Dzisiaj wyraźnie rockowy wtorek. Gdy piszę te słowa, wokół wrocławskiej Hali Stulecia, zaczyna się zbierać ludzka ciżba. Bramy otwierają o 18, 30. Lecz przybysze z Polski już wyglądają swoich kapłanów. Dzisiaj w ich roli wystąpi brytyjska grupa Deep Purple, legenda – nie wzywam tego słowa nadaremno – rocka.
Sto milionów sprzedanych płyt! To będzie jedyny koncert w Polsce.
Obok starych sentymentalnych kompozycji (ładne sobie, Deep Purple i sentyment) zagrają nowe kawałki, ze świeżo wypuszczonego albumu „Now What?”. Pierwszego po ośmiu latach milczenia studyjnego albumu. Bilety po drobne kryzysowe dwie, trzy stówki. Ale gdy, by wróciła młodość, chce się posłuchać dziczyzny w utworze „Into The Fire”, warto wywalić trochę gotówki!
„Deep Purple” to stare, zawodowe – podobnie jak ja, i ty, i ty – repy (debiut 1968).
Po raz pierwszy, w nadmiernej nawet obfitości, słuchałem ich w Szczepanowie. Pegeerowskiej wiosce stykającej się podupadłą oborą ze stacją PKP Środa Śląska. Tam właśnie – gorącym latem 1972 roku – zawrotem głowy pachniało zbożem, napędowym olejem, zwierzęcym seksem, ruskimi rybami w puszce o nazwie byczki, owocowymi winami z siarką, stajnią Augiasza oraz zużytą ligniną ze śladami kobiecej miesięcznej krwi.
Całego roku brakowało jeszcze do światowej premiery filmu Federico Felliniego „Amarcord”. A ja – wspólnie z kumplami – uczestniczyłem w podobnych jak u Felliniego klimatach. Czyli – zanim mianują mnie dyplomowanym mechanizatorem rolnictwa – odbywałem letnią zawodową obowiązkową praktykę.
Było to dla mnie, mieszczucha już z Wrocławia – doświadczenie znane z półbaśniowej lektury stron książek Gabo, Gabriela Garcii Marqueza. Czyli spotkał mnie taki socjalistyczny realizm magiczny!
Było nas w lipcowym Szczepanowie pięciu chłopaków rolniczych praktykantów.
Trzech z wrocławskich Pracz oraz dwóch studiujących na warszawskiej SGGW (Szkoła Główna Gospodarstwa Wiejskiego). Jednym z przyjezdnych warszawiaków był Jurek Gawłowski, syn ówczesnego ważniaka, wiceministra rolnictwa.
To on – obok wielu innych płyt – przywiózł na wieś hiciora londyńskiej wytwórni EMI – longa Deep Purple „In The Rock”. Przywiózł płytę, która mięsistością oszołomiła całą wioskę i była w te wakacje naszą kokainą (podbudowaną winami patykiem pisanymi).
Wnieśliśmy do żniwnej wioski Szczepanów zgorszenie, happening oraz służbę u samego diabła. Gawłowski przyjechał na praktykę pięknym czerwonym motocyklem Panonia (Węgry). Cud motoryzacji i szpanu. Przywiózł ze sobą z Warszawy profesjonalny gramofon, gorzałę i rockowe longi z wyszczególnieniem Deep Purple. Często – napity bełtami – jeździł w kółko, czerwonym motocyklem, tylko w śmiesznym kasku i bokserkach (wieczorami nago). A na dziedzińcu PGR rozwalały się wokół potężne tony rock’n’rolli kapeli Deep Purple. Wstrząśnięte i zmieszane z tubalnymi krzykami wkurwionych tubylców.
Po raz drugi w życiu takie szaleńcze motocyklowe jazdy zobaczyłem właśnie w filmie „Amarcord”. Aktor Mario Del Vago, w takt pięknej muzyki Nino Roty (tego od „Ojca Chrzestnego”) przewijał się przez ekran jako emisariusz nowego, forpoczta nadchodzących zmian. Nasz Gawłowski więc, wyprzedził w wolnościowym zamiarze mistrza Felliniego.
Pałac hrabiego von Schweinitza, po lewej stronie (za drzewami) stodoła, w której bytowaliśmy na legalu
Mieszkaliśmy w to niezwykłe lato w przypałacowej stodole. Rezydencji dalekiej od wygód sieci Holiday Inn. Nasz „pokój” pod stodolną powałą miał wielkość stu metrów, kilka połamanych szpitalnych łóżek i takich też szafek oraz leżące na stercie stęchłe materace. W powietrzu zaś czuć było godowe samice, obecność biblijnych prakobiet. Szczególnie tak zwanych buraczanek. Czyli najczęściej więźniarek, jesienią zbierających z pól cukrowe buraki. Były to zapewne harde Westalki, dla których bielizna Intimissimi była pustym dźwiękiem. Zaś krople perfumy Chanel Chance mieszczańskim zbytkiem. W ogóle pewnie nie wiedziały o istnieniu takich wabików na facetów. Nie były też admiratorkami czystości. Nawet podpaski (ligninę) rzucały po prostu za łóżka. Mieszkały tutaj w czas zbiorów, jesienią. Więc do lata, do naszego przyjazdu, utworzył się w stodole swoisty mikroklimat. Łatwo sobie wyobrazić, ile trzeba było samozaparcia, by salon po buraczankach przysposobić na nasze, też spartańskie męskie lokum. Wszystkie trudy rekompensował ton Deep Purple.
Kierownikiem tego PGR był niejaki Tomczak (imienia nie pamiętam), który chłopaków serdecznie nienawidził za niesubordynację, jawną anarchię. Na pewno by nas wyrzucił na zbity pysk. Ale immunitet syna wiceministra powstrzymywał go przed tym nierozważnym krokiem. Był niezbyt rozgarniętym egzemplarzem, mało mówił, ciężko myślał. Chronił przed nami stażystkę, jeszcze studentkę WSR (Wyższa Szkoła Rolnicza), Małgosię. Trzymał ją zaraz przy sobie, mieszkała w dworze, nad biurem. Tomczak bowiem rezydował w podniszczonym przez socjalizm pałacu hrabiego von Schweinitza, przedwojennego właściciela majątku. Woził Małgosię bryczką, a my asystowaliśmy zaprzęgowi warczącym motocyklem Panonia. Symbioza przeciwstawnych bytów triumfowała.
I tak pospołu żyliśmy w to piękne lato 1972. Z Edwardem Gierkiem, kierownikiem Tomczakiem, wystraszoną nami Małgosią, z rockową kapelą Deep Purple. Do południa kręciliśmy się wokół zbierających zboże kombajnów „Bizon”. A po połuniu, silnie zaś wieczorem, na dziedzińcu PGR, dawniej dworu hrabiego von Schweinitza, z bełtami, ruskimi konserwami byczki w pomidorach – przeżywaliśmy nirwanę, syciliśmy się muzyką Deep Purple. Wówczas najbardziej lubiłem, gdy John Lord (od roku w niebie) grał hammondowo romantyczny kawałek „Child In Time”. To mnie wyjątkowo, już po drugim bełcie, rozpierdzielało.
I kto to mówi, że muzyka nie łagodzi obyczajów, szczególnie latem 1972, czasie przeistaczania się w mężczyznę, dobrych żniw i rozpoczęcia w Polsce produkcji samochodu, właściwie limuzyny „Syrena 105”. Ufff!






