Tag: John Belushi

  • Hey, hey – Blues Brothers Day!

    Smektała na weekend 55

    Na weekend (21)

    Przepraszam, ale nie jest tak, że każdy dzień musicie przeżywać tak pięknie jak ten, w którym byliście w lunaparku. Bardzo mi żal, że jak to było w latach ubiegłych, nie mogę na obliczu dnia wywołać uśmiechu. A sprawy mają się tak. Od kilku dni moi kumple oraz trochę dalsi znajomi nagabują mnie o wejściówkę ma sobotni koncert amerykańskiej kapeli Blues Brothers. Część zespołu akompaniującego przed laty aktorom Johnowi Belushiemu i Danowi Aykroydowi wystąpi 30 sierpnia, o dzikiej trochę godzinie, o 16, 30 – w autobusowej zajezdni MPK przy ulicy Grabiszyńskiej. Ta część zespołu to dwóch muzyków z oryginalnego, filmowego składu – gitarzysta Steve „The Colonel” Cooper i saksofonista Lou „Blue Lou” Marini. Chudzielec z długimi włosami stąpający jak kot po barowych ladach.

    1 Bracia Blues, kawał legendy światowej rhytm and bluesowej muzyki. Przyswajałem ich postaci i muzę mieszkańcom Wrocławia przez 13 niepechowych lat. Howgh!

    Bracia Blues, kawał legendy światowej rhytm and bluesowej muzyki. Przyswajałem ich postaci i muzę mieszkańcom Wrocławia przez 13 niepechowych lat. Howgh!

    Okazją będzie 34. rocznica narodzin Solidarności. Zajezdnia Grabiszyńska to matecznik dawnego kierowcy Jelcza (tak zwanego ogórka) Władysława Frasyniuka, laureata tytułu bluesmana roku przyznawanego przez mój festiwal Blues Brothers Day. Ale o tym później. Występ BB będzie jednym z kilku koncertów w Polsce. Zagrają jeszcze w Kaliszu i bodaj w warszawskim klubie „Palladium”. Na show The Blues Brothers  w Polsce byłem dziesięć lat temu w Poznaniu. Wówczas to chciałem ich zakontraktować na granie do Wrocławia. A nawet myślałem o ogólnopolskiej długiej trasie. W tymże bowiem Poznaniu, zupełnie przypadkowo, spotkałem na widowni słynnego finansowego przewalacza (wynalazcę oscylatora ekonomicznego) Bogusława Bagsika, którego znałem gdy organizował artystyczne imprezy w ramach Art-B. Bagsik z entuzjazmem przyjął mój pomysł współfinansowania trasy Blues Brothers. Ale po naszej rozmowie już się nie odezwał. Pewnie zamknęli go w pudle.

    Podobnie jak to było w filmie z Johnem Belushim.

    2 Ceramiczna deska do krojenia warzyw produkcji słynnych zakładów w Bolesławcu

     Ceramiczna deska do krojenia warzyw produkcji słynnych zakładów w Bolesławcu

    Ale wracam do zawiedzionych kumpli (i znajomych), którym teraz zbiorowo odpowiadam. Nie mogę Wam podarować biletów ani wejściówek na sobotni koncert bo to nie ja jestem jego organizatorem. Sztukował ten ivent wRoCK for Freedom.

    Ale, może zrobi się Wam na sercu raźniej – ja też nie mam biletu, nawet wejściówki. Ponad trzynaście lat wprowadzałem do Wrocławia ideę Braci Blues (stąd te liczne telefony, smsy i maile o bilety), pierwszy w Polsce napisałem powieść o bluesie w narkotyczno – miłosnym tle. A mimo tego, gdybym chciał posłuchać niesamowity kawałek Crossroad albo hicior Sweet Home Chicago – musiałbym szorować po bilet do kasy. Taka teraz panuje kindersztuba, taka dzisiaj gmina. Ale się nie obrażam. Chłopaki z wROCK for Freedom mają nielichą dotację z miasta więc pewnie rozliczają się z każdego biletu. Ja na Blues Brothers Day(1997 – 2010) zbierałem od sponsorów pieniądze jak okruchy, jak drobiny. Ale i tak udawało się robić niezłą bluesową zadymkę.

