Na wrocławskim rynku, ściśle w letnim ogródku artystycznej kawiarni „Literatka” zimno, obcesowo następuje jesień. Pomimo chłodu przywołującego kalesony (których nigdy nie nosiłem), trwają tam jeszcze ostatnie naukowe spotkania Parowozów Intelektu. Czyli kolegów z budzącym szacunek PESELem wciąż próbujących łapać krnąbrne życie za rogi.
Podczas ostatniego posiedzenia na świeżym powietrzu układaliśmy laurkowy list kierowany do naszego starszego kolegi – Bohdana Łazuki. Artysty wodewilowego oraz musicalowego, z którym, gdy jeszcze we Wrocławiu istniała operetka, prowadziłem okolicznościowe imprezy. Za trzy dni mistrz Łazuka skończy 76 lat.
Więc czołobitność uczniowi Ludwika Sempolińskiego oraz Kazimierza Rudzkiego się należy. Lejtmotywem urodzinowej laudacji było stwierdzenie, że Bogdan Łazuka nie podlega uporczywie powtarzanej myśli innego naszego zagranicznego kolegi, 65. letniego Japończyka Haruki Murakami.
Otóż pisarz ten, często wymieniany jako kandydat do literackiego Nobla, laureat nagrody Franza Kafki, powiedział o ludzkiej starości tak: „Człowiek to dziwne doprawdy stworzenie. Człowiek może się zestarzeć w jednej chwili.To jest niesamowite. Przed lat myślałem, że ludzie starzeją się stopniowo, rok po roku.
Ale tak wcale nie jest. Ludzie starzeją się w jednej chwili”. Może w Japonii – ale nie w Polsce. Nie w teatrze „Syrena”, gdzie przez wiele lat gwiazda Łazuki oślepiała publiczność maestrią. Ponadto Murakami doznał tego pisarskiego olśnienia podczas baseballowego meczu. A Bohdan Łazuka młodniał przy kręceniu filmu „Nie lubię poniedziałków” – gdy po ciężkim przepiciu udawał warszawski tramwaj. A jak brawurowo zagrał w komedii „Nie ma róży bez ognia” na pewno nie muszę przypominać. Mistrz komedii oraz satyrycznych piosenek starzeje się z godnością.
Trzeba przyznać, że do tych propolskich, promłodzieńczych wniosków pomógł nam, Parowozom Intelektu, dojść Remigiusz Lenczyk. Znany działacz kultury wysokiej. Wiekowo jest on kompatybilny z datą urodzenia Łazuki. Ale podobnie jak warszawskiego aktora rozpiera go młodzieńczy feeling. Jest – nie ma co tego ukrywać – dobrodziejem towarzystwa z „Literatki”. Były dyrektor od kultury w Urzędzie Marszałkowskim, były dyrektor Teatru Polskiego, były antykwariusz i Bóg wie kto jeszcze – mieszka obecnie na prawdziwej wsi. I tam właśnie dokonuje kulinarnych eksperymentów. Nalewki robi równie dobre i urozmaicone jak dawny dolnośląski wojewoda – Witek Krochmal. A i kiełbasy wychodzące spod jego ręki (rąk) mogłyby z sukcesem brać udział w legendarnych berlińskich targach żywności „Gruene Woche”. Z których – prze laty – wróciłem bez czucia wrzucony na pakę dostawczaka.
Remigiusz Lenczyk podnosi doprawdy witalność Parowozów Intelektu skutecznie. Przy okazji tego rocznicowego listu do Łazuki poruszono bowiem temat wysokości emerytur artystów. Szło się zapłakać. Gdyby nie te doczesne konsumpcyjne dobra produkowane z poświęceniem przez byłego dyrektora Teatru Polskiego – część moich kolegów uległaby załamaniu. Omawialiśmy wysokość, wydawało by się zasłużonych, emerytur kolegów z teatralnych i estradowych scen. Najśmieszniej było przy moim rówieśniku (1951) Marku Piekarczyku, dawnym wokaliście frontmenie rockowej grupy TSA. A obecnie etatowym jurorze popularnej licencyjnej śpiewogry o nazwie „The Voice of Poland”. Zwierzył się ostatnio Piekarczyk dociekliwemu redaktorowi, że „Nigdy nie będę na emeryturze, może dlatego, że nie płacę składek na fundusze emerytalne. Płacę natomiast składki do ZUS.
