Tag: John McLaughlin

  • Byłaby niezła jazzda

    Smektała na weekend 70

    2 Astor Piazzolla, ulubiony muzyk papieża Franciszka i milionów innych ludzi

    Astor Piazzolla, ulubiony muzyk papieża Franciszka i milionów innych ludzi

    Dzisiaj – od rana – na wielkiej multimedialnej platformie DeliCast słucham internetowego radia argentyńskiego Radio Todo Tango. Puszczają tam najpiękniejsze na świecie milongi (tango milonga). Wbijam się w klimat – jaki w ubiegłą środę panował na rzymskim placu Świętego Piotra. Wówczas, gdy kilka tysięcy ludzi tańczyło tam honorując 78. rocznicę urodzin papieża Franciszka.

    Na ten pomysł wpadła Krystyna Camorani, nauczycielka tang z Rawenny – która wiedziała, że przed laty, niejaki Jorge Bergolio – zanim został papieżem Franciszkiem – był tancerzem i wielkim fanem tej argentyńskiej specjalności. Szczególnie kibicował Astorowi Piazzolli (1921 – 1992), który był wirtuozem bandoneonu, instrumentu wypuszczającego dźwięki natychmiast wywołujące chmury nostalgii i rozrzewnienia. Ten gatunek uznałem nawet swoistym argentyńskim jazzem korespondującym z muzyką fiordów prezentowaną przez saksofonistę o polskich korzeniach, Jana Garbarka, o którym jeszcze będzie słów sporo w dzisiejszym felietonie.

    1 Peggy Lee, wielka gwiazda muzyki jazzowej i popularnej

    Peggy Lee, wielka gwiazda muzyki jazzowej i popularnej

    Przedświąteczne dni, które obecnie mijamy wywołują wspominania 33. rocznicy wybuchu stanu wojennego. Gdy papież Franciszek kończył 45 lat, byłem trzydziestoletnim dyrektorem Klubu Dziennikarza (mieścił się przy Świdnickiej, naprzeciwko „Renomy”). Właśnie w klubie zbieraliśmy wówczas paczki dla aresztowanych i internowanych dziennikarzy, ludzi radia i telewizji. Wśród wielu darczyńców, bardzo nam sprzyjał ówczesny biskup kościoła polskokatolickiego, Wiesław Skołucki. Kanclerz Kurii i zarządca katedry Świętej Marii Magdaleny.

    Miał dobre kontakty z kościołami skandynawskimi i to właśnie dary przybyłe ze Szwecji (środki czystości, bardzo pachnące mydła, dobrej klasy żywność) dzieliliśmy w klubie dostarczając je następnie do więzienia na Kleczkowską.

    3 Billie Holiday, gwiazda prawie jak betlejemska

    Billie Holiday, gwiazda prawie jak betlejemska

    Te dobre kontakty z biskupem Skołuckim skłoniły mnie rok później do zaproponowania w katedrze Marii Magdaleny recitalu organowej, elektroniczne,j jazzująco-rockowej muzyki Józefa Skrzeka, Recitalu zatytułowanego „Zmęczenie”, podczas którego Józek ze swoimi muzykami wykrzyczał swój protest przeciwko podłemu czasowi. Przyszło bardzo wielu ludzi i w sposób niezwykle uczuciowy potraktowali te muzyczne protest songi. Do ostatniego dźwięku nikt z katedry nie wyszedł, chociaż było bardzo zimno. To podczas tamtego koncertu polubiłem klimat i wnętrze tego kościoła. Bardzo ascetyczny w wystroju ma specyficzną akustykę niespotykaną – tak myślę – w innych świątyniach. Wówczas to bliżej poznałem Józka Skrzeka (chociaż z jego bratem, bluesmanem Jankiem, organizowałem sporo koncertów). Józek mówił mało jak Czesław Niemen, z którym grał ze swoim zespołem SBB, oszczędnie wyrażał emocje. Zawsze był lekko zawstydzony.

    Ale gdy zasiadał za klawiaturę – rządził bez wątpliwości. Mieszał muzyczne style (jazz, rocka, blues, elektronikę), wychodził z tego majstersztyk.