    3 Prawdziwy bojowy wojskowy hełm pozyskany dla festiwalu za sprawą ministra wojny i obrony - Jerzego Szmajdzińskiego

    Prawdziwy bojowy wojskowy hełm pozyskany dla festiwalu za sprawą ministra wojny i obrony – Jerzego Szmajdzińskiego

    Mieliśmy plakaty projektowane przez wybitnych artystów. Nigdzie w Polsce nie dawano na koncerty takich oryginalnych biletów (część z tych zachowanych biletów ilustruje dzisiejszy felieton). Rozdawaliśmy kochanej publiczności tony paczkowanej soli, tysiące czarnych t-shirtów, firmowych czapek, tysiące kostek firmowego mydła, tysiące butelek piwa, specjalnie na tę okazję wydawane bluesowe plyty i Bóg wie co jeszcze. Prezydent Zdrojewski zjeżdżał z dachu Teatru Polskiego (bez zabezpieczenia) na linie  a ja z laureatem nagrody Grammy, harmonijkarzem Sugarem Blu, „taranowałem” w blues mobile wjazd na wrocławski Rynek. A wszystko to w idei wolności nie tylko muzycznej. Któregoś roku zorganizowaliśmy nawet międzypaństwowy polsko-czeski bluesowy mecz muzyczny, którego patronkami były dwie bluesem skropione prezydentowe – Jolanta Kwaśniewska oraz Dagmara Havlowa.

    4 Sala Teatry Polskiego wypełniona przez bluesowe roboty, każdy widz mógł takiego robota (z bluesową czapką i t-shirtem) zabrać do domu

    Sala Teatru Polskiego wypełniona przez bluesowe roboty, każdy widz mógł takiego robota (z bluesową czapką i t-shirtem) zabrać do domu

    Do śpiewania bluesa udawało mi się namawiać artystów będących daleko od tego gatunku. Stąd – wymieniam ich z pamięci – oglądaliśmy brawurowe występy takich gwiazd jak filigranowa Śława Przybylska czy uświęcona Duchem Violetta Villas. Śpiewała jazzowa dama, wielce energetyczna Ewa, Bem, także Mira Kubasińska.

    Grali i śpiewali: wybitny pianista i hammondowiec Wojciech Karolak, europejskiej klasy trębacz Tomasz Stańko, harmonijkarz Sławomir Wierzcholski, pianista i showman Waldemar Malicki, nostalgiczny Włodzimierz Nahorny, rockowy Wojciech Korda, operowy Bogusław Morka, skrzypek Konstanty Andrzej Kulka, gitarzysta Tadeusz Nalepa, wciąż nagradzany pianista Andrzej Jagodziński, feelingowa Lora Szafran, saksofonista Zbigniew Namysłowski, basista Krzysztof Ścierański, gitarzysta Jarek Śmietana, kapitalna harfistka Anna Faber.

    5 Duży ceramiczny kafel (40 na 30 centymetrów) z e słynnej fabryki Tubądzin - bilet wstępu opakowany w gustowne tekturowe etui

    Duży ceramiczny kafel (40 na 30 centymetrów) z e słynnej fabryki Tubądzin – bilet wstępu opakowany w gustowne tekturowe etui

    A i z zagranicy przyjeżdżali świetni wykonawcy. Darował nam swój talent dwukrotny laureat nagrody Grammy (nagrał dwie płyty z Rolling Stones) Sugar Blue. Śpiewała żywiołowa czarnoskóra Angela Brown z Chicago. Występowała czołowa gwiazda europejskiego jazzu – Karin Krog z Norwegii. Także Carlos Johnson (znów Chicago), Andy Egert (Szwajcaria), postmodernistyczna Nina Hagen z Niemiec i jeszcze wielu innych znakomitych artystów. Projektowali dla festiwalu plakaty i scenografię wspaniali graficy – Andrzej Mleczko, Andrzej Krauze (grafik brytyjskiego The Guardian, obecnie Rzeczpospolita), Rafał Olbiński (światowej klasy grafik mieszkający w Nowym Jorku, wykonujący okładki i ilustracje do Wall Street Journal, Washington Post, New York Times) czy Andrzej Czeczot (NYC Magazine).

