Tag: Julio Cortazar

  • Ostatni dzień lata

    Smektała na weekend 58

    Wrzutka Blog solowy

    Kilka dni temu – wśród innych – mailował do mnie pan Dawid.

    Napisał mianowicie tak: „Panie Zdzichu, czy mógłby Pan odpowiedzieć Czytelnikom cyklu „Smektała na weekend” na pewne nurtujące mnie pytanie. Dlaczego film „Smażalnia story”, kultowa, według mnie, komedia z Pana udziałem tak rzadko gości na ekranach naszych telewizorów? O wiele częściej powtarzany jest „Rejs”, „Co mnie zrobisz, jak mnie złapiesz”, „Nie lubię poniedziałków”, „Poszukiwany poszukiwana”. A przecież wcale nie są to gorsze produkcje od tej, w której głównymi bohaterami są Zdzisiek Broda i Zbynio, czyli Pan i Zbigniew Buczkowski. Brawurowo zagrał też Jan Himilsbach! Dla mnie to niedorzeczne, puszczają jakąś tanią amerykańską szmirę, a nasze naprawdę klawe filmy wciąż są niedoceniane. Pozdrawiam, Dawid”. samul@poczta.onet.pl 

    7 Jedna z tych nieziemskich, całkowicie wyluzowanych modelek (chociaż nie wiem która, ta z lewej czy z prawej), nosiła dobre polskie  nazwisko Czartoryska

    Jedna z tych nieziemskich, całkowicie wyluzowanych modelek (chociaż nie wiem która, ta z lewej czy z prawej), nosiła dobre polskie  nazwisko Czartoryska

    Panie Dawidzie. Komediowemu filmowi o obyczajowej smażalni daleko jest – jak mi się zdaje – do kultowości. Chociaż wciąż ma w treści, cechy międzyludzkiej aktualnej partaniny. W dodatku, obecnie słowo etykietkę – kultowy – przylepia się gdzie bądź. W minioną środę, w „Literatce/’, ustaliliśmy ze Staszkiem Szelcem z „Elity”, że najbardziej kultowym polskim filmem jest obraz „Sami Swoi” wrocławianina Sylwestra Chęcińskiego. Tam wszystko tchnie (dialogi, scenografia, muzyka) absolutem, archetypem. Więc nie  „Rejs”, „Miś” i co tam jeszcze. Chociaż to także filmy z właściwą nieprzemijająca klasą. Gdy zaś mowa o przemijaniu – już za trzy dni nastąpi koniec lata. To mnie – w ostatnich latach – rozpiernicza. Wizja jesiennych szarug, zamglone mokre poranki, niespodziewanie szybkie wieczory, brrr!

    8 Vanessa Redgrave, wielka gwiazda, moja najbardziej ulubiona artystka od czasów powstania kinematografii

    Vanessa Redgrave, wielka gwiazda, moja najbardziej ulubiona artystka od czasów powstania kinematografii

    Aby nastrój przemijania podrasować balladowymi obrazami – właśnie w tej części roku – oglądam na You Tube (jest tam w całości, gorąco namawiam do zaglądnięcia) jeden z najbardziej zaglądających do człowieczego wnętrza polskich filmów. To nakręcony „za pięć złotych”, prawie amatorsko, przez pięcioro ludzi – reżyserski debiut pisarza Tadeusza Konwickiego – „Ostatni dzień lata” (premiera – 1958). Na nadmorskiej pustej plaży spotkają się na kilka godzin – dojrzała kobieta (wielkiej urody Irena Laskowska) i życiowo pokancerowany młodzieniec (debiut Jana Machulskiego).

    5

    W filmowych kadrach nic się właściwie nie dzieje. Wokół szerokie statyczne obrazki. Ale nie można wprost oderwać wzroku od ekranu. Zajmuje nas widoczny u dwójki bohaterów strach przed samotnością, pragnienie sklejenia rozbitych wojną losów, bezradność w szukaniu drogi do siebie i niewiele wypowiadanych słów. Szum nieposkromionego wiatru, monolog Bałtyku przelatujące wojskowe odrzutowce budują dodatkowo nastrój trudnej mającej nastąpić przyszłości. Im dalej od dnia premiery tym większe wrażenie robi ten piękny kameralny film, arcydzieło europejskiej kinematografii.

    3

     Ówcześni demiurgowie tubylczego  kina skasowali film za czarnowidztwo, brak socjalistycznego entuzjazmu (podobnie było z „Nożem w wodzie” Romana Polańskiego). Lecz jury festiwalu w Wenecji, w tymże 1958 roku, przyznali Konwickiemu Grand Prix. A w obecnym, 2014 roku Martin Scorsese wpisał „Ostatni dzień lata” do Panteonu Filmów Wybitnych. Czym udowodnił, że byty omszałe upływem lat nie muszą być ramotą. Ja, w filmie Konwickiego, za każdą następną projekcją znajduje nowe wrażenia, gra pięknej Ireny Laskowskiej budzi nowe życiowe skojarzenia. Lecz to nie ona wprowadziła mnie, małomiasteczkowego (Zgorzelec) młokosa, w świat dorosłych mężczyzn. Trzy inne filmy z przełomu lat 60/70 zburzyły świat małego realizmu mojego pokolenia. Dwa amerykańskie i jeden angielsko-włoski. Były to oscarowy „Absolwent” (1967) Mike’a Nicholsa z rewelacyjnie debiutującym Dustinem Hoffmanem. To także oscarowy „Ostatni seans filmowy” Petera Bogdanovicha z roku 1971, z prawie debiutującym Jeffem Bridgesem.

    A przede wszystkim, wstrząsnął mną oraz moimi rówieśnikami obraz Michelangelo Antonioniego „ Powiększenie” (Blow-Up 1966).

    6

    Dalej, moi wybitni opiniotwórcy, czytajcie ten felieton w całości, od godziny 11, na oficjalnej internetowej stronie miasta Wrocławia:   

                                                  www.wroclaw.pl

    Po wejściu na ów portal feelingowego Wrocławia, proszę wpisać, w białym prostokąciku po lewej stronie, tytuł tego felietonu albo moje nazwisko.

    Możecie też – po prostu – wpisać ten tytuł w wyszukiwarkę Googla

    Dzięki, za ewentualne niedogodności przepraszam.

    To surowe wymogi copyrightu, na pewno je rozumiecie. 

    Zdzisław Smektała            copyright www.wroclaw.pl                    bbd@bbd