Niedawno dostałem zawiadomienie, że jeśli teraz przeszedłbym na emeryturę, to wypłacano by mi co miesiąc – 7 złotych 77 groszy. Oprawiłem ten list w ramkę i powiesiłem na ścianie”.
Można powiedzieć, przyszłość muzyka kroi się na bogato. Ale socjalnie pomaga sobie koncertowaniem, jurorowaniem i innymi zajęciami – dzięki którym nie musi być utrzymankiem żony. Znacznie lepiej ma wokalista „Budki Suflera”, Krzysztof Cugowski. Ten lubelski artysta ma zapewnione każdego miesiąca 560 złotych.
Jest z czego dzielić się z najbliższymi. Midasem wśród artystów objawia się więc piewca hymnu o pszczółce Mai – trębacz i koloraturowy wokalista Zbigniew Wodecki. Kasuje każdego miesiąca wypasioną emeryturę w wysokości 1400 PLN.
Czy to są mizerne wyjątki w Niagarze banknotów jakie spadają na innych popularnych artystów?
To raczej smutna dość reguła. Chociaż polski premier Włodzimierz Cimoszewicz przestrzegał przed laty, że trzeba się koniecznie ubezpieczać. Obecnie, autorka satyryczna, telewizyjna rozmówczyni Maria Czubaszek, wielce energiczna intelektualnie żona mojego kolegi, wybitnego jazzowego muzyka grającego na organach Hammonda – zarabia 1100 złotych. Ale jedząc prawie wyłącznie parówki nie wydaje zbyt wiele. Słynna tancerka Krystyna Mazurówna (pamiętacie rewelacyjny taniec z Gerardem Wilkiem w teledysku z Piotrem Szczepanikiem) dostaje 106 złotych. Beata Tyszkiewicz, aktorka przez dziesięciolecia zdobiąca polską kinematografię, dostaje co miesiąc 1350 PLN. A Michał Wiśniewski (już emeryt?) otrzymuje tych złotówek 169.
Zaś walcząca już pół wieku na scenach Maryla Rodowicz wypracowała sobie emeryturę o wysokości 1000 złotych. Na szczęście z artystami jest tak, że zarabiają oni wciąż na trasach koncertowych, coraz częstszych eventach, na spektaklach, bankietach i „wieczornicach”. Marylę Rodowicz fachowcy od show businessu wyceniają rocznie na plus minus dwa miliony. Na tyle, ile miał rocznie zarabiać Igor Ostachowicz, doradca i kolega byłego premiera Donalda Tuska. Da się wyżyć.
Myślę, że bez pomocy naukowych przygotowywanych przez Remigiusza Lenczyka trudno byłoby to rozłożyć na czynniki pierwsze. Tym bardziej, że koledzy, Parowozy Intelektu, nie chcieli przejść na dyskusję o kasie jaką oni dostają od państwa za pozytywistycznie przepracowane w sztuce długie lata. Zatem, by uniknąć kłótni, używając naukowych pomocy pochodzących z podwrocławskiej wsi, skupiliśmy się na liście do mistrza Boghana Łazuki. Niech on przynajmniej poczuje smak zwycięstwa nad upierdliwą rzeczywistością. Czas bowiem nigdy nie odtworzy tego co tracimy.
Zdzisław Smektała
Na zdjęciach parowozy – ofiary czasowej metamorfozy
———————————————————————————————————–
Dalej, moi wybitni opiniotwórcy, czytajcie ten felieton w całości, od godziny 11, na oficjalnej internetowej stronie miasta Wrocławia:
Po wejściu na ów portal feelingowego Wrocławia, proszę wpisać, w białym prostokąciku, po prawej stronie, tytuł tego felietonu albo moje nazwisko.
Możecie też – po prostu – wpisać ten tytuł w wyszukiwarkę Googla
Dzięki, za ewentualne niedogodności przepraszam.
To surowe wymogi copyrightu, na pewno je rozumiecie.
Zdzisław Smektała copyright www.wroclaw.pl bbd@bbd