    6 Odlana w hucie w Pieńsku szklana gitara i takiż identyfikator - kolejna wersja biletów na Blues Brothers Day, które zyskały aprobatę widzów tego feelingowego festiwalu

    Odlana w hucie w Pieńsku szklana gitara i takiż identyfikator – kolejna wersja biletów na Blues Brothers Day, które zyskały aprobatę widzów tego feelingowego festiwalu

    Podczas festiwalu zacnym ludziom przyznawaliśmy corocznie tytuł Bluesmana Roku, wyróżnienie dla człowieka niepokornego, mającego własny, autorski ogląd świata. Dostali je nietuzinkowi goście. Władysław Frasyniuk – legenda Solidarności, zagorzały fan bluesa, Mateusz Morawiecki (syn Kornela) – przywódca BZ WBK, senator Józef Pinior (uratował przed komuną 80 milionów PLN), Sylwester Chęciński – reżyser kultowych komedii, Leon Kieres – senator, profesor, samorządowiec, Bogdan Zdrojewski – były szef Wrocławia, minister kultury, euro deputowany, Witold Krochmal  – wojewoda, Andrzej Mleczko – rysownik, ojciec Maciej Ziemba (spowiednik Lecha Wałęsy), Daniel Olbrychski – aktor, Robert Gonera – aktor, Tadeusz Drozda – satyryk. Tylu ich wyłowiłem z pamięci w jednej chwili.

    7 Osobliwy bilet wstępu, czyli 400 stronicowa powieść (projekt okładki Rafał Olbiński) o bluesowej miłości narkotycznej. W jeden dzień wydano 1200 egzemplarzy.

    Osobliwy bilet wstępu, czyli 400 stronicowa powieść (projekt okładki Rafał Olbiński) o bluesowej miłości narkotycznej. W jeden dzień wydano 1200 egzemplarzy.

    Jak zatem widzicie, podobnie jak Bracia Blues i ja miałem misję od Boga.

    Zasiania w naszym mieście sadzonek Dwunastotaktowca. Dzisiejszy felieton napisałem także po to aby – gdy będziecie szli na sobotni koncert do zajezdni na Grabiszyńskiej – natchnąć w Was dumę. Dumę z tego, że nasze miasto nie jest bluesa ubogim krewnym. Wrocław był stolicą bluesa. I może tak być dalej. Chętnie i bezpłatnie przekazałbym mojemu miastu prawa do dalszej organizacji Blues Brothers Day. W Mieście Spotkań wolna muzyka bluesowa jest przecież niezbędna do życia. A zanim traficie na jutrzejszy koncert sprawdźcie czy czytając instrukcję poniżej – rzeczywiście jesteście autentycznym Bratem Bluesa.

    10 Wasz felietonista, omszały bluesem organizator 13 festiwali BBD. Podczas wszystkich edycji w sali Teatru Polskiego nie było jednego wolneg miejsca

    Wasz felietonista, omszały bluesem organizator 13 festiwali BBD. Podczas wszystkich edycji w sali Teatru Polskiego nie było jednego wolnego miejsca

    Dalej, moi wybitni opiniotwórcy, czytajcie ten felieton w całości, od godziny 11, na oficjalnej internetowej stronie miasta Wrocławia:   

                                                  www.wroclaw.pl

    Po wejściu na ów portal feelingowego Wrocławia, proszę wpisać, w białym prostokąciku po lewej stronie, tytuł tego felietonu albo moje nazwisko.

    Możecie też – po prostu – wpisać ten tytuł w wyszukiwarkę Googla

    Dzięki, za ewentualne niedogodności przepraszam.

    To surowe wymogi copyrightu, na pewno je rozumiecie. 