    4 Józef Skrzek, zawsze odkrywczy, zawsze awangardowy

    Józef Skrzek, zawsze odkrywczy, zawsze awangardowy

    W 2014 roku, w czerwcu, czyli po wielu latach, znów przypomniałem sobie osobliwą duchowość unoszącą się nad kościelnymi ławkami – gdy w katedrze Marii Magdaleny wielką muzykę na niewielkim saksofonie zagrał Jan Garbarek. Urodzony w 1947 roku w obozie dla przesiedleńców, okazał się wspaniałym kontynuatorem muzycznej tradycji Edwarda Griega, kontynuatorem muzyki w której odbijają się chłodne wody fiordów, surowość klimatu, oszczędny styl życia. Jest synem Czesława Garbarka, polskiego wojennego jeńca, bezpaństwowca bez papierów, którego norweskie władze chciały deportować do Francji. Obywatelstwo przyznano mu dopiero po 10 latach starań, dzięki czemu i Jan Garbarek stał się Norwegiem (po raz pierwszy był w Polsce jako 17 latek, w roku 1964). Właśnie podczas koncertu w katedrze Marii Magdaleny pokazał Jan Garbarek (podobnie jak przed laty Skrzek) jakie piękne tony powstają przy mieszaniu muzycznych kultur. Jego bardzo międzynarodowy zespół Hillard Ensamble stworzył dźwięki i kompozycje, których nie można było do niczego wcześniej porównać – a zachwycają od pierwszego tonu.

    5 Janis Polkas, wielki acz wciąż słabo rozpoznany gitarowy talent

    Janis Polkas, wielki acz wciąż słabo rozpoznany gitarowy talent

    Wracając do muzycznych upodobań papieża Franciszka – w młodości, jak to w Argentynie, zajmowało go tango, uwielbiany Astor Piazzolla. Ale już Jan Garbarek, pół Polak, pól Norweg – wsłuchiwał się w tony dalekie od muzyki słowiańskiej.

    A jakże pięknie, nowatorsko ją interpretuje. Ja natomiast wychowałem się w nadgranicznym Zgorzelcu wśród Greków. Słuchałem rembetika – greckie bluesy rodem z Pireusu, smakowałem grecką muzykę ludową o tureckich korzeniach.

    Wcale nie taką zakurzoną, wyciąganą z cepeliowskich skansenów. Wcześniej słyszałem tony wydawane przez buzuki niż gitarę wyprodukowaną w legnickiej upadłej już firmie Defil. Muzyka bałkańska z jazzowymi motywami częściej wirowała wokół mnie niż słodkie kawałki Czerwono-Czarnych.

    6 Jan Garbarek, wielka muzyczna doskonałość o polskich korzeniach

    Jan Garbarek, wielka muzyczna doskonałość o polskich korzeniach

    Dlatego marzy mi się taki grecki koncert w katedrze Marii Magdaleny, w którym swój wielki kunszt pokażą wybitni muzycy – zawiadowcy mojej wyobraźni muzycznej. Przecież Garbarek budował swój muzyczny projekt Hilliard Ensemble w klasztorze Świętego Gerolda (Austria). Zaprosiłbym urodzonego w Zgorzelcu Janisa Polkasa, fantastycznego, niezwykle szybkiego gitarzystę mieszkającego w australijskim Bankstown, dzielnicy Sydney. Także urodzonego w Zgorzelcu, wybitnego wokalistę Jorgosa Skoliasa (współpracował z Namysłowskim, Stańką, Szukalskim, Śmietaną, Hołownią). Urodzonego w Zgorzelcu a mieszkającego w Nowym Jorku, obecnie w Warszawie, wielo-instrumentalistę Milo Kurtisa (był założycielem Maanamu). Zaprosiłbym urodzonego w Siemianowicach Śląskich (szkoda, że nie w Zgorzelcu) gitarzystę Antymosa Apostolisa, grającego nowatorsko z Józkiem Skrzekiem (SBB), z gigantami: Johnem McLaughlinem, Charlesem Mingusem.

