Kuchnia jest najstarszą ze sztuk. Wszak Adam – urodziwszy się głodny – natychmiast zaczął (krzykiem) domagać się jadła. Ucichł, gdy położył głowę na piersi „piastunki”, pierwszej kobiety jaką poznał. Tako nie rzecze Zaratustra. Napisał to Anthelme Brillat – Savarin, cesarz smaku. W zasadzie we wszystko, co powiedział o kuchni ten jedzeniowy magik – wierzę. Ale nie ma ludzi doskonałych.
Najlepsze włoskie lody w polskim mieście
Gdy Marek Śmiechowski, dystrybutor znanej z butów amerykańskiej marki Vans (i nie tylko), jakiś czas temu chciał do swojej gawry zwabić Urszulę (później też Śmiechowską) jedzenia nie używał w ogóle. Był romantyczny wieczór – niepasujący do żeberek z rusztu. Smakowali nastrojowy kawałek „Shadow of your Smile”, podbudowując nuty winem Martini Bianco. Co było dalej, być może opowiedzą Wam sami. Minęły lata – a oni nie są po rozwodzie – nie ma zatem paniki.
Sprawy idą tak dobrze, że na Euro 2012 otworzyli we Wrocławiu restaurację.
Na średniowiecznym szlaku prowadzącym z miasta Świdnica – na wrocławski Rynek. Czyli przy ulicy Świdnickiej serwują restaurację „Warka”, dobre miejsce dla sportowych kibiców. Ale też służącą jako agora dla działań kulturalnych.
Wystarczyło, że w pamiętne dni EURO w „Warce” pojawił się przez chwilę, Piotrek Czech (1982), oczywiście z czeskiego Pilzna (z zawodu – bramkarz w pilotce – obecnie grający w angielskim klubie Chelsea), aby restauracja była namaszczona na lata. Zaproponuję chyba właścicielom wprowadzenie do jadłospisu dań, które lubi słynny milczek – Petr Cech. Pierwszy je będę zamawiał. Napisałem nieco wyżej o działaniach kulturalnych. Nie brakuje tutaj – przy talerzach – aktorów z pobliskiego Teatru Kameralnego, czy Teatru Współczesnego. A i ja – z teatralnym amantem Zbyszkiem Lesieniem (obecnie warszawiakiem) – zajadałem najlepsze we Wrocławiu lody (włoskie). Pod espresso, tu konsumowałem chłodną szarlotkę. Rozmawialiśmy o nowym wspomnieniowym scenariuszu z Jankiem Kaczmarkiem w roli głównej – mocna kawa rozwijała myśli. 
Urszula i Marek to permanentni smakosze. Nie tacy wprawdzie, jak były premier Francji, Nicolas Sarkozy, który lubił pouczać innych o potrzebie oszczędzania, sam wydawał dziennie na wyrafinowane jedzenie. popijane dobrymi winami – 12 tysięcy Euro.
To apologeci setek smaków, konsumenci chińskich jajek, leżakowanych po ziemią (hotel Sheraton w Seulu). Lubią roesti z tuńczykiem, cobber z przypieczonymi królewskimi krewetkami. Ale polecają sobie przyrządzać – we własnej restauracji – niby trywialne lekko podpieczone ziemniaczki kryjące zgrilowane cząstki piersi kurczaka skropionego jogurtem. Próbowałem – raj dla smakowych kubków.
Gdy pytam, co gotują w domu, odpowiadają – nic, mamy przecież swoją ulubioną restaurację. Smakosze to najbardziej pożądani goście „Warki”. Całe rodziny żywo komentujące to co dostali na talerze, są traktowani niemal rodzinnie.
Ja w „Warce” upodobałem sobie średnio wysmażone steki. Puszczające drobiny krwi dopiero po mocniejszym naciśnięciu widelcem. Są one tutaj – co bardzo ważne – właściwej grubości (nie mylić z podeszwami amerykańskich butów Vans). Grubość steku oraz dobrej jakości mięso to podstawa. Tutaj – jak to bywa w gulaszu – smaku mięsa nie zamaskujemy garścią przypraw. Tylko sól i pieprze decydują o stekowej maestrii. Tylko rosbef, polędwica, antrykot z marmurowymi żyłkami tłuszczu mogą z kawałka mięsa uczynić poemat Konstandinosa Kawafisa.
W „Warce” nie jest to wprawdzie wołowina Kobe, która pochodzi od najbardziej rozpieszczonej na świecie krowy – Wagyu, karmionej zbożem, burakami, ziemniakami oraz piwem, a do tego ręcznie masowanej (porcja steku Kobe – 3 tysiące złotych!). Nie jest to mięso, które „rosło” na argentyńskich pampach.
Ale dostawca wołowiny do „Warki” zdaje egzamin. Zadowoleni są goście solowi oraz zbiorowi. Wśród nich ci, będący na promocji w „Warce” nowego aparatu marki FUJI. Apologeci nowego gatunku piwa z browaru w Cieszynie, które wygrało konkurs piw domowych i wielu innych. A wszystko toczy się w aurze wybornej, dobieranej muzyki. 
Należy się Wam informacja, kto te potrawy, a w szczególności te steki, czyni mocno zjadalnymi. To Mateusz Jeziorny – kucharz wprawdzie krajowy, ale o proweniencji generała Charlesa De Gaulle. Tato Mateusza pochodzi z okolic Montpellier, stąd jego skręt w kierunku zarządzanym kiedyś przez Napoleona. Wprawdzie jego pierwsze własnoręcznie przyrządzone danie to nie był befsztyk Wellington z okolic Marsylii. A jajecznica na boczku! Lecz dalej poszło jak z płatka. Sobie lubi przyrządzić schaboszczaka z młodymi okoperkowanymi ziemniakami i młodą kapustą (to też moje najulubieńsze danie), ale spełnia wszelkie zachcianki restauracyjnych gości.
Dużo pracuje nad rybami (oprawianie, porcjowanie, czas gotowania), do których ma wiele estymy. Jego specjalność w kuchennych rozmaitościach to francuskie fanaberie, włoskie smaki, polska sytość (mistrzowskie danie – comber z jelenia z pieczonymi na wolnym ogniu ziemniakami i szklistymi buraczkami).
Najważniejsze narzędzie w kuchennym kokpicie to ostry nóż, nóż szefa kuchni. 
Jest jeszcze coś, co oprócz wyśmienitych dań, zjednuje moją do Tomasza Jeziornego sympatię. To jego miłość do hip-hopu. Ja, bluesman i jazzman, jestem od hip-hopu trochę w bok. Ale Tomek dużo słucha artysty rapera o imieniu Tymon.
Silnie zaś jego legendarnej już płyty „Zmysłów 5”. Zaś ów raper to po prosu mój syn – Tymon Smektała.
Urszula – Wierna Gastronomii Córa
I jak tu nie darzyć serdecznością aury restauracji „Warka” przy ulicy Świdnickiej, muzyki w ogóle i w szczególe, półkrwistych steków, bramkarza Petra Cecha, Urszuli, Marka, piwa „Warka” oraz naszej pięknej ojczyzny .
Rodacy – do zobaczenia w „Warce”!
Na finał zaś posłuchajcie łączącego ludzi kawałka Claptona, szczypty kokainy. Howgh!