    Zdzisław Smektała            copyright www.wroclaw.pl                    bbd@bbd

  • Smecta 97 – Gazeta Leśnicka – SMAKOŁYKI SMEKTAŁY/KI

    Intelektualny Przydatnik Mieszczan i Włościan Księstwa Leśnica. Numer 8/2013

    Prawie Jesienne Panie i Jesienni Panowie. Moi Niewymienialni Dowódcy!

    Dzisiejszy tekst w Gazecie Leśnickiej jest wyjątkowy, silnie wspomnieniowy. Wszystkie słowa nanizane tutaj na sznurki zdań, dedykuję ludziom, którzy przeszli przez wątrobę, serce i trzewia Jednostki Wojskowej 1245. Dzisiaj jest to – 10 Wrocławski Pułk Dowodzenia. Ale dawniej, w mojej młodości, nosił nazwę – 10 Saski Pułk Łączności (Saski, bo w dniach II WŚ został sformowany w niemieckiej Saksonii).

    Młody, gniewny hoplita LWP

    Poborowy Jesse Ałatkems (wspak Zdzisław Smektała), w szponach obowiązkowej służby dla socjalistycznej Ojczyzny – Polandii. Wrocław 1973, jesień, wrzesień, 40 lat temu!!!

    I oto, równe 40 lat temu (!!!), we wrześniu 1973 roku, wasz felietonista z ostatniej strony, takim jak dzisiaj rankiem, przekraczał bramę jednostki, by wpaść pod nożyczki fryzjera, by stracić samsonowe pióra. Na długie dwa lata, za odgradzającym od cywila murem, musiałem zmienić mój świat, zredukować marzenia. Nosiłem na grzbiecie 22 lata. Za bramą zostawiłem ukochaną narzeczoną Basię (moją późniejszą żonę), dwie pary dżinsów oraz turystyczną torbę ze skayu. Mój cały majątek.

    Koleżka poradził mi, abym od pierwszego dnia w JW 1245, usilnie poszukiwał fuchy, że fucha ustawia wojskowe życie. Więc już po trzech dniach pobytu na unitarce, mianowałem się kompanijnym szatniarzem. Gdy kaprale wrzeszczeli na rekrutów, pod pozorem robienia porządków w szatni (była ze sznurkami, typu górniczego), znikałem w jej czeluściach. Dzięki tej szatni miałem wiele wolności. Już na unitarce (gdy żołnierz nie ma żadnych praw) szpanowałem na pierwszej lewiźnie, ucieczce za płot.

    Pierwszy w armiach Układu Warszawskiego pokazuję podwójny znak V - jest rok 1972, osiem lat przed Solidarnością

    Żołnierz, szeregowy Smektała, na siedem lat przed nadejściem „Solidarności”, pokazuje konspiracyjny, podwójny znak wolności – „V”.

    To był w wojsku nader rzadki przypadek i determinacja. Z reguły bowiem – ze strachu przed kapralami – prawie robiliśmy w pory, przypominaliśmy osikę. Z kolegą o nazwisku Kwaśny (był ślusarzem, o głosie bardziej mięsistym niż głos Himilsbacha) śmignąłem za płot bez przepustki, na wesele jego siostry Eli.

    Dzisiaj kolega Kwaśny jest już na wojskowym cmentarzu w Arlington (jak wielu oficerów i żołnierzy mojego wspaniałego pułku). A jego żonę czasem widzę obrzękłą od gorzały – jak sprzedaje lekko przechodzone kwiaty po Galerią Dominikańską. To ona podeszła do mnie z przypomnieniem lat minionych – z siebie nigdy bym jej nie poznał – tak zwachlowało, upokorzyło ją trudne życie.

    Z tej pierwszej w moim życiu lewizny, wróciliśmy, tuż przed pobudką, rzecz jasna pijani „cokolwiek”, z kiełbasą upchaną w kieszeniach wyjściowego munduru.  Wówczas po raz pierwszy doznałem wspaniałomyślności świeżo upieczonego podporucznika Wiaderka (Zygmunta). Rankiem patrzył na mnie i kolegę Kwaśnego z niespodziewaną dla nas wyrozumiałością. Jechaliśmy na kilometr bimbrownią – a porucznik nie zadawał na wścibskich pytań. Czułem, że ten greenhornowy oficer wzrostu Napoleona polubił mnie od moich pierwszych dni w jednostce, szczególnie mój prześmiewczy charakter, cięty język, sytuacyjny wygłup.