    7 Antymos Apostolis, gitarzysta prawie doskonały

    Antymos Apostolis, gitarzysta prawie doskonały

    A jako suport zatrudniłbym wrocławianina ożenionego ongiś z kobietą ze Zgorzelca – Iliasa Wrazasa (uczy na wrocławskim uniwersytecie filozofii), który znakomicie odtwarza stare greckie pieśni budujące refleksyjny nastrój. Ta składanka zgorzeleckich muzyków o sławie daleko przekraczającej polskie granice – jestem pewien – byłaby w kościele Marii Magdaleny nieziemskim wydarzeniem. Ich muzyka trafiłby na listy evergreenów. Byłaby niezła jazzda.

    8 Chet Baker - genialny jazzowy trębacz o wyglądzie Charlesa Mansona

    Chet Baker – genialny jazzowy trębacz o wyglądzie Charlesa Mansona

    A gdy już mowa o jazz-dzie. W ubiegłym tygodniu podrzuciłem propozycje świątecznych bluesów do posłuchania pod choinką. Dzisiaj pora na ponadczasowy wokalny jazz. Gorącą dziesiątkę wokalnych jazzowych hitów wszechczasów utworzyło tysiące słuchaczy na wskroś jazzowej amerykańskiej stacji JAZZ24.

    Oto ona:

    1. „Strange Fruit”utwór śpiewany przez Billie Holiday
    2. „Lush Life” odtwarzany przez Johny Hartmana
    3. „God Bless the Child” wiedziony przez Billie Holiday
    4. „How High The Moon” śpiewany przez Ellę Fitzgerald
    5. „Mackie Majcher (w Berlinie),” brawurowo wykonany przez Elę Fitzgerald
    6. „At Last” przepięknie śpiewany przez Ettę James
    7. „What a Wonderful World” chrypiony przez Louisa Armstronga
    8. „My Funny Valentine” zagrany przez Cheta Bakera
    9. „Girl From Ipanema” przez Stana Getza&Astruda Gilberto wykonany
    10. „Fever” lekko emocjonalnie wykrzyczany przez Peggy LeeAmerican jazz scat singer Ella Fitzgerald (1917 - 1996) in performance during the Sunday Night Show at the London Palladium.   (Photo by Keystone/Getty Images)

    Ella Fitzgerald, wokalistka, która odmieniła oblicze światowej muzyki

    A ja dorzucam drugą autorską dziesiątkę wokalnych kompozycji, które także należą do wielkich jazzowych klasyków:

    1. „Summertime” w wykonaniu Elli Fitzgerald
    2. „Georgia on My Mind” w wykonaniu Raya Charlesa
    3. „My Man” szeptane przez Billie Holiday
    4. „Sweet Georgia Brown” śpiewa Anita O’Dayu
    5. “Cry Me a River” śpiewane przez Julię London
    6. “Good Morning Heartache” Billie Holiday
    7. “Misty” zaśpiewane przez Sarah Vaughan
    8. „Minnie Mucher” zatańczone przez Caba Callowaya
    9. „Fly Me to the Moon” w wykonaniu Franka Sinatry
    10. Wreszcie „Feeling Good” w interpretacji Niny Simone

    10 Jorgos Skolias, wokalista jazzowo bluesowy z bizantyjskimi fluidami

    Jorgos Skolias, wokalista jazzowo bluesowy z bizantyjskimi fluidami

    Świąt życzę Wam takich – jakie sobie sami zaplanujecie, ukłony na Sylwka i na cały następny rok 2015.

    Zdzisław Smektała

    Zdjęcia zebrane z portali – na nich artyści wspaniali

    ——————————————————————————————————————–

    Dalej, moi wybitni opiniotwórcy, czytajcie ten felieton w całości,  w piątek od godziny 11, na oficjalnej internetowej stronie miasta Wrocławia:   

                                                  www.wroclaw.pl

    Po wejściu na ów portal feelingowego Wrocławia, proszę wpisać, w białym prostokąciku, po prawej stronie, tytuł tego felietonu albo moje nazwisko. 

    Możecie też – po prostu – wpisać ten tytuł w wyszukiwarkę Googla. Dzięki, za ewentualne niedogodności przepraszam.  To surowe wymogi copyrightu, na pewno je rozumiecie. 

