
Jesienny Raptularz Zdzisława Smektały
Środa, 10 dzień listopada – rzecz dzieje się w porannym spleenie
Gra politycznej falangi – z całej politycznej sceny – w kucanego berka, skręca mi wnętrzności. Kiszki obróciły mi się na drugą stronę. Są gordyjskim węzłem, porannym warkoczem Violetty Villas!
Przez wiele lat byłem politycznym zwierzęciem. Partyjne magmy bulgotały pod moim piórem, komputerem, laptopem. Mocno zajmowały mnie przemieszczenia w kalejdoskopie Polandii. Jednak obecny miąższ politycznych glutów odepchnął mnie od tego medium już na zawsze. Prawie zupełnie nie „otwieram” telewizora, nie biorę do ręki codziennych gazet.
Czterdzieści, plus minus, tubylczych bez umiaru gadających głów (na 38 milionów ludzi) zepchnęło mój kraj do obyczajowego wychodka.
Twarze (i retoryka) manekinowego Mariusza Błaszczaka, roztropkowego Adama Hoffmana, faryzeuszowskiej Beaty Kempy, zgliwiałego Joachima Brudzińskiego, napalonego Stefana Niesiołowskiego, nadmuchanego Janusza Palikota, ociężałego myślowo Richarda Czarneckiego, blaszanego Jarosława Kaczyńskiego, kruchtowego Jarosława Gowina, czekistowskiego Zbigniewa Ziobro, a także bekającego na wizji mojego prezydenta Bronisława Komorowskiego – gaszą wszelką energię. Przypominają robaki o nazwie żuki gnojowniki – żerujące na skórze umęczonego hipopotama (to Polska).
Właśnie dzisiaj mija 30. lat od zarejestrowania Solidarności, mija także 3. rocznica rządów Platformy Obywatelskiej. Ich sztandary leżą w pawlaczu, nie są rozwinięte w łopocie. Halabardziści wciąż korzystają z suflera. Wiele, nazbyt wiele haseł wyborczych Solidarności oraz haseł wyborczych PO w dalszym ciągu niszczeje w magazynach, płowieją na stronach chwackich dawniej manifestów. Tamtejsi młodzi gniewni przepoczwarzyli się w tłustych wkurwionych – a pozytywistyczna ludność dalej pomaga Syzyfowi.
Z tym, że owa ludność – dzięki recyklingowi w krajach starej unii – ma znacznie więcej używanych samochodów, znacznie więcej ma odzieży z drugiej ręki. Je także więcej wieśmaków, gyrosów i pizz. Więc przeklina i na potęgę tyje. Przynajmniej w tej dziedzinie doganiamy Amerykanów.
Gdy więc bierze mnie nieokiełznana chcica na freedom – z głośników puszczam muzyczne kawałki z czasów beat generation. A ostatnio oglądam powtarzany na płatnych kanałach film, który ludziom z moim peselem przywraca w pamięci niespełnione marzenia sztubaków. A generacji Lady Gagi pokazuje, jak i gdzie rodziła się wolność bez munsztuka.
Ten rozluźniający obraz to brytyjska muzyczna komedia „Radio na fali”. Wyreżyserowana przez Richarda Curtisa, autora scenariusza do znanych powszechnie „Czterech wesel i pogrzebu”, „Notting Hill” albo „To właśnie miłość”.
– Ten temat fascynował mnie jako materiał na film od ponad 10 lat. Niemal każdy z mojego pokolenia ma podobne wspomnienia. Idąc wieczorem do łóżka, kładło się radio tranzystorowe pod poduszkę, włączało je i zapominało o śnie, by usłyszeć melodie i głosy, których nie można było znaleźć nigdzie indziej. Rodzice wrzeszczeli z dołu: Śpij wreszcie! Wyłącz światło! To był powód, dla którego tak kochałem pop – muzykę w jakimś sensie zakazaną i nielegalną – wyznał mediom Curtis.
Nietrudno się domyślić, jaką treść niesie ścieżka dźwiękowa do „Radia na fali”.
Tym samym powodem kierował się pewien polski reżyser Radosław Piwowarski, gdy kręcił beatlesowski wspomnieniowy film „Yesterday”.
Dla mnie jest to także rodzaj filmu podobny ideą do obrazu Marka Piwowskiego „Rejs”. Ale konstruowany zupełnie na odwrót. Na pokładzie statku w „Rejsie” płyną w nieznane zebrani przypadkowo półidioci i życiowe poczciwiny. Dzięki którym my – oglądacze filmu – czujemy się mądrzejsi, lepsi i ważniejsi. Na pokładzie zaś statku z „Radia na fali” płyną odjazdowi „zawodnicy” różnej maści oryginały złączeni niespożytą energią i nieziemskimi pomysłami. Płyną na pokładzie pirackiej rozgłośni nadając słynne w tamtych latach rockowe przeboje. David Bowie, The Who, Jimi Hendrix, Cream, Duffy, The Troggs, The Yarbirds. Rolling Stones, Beatles, Dusty Springfield – to gwiazdy zajmujące wyobraźnię słuchaczy. Owe kipiące lata sześćdziesiąte to bez wątpienia najważniejszy, najbardziej twórczy okres muzyczny XX wieku.