    Scanddss

    Szeregowiec Smektała, pierwszy od prawej, przy narodowej fladze, bierze udział w pułkowej „panice”, czyli inspekcji w JW 1245, elementów ze sztabu.

    Zaraz po ukończeniu okresu unitarnego (czyli, gdy zyskałem prawa żołnierza) moja ukochana narzeczona Basia przeniosła się z Koszykarskiej (Pilczyce) na Niepierzyńską, by być blisko mnie. Wówczas Zygmunt (Wiaderek) zachował się jak rasowy bluesman. Nie bacząc na generalskie dyrektywy Układu Warszawskiego, na rozkazy podpułkownika Józefa Glubiaka (o nim będzie tutaj wspomnienie, rządził jednostką w latach 1968 – 1974) i na inne wojskowe procedury – bardzo mi pomógł. Aby przeprowadzić Basię na Niepierzyńską – mimo, że nasz dorobek był wówczas mizerny – musiałbym wynająć bagażówkę.

    Powiedziałem o tym Zygmuntowi. I co zrobił podporucznik dla żołnierskiego kota? Wypisał stosowny rozkaz szkoleniowy, pobrał z hangaru ciężarówkę Star 66 i z drużyną żołnierzy pojechaliśmy do Pilczyc – po narzeczeński skromny dobytek. Ruszył niczym pod Budziszyn (Bautzen), gdzie żołnierze 10 Saskiego Pułku stoczyli swój pierwszy w historii jednostki – pojedynek. Praca poszła prawie błyskawicznie, tak sprawnie, że mieliśmy czas zjeść w pobliskiej restauracji „Pilczanka” wyborne flaki pod – tylko trochę zaprawione wodą – piwo.

    Socjalistyczny dyskutant czy obrazoburczy antagonista

    Już opierzony, zahartowany wojak, omawia cele i zadania organizacji DFD (Dom Fala Dom)

    Idoli na unitarce miałem dwóch, też właściwie świeżo wymodelowanych żołnierzy (zawodowych). To podporucznicy Zygmunt Wiaderek oraz Adam Jurczak.

    Zygmunt był typem wielkomiejskiego satyrycznego filozofa, dla którego nie było spraw nie do załatwienia. Regulaminy nie stanowiły dla niego ani Biblii, ani Tory, ani nawet Koranu. Miał własny Wiaderkowy Dekalog, autorskie podejście do spraw uświęconych. Pewnie stanowił – z tego właśnie powodu – problem dla swoich przełożonych, bowiem jak wiem, z wojska „pozbyli” się go przed regulaminowym czasem. To był taki czadowy John Belushi LWP. Facet, który wyposażał mnie w rekwizyty potrzebne mężczyźnie na nieuchronnej drodze do Piekła (lewizny, karabin, warta, rozkaz, mundur, posłuch, łebskość, olewka, filozofia Kalego, munsztuk, patriotyczny obowiązek, tumiwisizm, bluzg i luz). Ogólnie był cool.

    JW 1245 (19)

    Wasz felietonista, na podstawowym nośniku legendarnej radiostacji 105 – na terenówce GAZ-69 (nie mylić ze słynną damsko-męską pozycją prokreacyjną).

    Adam Jurczak zaś, stanowił dla nas, żołnierskich kotów, wzór odpowiedzialnego, zdecydowanego oficera. Nie stronił od żartów, rubasznych sytuacji. Jednak, gdy na pole bitwy wkraczała powaga wojska, to był wzór. O ile podporucznik Sigismondo Wiaderek poruszał się, kroczył po bruku jednostki jak kowboy, jak Charles Manson, przywódca hollywoodzkich hippisów, podporucznik Jurczak zupełnie inaczej. Jak bohater ociekającej seksem powieści Philipa Rotha „Kompleks Portnoya”. A nawet jak bohater słynnej powieści noblisty Mario Vargasa Llosy: „Pantaleon i Wizytantki” (premiera w Hiszpanii, właśnie w 1973 roku). Mimo, że z Wiaderkiem byli wzrostem równi, kumplowali się, Adamo był deko „wyższy”.