    Zdzisław Smektała            copyright www.wroclaw.pl                    bbd@bbd

  • Smecta 102 – Gazeta Leśnicka – SMAKOŁYKI SMEKTAŁY/KI 9

    Gazeta Leśnicka – SMAKOŁYKI SMEKTAŁY/KI

    Intelektualny Przydatnik Mieszczan i Włościan Księstwa Leśnica. Numer 9/2013 

    Leśnicka Śródziemnomorska Awangardo Behawioryzmu!

    Ten tekst układał się w mojej głowie na magicznym dziedzińcu naszego rodowego pałacu, wokół którego spacerowała święta Jadwiżka, rodzony brachol Napoleona Bonaparte, oraz – to najważniejsze – kapitan Sigismondo Wiaderek (mocno chłop awansował przez ostatnie dwa tygodnie). Jak zapewne pamiętacie z ostatniego Smektałyku – kreśliłem tam umundurowany pean z okazji 40. rocznicy przekroczenia bram JW 1245. Słynnej w Bundeswehrze, w Pentagonie oraz w Źródłach (dystrykt Środa Śląska). O tej bohaterskiej, bluesowej jednostce, która zmajoryzowała życie powojennej Leśnicy, mógłbym napisać serial, opasłą książkę, wieloodcinkowy komiks i Bóg wie co jeszcze. 

    Najważniejsza ulica mojego życia

    Ulica Sztabowa – przez dwa lata, najważniejsza w moim życiu

    Ale nie jestem aż tak zuchwały – wiedząc, że wielu legendarnych dowódców tego zbrojnego korpusu wciąż szlifuje, nogawkami emeryckich spodni, leśnickie bruki (betonową trelinkę oraz asfalty). Zatem w drugiej i ostatniej całostronicowej kolumnie, opiewającej JW 1245 – nieodległą dumę Układu Warszawskiego – skupię się na personaliach. To zawsze wzbudza zaciekawienie współbraci. W krótkich myślowych enuncjacjach sięgnę bruku, zagram w kucanego berka, trachnę w dwa ognie i onuce. 

    Krawiecki metr – przymiar fetyszyzowany przez rezerwistów. Od 150 dnia dzielącego żołnierzy od cywila, odcinali każdego dnia po jednym centymetrze. I ten odcięty kawałek, wrzucali – na stołówce – do misek z zupą należących do kotów, młodszych służbą ogonów. Nie miałem, nigdy nie nosiłem w komdonierce metra rezerwisty, nie nosiłem także malowanych chust rezerwistów, nie meldowałem głośno swojej do cywila cyfry. 

    Pułkowy areszt (ancel), chluba wielu żołnierzy

    Pułkowy ancel, czyli areszt.

    A gdy na kompanii bywałem podoficerem (była to absolutna rzadkość), nigdy nie wysyłałem podpadniętych żołnierzy do skrobania żyletką klozetowych muszli, do prasowania starym żołnierzom spodni. Robiłem inaczej. Gdy któryś wojak dał na kompanii plamę – wyznaczałem na przykład dwie godziny, aby opanował ustrój polityczny Wielkiej Brytanii, opowiedział o peloponeskiej wojnie czy przedstawił biografię Boba Dylana. Telefoniczny automat setnie się grzał – ale żołnierska godność nie doznawała uszczerbku. 

    Zaprawa poranna – rzadko rankiem biegałem z żołnierzami wokół pułku.

    Często spałem w radiowęźle. Z tego radiowęzła puszczałem raczej, kilkuset biegającym w kóło – muzykę. Pomagającą wojsku truchtać po pułkowych alejkach. Lecz to nie był, na przykład, hicior: „Z młodej piersi się wyrwało”.

    Stąd podprowadzałem podoficerskie rowery

    Stąd podprowadzałem podoficerskie rowery.

    Puszczałem lekko dygotliwy elektroniczny jazz. Szczególnie: Herbie Hancocka, Chicka Coreę, Mahavishnu Orchestra, Johna McLaughlina, Milesa Davisa. Upodobałem sobie nadzwyczaj wulkaniczny kawałek kapeli Weather Report, z płyty Misterium Traveller’s, zatytułowany Nubian Sundance. Co to za cholernie nakręcająca muza, możecie sprawdzić – wyciągając ją z zasobów You Tube. Gdy wybrzmiał, żołnierze od świtu byli nakręceni, nawet bez używania Zioła. Podpułkownik Frankonello Mierzwiak powinien mi przyznawać, specjalnym rozkazem, wiele dni urlopu, za energetyzowanie podległych mu wojaków jeszcze przed śniadaniem. 

