Wczoraj, w piątek, Ewa Waplak, kreatywna i rezolutna redaktorka oficjalnego portalu miasta Wrocław, w którym od tygodnia arbajtuję, przysłała mi z Newsroom’u wiadomość. W celach dydaktyczno – obyczajowych chciała, abym stuknął jej mailem zdjęcie nakrycia głowy w Karcie Urbana, o której pisałem w inauguracyjnym na portalu WWW.wrocław.pl. felietonie (zaglądajcie na ten portal).
Wczoraj także, w piątek, w najlepszej krajowej radiowej rozgłośni TOK FM, puszczali kilka razy wiadomość o Łukaszu Nowym, Czechu z Brna, który nie mógł wyrobić osobistego dowodu bowiem dał portretowe zdjęcie z durszlakiem na głowie (działa w partii: Latający Potwór Spaghetti), czym wywołał narodową dyskusję. Niby takie Brno, metropolia, stolica Moraw – a wioska, brak tolerancji.
We Wrocławiu jest zupełnie inaczej. W 2016 (ESK) Rafał Dutkiewicz wypije niejednego browara ze wszystkimi rollingstonsami, dodatkowo ze Stingiem – a szalejącą tolerancję mamy już dzisiaj. Czego jestem najlepszym przykładem.
Czytajcie więc – pod prysznicem – w gorący sobotni dzień.
Pod humanitarnym hasłem: Wolność, Majtki, Tolerancja! – wiodłem eksperyment, który powiódł się nadzwyczajnie. Badania przeprowadziłem na własnej gębie (mordzie, pysku, facjacie – niepotrzebne skreślić). Oraz przy użyciu damskich, lekko używanych majtek firmy Sesto Senso – model Kinga 12 77 Carmell (the good feeling underwear).
Zawsze bowiem lubię pracować na dobrym, markowym materiale badawczym.
Wstępna praca naukowa trwała jakieś 6, 7 dni. Do czasu, aż twarz moja zarosła niczym niezaorany ugór oraz świętokrzyskie gołoborze. Z majtkami było mniej kłopotów. Uzyskałem je od niebitej, eklektycznej, mało używanej wolontariuszki.
Wszystkie płyny w porządku, zliftigowany grill, podwozie bez śladów rdzy i nadżerek, wymienione filtry, gumowe kapcie Pirelli Fashion Wroklaff.
Wyjściowe naukowe zdjęcie do Karty Urbana (zwróćcie uwagę na doświadczalną minę osobnika).
Te czynności i ten używany (aczkolwiek wyprany) rekwizyt – pozwoliły doprowadzić moją twarz – i jej najbliższe okolice – do wyglądu seryjnego gwałciciela, gangstera z Odessy, notorycznego klienta tubylczego więziennictwa z uwzględnieniem takich słynnych w tej dziedzinie miast jak Wołów, Sztum i Wronki.
Co zatem chciałem osiągnąć doprowadzając się do stanu moralnego upadku, do proweniencji klasycznego penera żyjącego na bakier z paragrafami?
Buraka niepoprawnego będącego dla zdrowego trzonu społeczeństwa socjalnym ciężarem i utrapieniem!?
Chciałem po prostu wykupić pięciomiesięczną kartę Urban City. Chciałem zasilić finansowo miejską kasę, a ściślej – wrocławskie MPK.
Mieszkam w starym spichlerzu, w Praczach. Do rynku, gdzie mam od lat wielu miejsce pracy czyli redakcję, jest ponad 12 kilometrów. A jaka jest trasa prowadząca do miasta, każdy wie, czuje, widzi. Zatłoczona, korkowa, powolna. Następna faza tej podróży do rynku to parkingi, raczej ich brak. Po godzinie 8 rano zaparkowanie auta wokół rynku to zabawa w grę – chodzi lis koło drogi. Nie jest więc lekko w jednym z najbardziej energicznych polskich miast, w jego centrum. Więc posłuchałem apeli miejskich urzędników i coraz częściej podróżuję do city autobusami – osobliwie liniami 103 na przemian 403 – których przystanki mam niemal pod domem.
Aby nie płacić za bilet każdorazowo, by zrzucić z pamięci myśl, czy bilet posiadam w którejś z kieszeni lub pugilaresie – zapragnąłem Urban Karty. A przy okazji jej wykupienia, chciałem udowodnić, że nasze miasto ma tolerancyjnych, światłych urzędników. Przygotowanych na najazd rosnącej rzeszy obcokrajowców.
Formularz i rzeczoną fotę, karnie stojąc w kolejce innych szczęśliwców, przekazałem (centrala – ulica Grabiszyńska 9) do wystawienia Karty Urbana.
Nie myślcie sobie, że wybuchła afera, feeryczne krzyki, teatralne wzywanie Straży Miejskiej! Nic z tych rzeczy. Pani przyjmująca dokumenty spojrzała na zdjęcie, na mnie, na nazwisko wypisane na wniosku. Powtórzyła tę czynność trzy razy. Wyszła na chwilę na konsultację i…. komunikacyjną kartę wydała bez obstrukcji.
Niech teraz wątrobiarze i żółciowcy marudzą, że Wrocław to zaścianek i zaprzaństwo. Wnet zostaną wyśmiani. A gdyby tak miastem rządził PiS? Już czuję mrowiące mnie zimnem kolegium do spraw wykroczeń, wytknięte w moją stronę paluchy.
Ten freedomowy przypadek tolerancji nasunął mi myśl szerszą.
Możemy z mojego przykładu uczynić miejską zabawę podkręcającą ideę Urban Card. To przecież dokument nie wymuszający sztucznej powagi. Można by dopuścić możliwość opatrywania kart niecodziennymi zdjęciami.
Co jakiś czas publikować Top Twenty takich kart. A na koniec roku wytypować zwycięzcę, dla którego nagrodą będzie darmowa karta na następny okres użytkowania. Wszak Wrocław to nie jest miasto do zasypiania.
Panie i Panowie – ruszcie moim śladem – nagrody czekają. Już je ufundowałem, psia krew!
http://youtu.be/U4n8fL5BYMo