    JW 1245 (41)

    Radiowęzęł  i biblioteka JW 1245 (na drugim piętrze, błyszczące okna), główny bastion działania dzisiejszego redaktora Smektały, o którym to bastionie będzie więcej w następnym odcinku wspomnień, w Gazecie Leśnickiej

    Więc nia ma się co dziwić, że jeden (Sigismondo), karnie wywalony z socjalistycznego woja, w miłosiernym odruchu, założył pogrzebowy zakład i odprowadzał byłych żołnierzy na górkę. A drugi, został dyplomowanym wojakiem,  najdłużej dowodzącym moją jednostką w jej historii (1994 – 2006).

    Został bliskim doradcą mojego serdecznego kumpla, świętej pamięci ministra obrony, Jurka Szmajdzińskiego (przed laty Jurek dał mi nominację, gdy miałem zaledwie 25 lat, na dyrektora jednego z wówczas największych klubów w Polsce – „Piwnica Świdnicka”).

    JW 1245 (13)

    Po Basi, druga równolegle ukochana – Bronia, pożądana „istota” młodych lat, wspólniczka losu rekruta Zdzicha. To takiego kałasznika nosiłem na humanistycznych plecach (po prawdzie, nie za często).

    Obaj jednak, mimo znaczącej różnicy w konsumpcji codziennego życia, mieli moją wielką równą sympatię. Dzięki nim, wojsko, wbrew przybłoconym stereotypom, nie pokazywało zdeformowanej, gombrowiczowskiej gęby. A bywało, że puszczało łobuzerskie oko. Tak dobrze się w Leśnicy aklimatyzowałem, że podczas uroczystej przysięgi, jesienią 1973 roku, stałem z kałaszem w drużynie wyróżnionych, dostałem trzy dni nagrodowego urlopu (bym mógł przypomnieć sobie w dłuższym wymiarze moją narzeczoną). A moją mamę Tereskę i dziewczynę Basię, mało rozmowny, skryty raczej podpułkownik Josif Glubiak – zaprosił na trybunę honorową, osobiście dziękując mamie za wychowanie farbowanego „szatniarza”, cerbera bastionu, w którym „sierściuchy”, czyli koty ,przechowywali, przed koleżeńskim pożarciem, wędliny, ciasta, schabowe, gorzałę i inne ekskluzywne na unitarce produkty.

    Ledwo zacząłem wspomnienia z żołnierskiego leśnickiego epizodu sprzed równo 40 lat, a już kończy się strona. Zapraszam więc do następnego numeru Gazety Leśnickiej, w którym spotkacie sylwetki legendarnych już oficerów, podoficerów i żołnierzy: Mierzwiaka. Półchłopka, Surynta, Mica, Kaczmarka, Hojdysia, Cygana i innych, nie mniej ważnych dla Leśnicy i świata.

    JW 1245 (2)

    A oto życiowy finalista, samozwańczy Generał Broni i Życia, także redaktor, felietonista, pisarz, własność mieszkańców leśnickiego księstwa. W 40 lat po przekroczeniu bramy JW 1245, właśnie obok „miejsca zbrodni”, bramy JW 1245 obecnie. Już bez kałacha, bez wojennych myśli. Ot, stoik w podobie Zenona z Kitionu. Także Obserwator Pętli Czasu, konsument wyśmienitych potraw Baru Domowego w Leśnicy, gościu żyjący w odrzańskich Praczach.

    Opowiem wam, jak za wyniesienie z koszar kałasznika, mogłem spędzić w więzieniu wiele lat. A także, jak zostałem farbowanym majorem w mundurze prawdziwego majora Segiety. Jak wreszcie – z pułkowego pierdla – wyciągałem na wolność kumpli, chwilowych aresztantów.

    Starszy Szeregowy Zdzisław Smecta Smektała

    Blog Solowy Narodowy    bbd@bbd.pl   501 40 40 64

    Fotografie: Nieznany Artysta w Mundurze