    Walka o pokój – To także gołębie pokoju. Bywało, że podczas porannej zaprawy – obok pulsującej muzyki – dodawałem przez mikrofon i radiowęzeł – pieprzne odjechane komentarze. Jednego razu, o mało co nie zostałem przez wkurwioną, olewacką rezerwę, zlinczowany. Otóż puszczałem akurat kawałek Arethy Franklin „Think – Freedom” (Wolność).

    Sztab i ja - dwa zblatowane byty

    Sztab – miejsce mojego „urzędowania”.

    Więc nic dziwnego, że na tej kanwie, przyszedł mi do głowy wolnościowy tekst. A miałem wówczas – uwaga – zaledwie 200 zaliczonych dni w służbie dla ukochanej ojczyzny. Zawołałem przez głośniki na cały pułk: Żołnierze! Zobaczyłem dzisiaj rano, na nieboskłonie 500 białych gołębi pokoju! Czyli bezczelnie zameldowałem, ile mam dni dzielących mnie od upragnionego cywila. Dobry Boże w mundurze moro! Na alejkach jednostki rozległ się skowyt i wściekłe wycie! Ty chu,,,!!! Ty pier….kocie!!! Ogonie je…!!!

    Już nigdy nie wyjdziesz żywy z tego pierd… radiowęzła!!! Jakoś wyszedłem. A od tego dnia – byłem dumnym idolem wszystkich młodych roczników oraz wicefali. 

    JW 1245 (1)

    Wczoraj żołnierz – dzisiaj dziad, oto jaki jest świat.

    Schludność Żołnierskiego Klubu – Utrzymywałem dzięki… przymkniętym aresztantom. Tak właśnie było. Dzwoniłem do oficera dyżurnego z tekstem: Panie majorze. Dzisiaj Orły Górskiego (był rok 1974, mistrzostwa świata) grają z Włochami. Nie obejrzy pan meczu w telewizorku „Junost”. Obejrzę – rajcował się major. A da pan kilku aresztantów do sprzątania klubu? Dam! Na dyżurkę szedłem więc z telewizorem i życzeniami polskiego zwycięstwa. Wracałem zaś ze strażnikiem oraz – pod jego pieczą – z uradowanymi aresztantami. Aresztanci dzwonili następnie na swoje kompanie po młodych żołnierzy do…  sprzątania. To był logistyczny majstersztyk. Major miał telewizor i Włochów. Aresztanci kosztowali odrobinę wolności i też – na ruskim „Rubinie” oglądając mecz.

    Młode wojsko miało w klubie luz, nie popędzali ich wrzaskami kaprale. Ja miałem – w finale tego dilu – na błysk posprzątany klub.  Z czego się cieszył także major Daniel Segieta. 

    JW 1245 (18)

    Terenowy Gaz 69, czyli Hummer socjalizmu.

    Podpułkownik Franciszek Mierzwiak – Typ frontowego dowódcy. Surowa rycina twarzy. Chodził rwanym, nerwowym krokiem. Mówił podniesionym głosem i bardzo mnie (przynajmniej na początku służby) nie lubił. Pracowałem w Żołnierskim Klubie, czyli miałem dobrą fuchę. A dla pułkownika Franciszka – acz nie z Asyżu – żołnierz (szczególnie młody) powinien się poruszać wyłącznie biegiem (najlepiej w masce przeciwgazowej), być rekordzistą świata w stukaniu alfabetem Morse’a, rezygnować z przepustek i urlopów. Nic dziwnego, że do pół roku służby – na widok tykowatego Franka – plackiem rzucałem się w krzaki, po angielsku znikałem zza węgłem. Odpuścił mi, gdy zorganizowaliśmy spotkanie z kolarzem Ryszardem Szurkowskim. 

