuż po obejrzeniu jego najnowszego autorskiego filmu (scenariusz, reżyseria, główna rola) „Obywatel”.

    To idealna propozycja dla skutecznego zachęcenia tych wszystkich, którzy zastanawiają się czy warto pójść zagłosować w drugiej turze wyborów. W filmie „Obywatel”, gorzkiej w wyrazie komedii obyczajowej, jest zapisana Polska z jej „różnistymi” twarzami. Ma ich znacznie więcej niż pogański słowiański Światowit.

     A właśnie przez to są one (te twarze) doskonale przyswajalne. Takie, które można spotkać dookoła nas, we własnym otoczeniu, wokół własnej rodziny. „Obywatel” jest ważnym filmem, szczególnie dla tych pokoleń Polaków idących przez życie tuż przed i zaraz po Jerzym Stuhrze. Wiele bowiem wątków tego obrazu mieliśmy okazję przeżywać osobiści. To jest nasza Polska przeżywana każdego dnia. Bałwochwalcza, groteskowa i antysemicka.

    7

    ——————————————————————————————————————–

    Dalej, moi wybitni opiniotwórcy, czytajcie ten felieton w całości,  w piątek od godziny 11, na oficjalnej internetowej stronie miasta Wrocławia:   

                                                  www.wroclaw.pl

    Po wejściu na ów portal feelingowego Wrocławia, proszę wpisać, w białym prostokąciku, po prawej stronie, tytuł tego felietonu albo moje nazwisko. 

    Możecie też – po prostu – wpisać ten tytuł w wyszukiwarkę Googla. Dzięki, za ewentualne niedogodności przepraszam.  To surowe wymogi copyrightu, na pewno je rozumiecie. 

    Zdzisław Smektała            copyright www.wroclaw.pl                    bbd@bbd