Make Love Not War – wywołane wojną w Wietnamie, palenie przez poborowych wojskowych książeczek, niepokoje na angielskich i amerykańskich uczelniach, paryska studencka jesień 1968, wichrzące nauki Claude Levi Straussa wywoływały ochotę na nieograniczoną wolność i dziką miłość.
Dlatego właśnie reżyser Richard Curtis przyodział swoich bohaterów w kolorowe hippiesowskie stroje. Za konsole z muzyką wstawił zaś znane dzisiaj showbiznesowe postaci. Philip Seymour Hoffman, Nick Frost, Bill Nighy i płonący Rhys Ifans w rolach wytrawnych didżejów wprawiają widzów „Radia na fali” w „okołomaryśkowy” trans.
Tak jak w latach 60., gdy muzyka była nie tylko niezbędnym tłem sobotnich potańcówek, ale także szczerym wyznaniem wiary, że życie jest jedno, a win do wypicia, panienek do bliższego poznania prawdziwy bezlik.
Sam byłem w tamtych latach frenetycznym operatorem kultowego adaptera „Bambino”. Na bolec którego nakładałem setki pirackich pocztówkowych płyt z anglojęzycznymi hiciorami. Więc wiem, co to był za adrenalinowy narkotyk. Skazani wówczas byliśmy na Radio Luxemburg, na audycję „Randez Vous po szóstej dziesięć” puszczanej ze stacji Wolna Europa. Mocno zazdrościliśmy wówczas takich wolnych pirackich rozgłośni.
I właśnie historia w „Radiu na fali” oparta została na autentycznych wydarzeniach, faktach. Pierwowzorem pirackiego Radia Rock byłoRadio Caroline, popularna piracka rozgłośnia umiejscowiona na statku zakotwiczonym w morzu.
„W 1966 roku prorządowa BBC nadawała bowiem zaledwie 2 godziny tygodniowo muzyki rock i pop, podczas gdy w USA istniało już blisko 600 stacji grających kawałki tego typu – 24 godziny na dobę, przez siedem dni w tygodniu. W takich okolicznościach przyrody miliony spragnionych pop-rocka mieszkańców ojczyzny Beatlesów, Rolling Stonesów i The Who wolało słuchać pirackich rozgłośni. By obejść prawo, radiostacje te były lokowane na statkach zacumowanych na morzu, tuż za granicami wód terytorialnych Wielkiej Brytanii. Niepohamowany rozwój grzesznego rocka, który wyzwalał w społeczeństwie seksualne rozbestwienie, emitowanie go na oficjalnych falach radiowych zostało przez władze zabronione. Na muzyczną banicję nie mogli jednak zgodzić się ci, którzy rytm i harmonię mieli we krwi. Grupa najbardziej przebojowych didżejów założyła więc na własną rękę piracką rozgłośnię Radio Rock – oazę wolności dryfującą po Morzu Północnym. Do tego gniazda rozpusty, w ramach kary za palenie papierosów (!!!), trafił na pokład 18-letni Carl. W rzeczywistości jednak pobyt młokosa na statku wśród nie tylko rozpasanych, ale i niezwykle inteligentnych osób, okazał się prawdziwą lekcją życia”.
To właśnie na pokładzie pirackiego statku, w towarzystwie głosu zniewalającego Jima Morrisona, z udziałem 25 milionów słuchaczy, w transmisji na żywo – o czym chłopak nie wiedział – przestał być prawiczkiem. Wszedł do grona mężczyzn. Mnie się to przydarzyło – bez tych milionów słuchaczy – za to przy krążku gramofonu „Bambino”. Nałożona była nań hippisowska piosenka Wojciecha Kordy „Na betonie kwiaty nie rosną”.
Film o latach rodzącego się – w oparach Zioła i Wolnej Miłości – wolnościowego rock’n’rolla, w czasach Mary Quant, twórczyni minispódniczek (mają akurat 50 lat) ma również znakomity, mocno pouczający akcent społeczny. Pokazuje głupkowaty konserwatyzm brytyjskich władz, które dla „ochrony obyczajności i moralności” zakazały emitowania „diabelskiej muzyki” na oficjalnych falach radiowych, przez co niszczyły te zręby wolności. Oglądając sceny z zachowań urzędników, na pewno przyjdą Wam na myśl obrazki, jakie doskonale znacie z własnych życiorysów, z historii PRL. Scenografia zdarza się różna – lecz kastowe mechanizmy wciąż pozostają takie same.
Głupia władza bowiem pilnuje kluczy do zamkniętych drzwi – dla własnych interesów i wygody. A powinna je szeroko otworzyć – byśmy mogli w nie wejść na własny autorski rachunek. Howgh!
Zdzisław Smektała
smektala@bbd.pl
tel. 501 40 40 64
Foty ze zbiorów autora