    Podoficerowie JW 1245 – Nie tylko u dyktatora Franco miałem przechlapane. Tępili mnie na początku służby – dość często – podoficerowie naszej słynnej jednostki. Szczególnie ci, co do pracy w JW przyjeżdżali rowerami (więc większość). Gdy major Segieta – nominalny kierownik żołnierskiego klubu – wysyłał mnie w sprawach kultury do Leśnicy, jako patentowy leń, brałem ze stojaka usytuowanego przed sztabem – pierwszy wolny podoficerski  rower i jechałem do centrum dzielnicy. A że do pijalni na Skoczylasa często przywozili świeże piwo, wracałem do JW 1245 po kilku godzinach, niejednokrotnie lekuchnym wężykiem. Więc taki podoficer musiał do domu – maksymalnie spieniony – wracać pieszo. Lubiłem tych facetów frenetycznie. Gdy nie chciało już mi się skakać na lewiznę przez płot nieopodal stołówki – szedłem wprost na biuro przepustek.

    JW 1245 (34)

    Pułkowa mównica – źródło wszelkich żołnierskich praw.

    Mówiłem wówczas: Obywatelu plutonowy, z polecenia majora Segiety muszę iść poprawić zapadłe groby powstańców (cmentarz był naprzeciw jednostki). I nigdy nie było problemów z wyjściem.

    Podporucznik (wówczas) Adam Jurczak – Zdolny oficer na czas pokoju. Na nim – po raz pierwszy – przećwiczyłem „Operację Telewizor Junost”.

    Którą później stosowałem doprawdy powszechnie. Otóż w żołnierskim klubie miałem na stanie tranzystorowy ruski telewizor „Junost” (wówczas, w 1972 roku, absolutny hit). Któregoś dnia pod wieczór, gdy Jurczak pełnił funkcję oficera dyżurnego, poszedłem na dyżurkę z telewizorem i takim tekstem: Co się pan porucznik będzie tutaj nudził. Zostawiam telewizor i idę na noc do narzeczonej. Wracając rano zaniosę telewizor do klubu. Chwila ciszy i… tak się stało. Często nosiłem oficerom telewizor „Junost” na dyżurkę. Kadra naszej jednostki szła do domu o czwartej, Ja, z telewizorem w dłoni szedłem do narzeczonej (późniejszej żony) o szóstej. Kadra wracała do pracy na ósmą rano, ja z telewizorem w dłoni byłem już w żołnierskim klubie o szóstej. Dolce Vita. 

    JW 1245 (39)

    Automat Strzelający Kałasznikow – Był też jeden mój w wojsku głupi wybryk, za który mogłem za kratki trafić na lat kilka. Gdy ogłaszano w jednostce alarm, ja – mając wojskową specjalność: starszy ekspedytor poczty polowej – biegłem do biura przepustek, mając za zadanie przyjmować żołnierzy rezerwistów, informować ich o wojnie z kapitalizmem. Wojsko jechało wówczas na poligon, pułk zamykano na klucz.

    Nudząc się deko – wziąłem któregoś razu ze zbrojowni mojego kałacha i bez odmeldowania się (pułk był pusty), poszedłem z nim na plecach – na Niepierzyńską.  Aby narzeczonej Basi pokazać z bliska zwycięski oręż bratnich narodów socjalizmu. Długo tam nie byłem, pogoniony przez narzeczoną sążnistym opeerem. Ale gdyby wówczas wydało się, dokąd na spacer z karabinem pomaszerowałem bez meldunku – mogłaby być zadyma zakończona kratami. 

    JW 1245 (52)

    Pułkowy bruk – kwintesencja młodzieńczego ideału.

    Koniec strony – a tu jeszcze tyle pułkowych historyjek. Mam propozycję. W redakcji Gazety Leśnickiej zostawię 20 moich książek z autografem. Odbierze je sobie dwudziestu pierwszych czytelników, którzy na maila bbd@bbd.pl przyślą jedno chociażby zdanie – czy chcą kontynuacji sagi JW 1245, czy też nie. Niech zwycięży demokracja. Oraz ideały JW 1245! 

    Zdzisław Smektała   Fotografie Autora  bbd@bbd.pl   501 40 40 64