
Zimowy Raptularz Zdzisława Smektały
[youtube=http://www.youtube.com/watch?v=vg1_OAmgwb4&w=400&h=325]
Środa, brudny, smętny 5 dzień stycznia 2011 – Na kolanach przed świętem Trzech Króli!
Ogólnopolski kolorowy tygodnik – w ramach noworocznych prognoz i przepowiedni – zadał mi ciekawe pytanie. Który z małych europejskich krajów ma intelektualny dorobek rozpoznawalny na całym Starym Kontynencie? Odpowiedziałem – na piśmie – bez chwili zastanowienia – Portugalia!
Być może dla odwiedzających wytartym szlakiem: Londyn, Wyspy Kanaryjskie oraz Stolicę Piotrową to jeszcze nie jest atrakcja. Ale uwierzcie. W swoim cywilizacyjnym dorobku to przyciskane przez Hiszpanię nadmorskie państwo ma wciąż do powszechnego odkrycia co najmniej dwa globalne zjawiska.
Śpiewającą muzykę fado, czyli portugalskie bluesy, wielką, charyzmatyczną, łkającą miłością pieśniarkę – Amalię Rodriquez (1920–1999). Posłuchajcie zresztą sami jednego arcydzieła tej niesamowitej ekstatycznej kobiety. Jeszcze Wam kiedyś o Amalii opowiem więcej.
[youtube=http://www.youtube.com/watch?v=zR3m5NmeQBU&w=400&h=325]
Drugą postacią, wciąż zbyt mało odkrytą dla światowej literatury, jest lizboński urzędnik, który swoimi wyjątkowymi zapiskami artystycznie przerósł setki sławnych pisarzy. To Fernando Pessoa (1888–1935). Gigant Słowa, zachwycający głębią znaczeń od pierwszych przeczytanych zdań.
Vincent Van Gogh nie sprzedał za życia jednego obrazu (wszystkie „kupował” brat Theo). Dzisiaj uszlachetnia ściany wielkich światowych muzeów. Podobnie Fernando Pessoa podczas swej ziemskiej wędrówki nie zaznał uznania rodaków. Jego najważniejsza praca – „Księga Niepokoju” – rozsmakowuje globalnych czytelników wiele lat po śmierci autora. Przywołuję go tutaj po to, by w Pacyfiku Zbędnych Liter nie zgubić rzeczy najważniejszych, ponadczasowych. Ten pozornie szary urzędnik o wnętrzu myślowego giganta zdumiewa przenikliwością myśli. To twórca, o którym powinniście wiedzieć chociażby tyle tylko, co pomieściłem w tym miejscu.
„Księga Niepokoju” to jedna z tych książek, którym każdy zachwyt uwłacza trywialnością. Samo pisanie o niej wydaje się profanacją, pochwała – znieważa. W zapiskach księgowego Soaresa jest coś niecodziennego. Rzeczywistość przegląda się w jego myślach jak w szklanej bombce – omywa je kształtami i barwą, nie mogąc się w nich odcisnąć. Jego ja pozostaje odosobnione, zwrócone ku sobie. Nie ma dostępu do świata, tak jak świat nie ma dostępu do niego. Czy raczej: nie ma świata poza tym, do czego ja ma dostęp. Światem jest tęsknota, smutek, wyobcowanie i cisza”. Posmakujcie, proszę, cząstkę tych słów zapadających głęboko pod skórę, w głowę.
„Krążąc po lizbońskich ulicach i placach targowych, przypatrując się przechodniom i kolegom z biura, Soares kluczy po zaułkach własnej świadomości. Wobec wszystkiego, co w tych wędrówkach napotyka, nawet wobec siebie, jest tak samo odległy, odrębny, bezradny. Lizbona przesącza się przez jego wyobraźnię smugą miejskich impresji, zostawiając swój ślad – piękno. To nie jest książka do przeczytania jednym haustem. Jeśli próbuje się w nią wtargnąć zbyt gwałtownie – odrzuca, nie przyjmuje w siebie. Stawia opór obcym myślom. Pod niecierpliwym spojrzeniem słowa rażą manierycznością, ich czar obraca się w banał. Trzeba je oswajać dzień po dniu. Wtedy zaczynają odurzać”.
Od Wschodu
Widziane od wschodu, miasto wznosi się prawie pionowo, nieruchomo atakując Zamek. Blade słońce zwilża niepewną aureolą tę masę domów, które go zasłaniają. Niebo jest błękitne, powleczone lekką wilgotną bielą. Wczorajszy deszcz może powtórzyć się dzisiaj, lecz już słabszy. Wiatr wydaje się wschodni, może dlatego, że z nagła dochodzi tu lekki zapach dojrzałych jarzyn z pobliskiego targowiska. Na wschodniej stronie placu jest więcej cudzoziemców niż na zachodniej. Jak łagodne wystrzały drzwiczki się zamykają i oni idą ku górze. Nie wiem, dlaczego takim zdaniem określiłem ten dźwięk. Może dlatego, że taki sam słychać, gdy schodzą. Wszystko daje się wyjaśnić. Nagle jestem sam na świecie. Widzę to wszystko z duchowego dachu. Jestem sam na świecie. Widzieć to być daleko. Widzieć jasno to zatrzymywać się. Analizować to być cudzoziemcem. Wszyscy ludzie przechodzą, nie ocierając się o mnie. Wokół mam tylko powietrze. Czuję się tak wyizolowany, że czuję dystans między mną a moim ubraniem. Jestem dzieckiem ze słabo palącą się świecą, które w nocnej koszuli przechodzi przez wielki pusty dom. Żyją cienie, które mnie otaczają – tylko cienie, córki rzeczy zmarłych i światła, które mi towarzyszy. Otaczają mnie tutaj w słońcu, ale nie są ludźmi.
Wśród chłodu
Niekiedy myślę ze smutnym zadowoleniem, że pewnego dnia, w przyszłości, do której już nie będę należał, te zdania, które piszę, zachowają się i będą chwalone, zyskam wreszcie ludzi, którzy mnie „zrozumieją”, moich bliskich, prawdziwą rodzinę, by w niej się urodzić i być kochanym. Ale nie urodzę się, a dawno już będę zmarły. Będę rozumiany tylko w wizerunku, kiedy to afekt już nic nie daje temu, co zmarł, nie doznawszy niczego poza brakiem uczucia. Pewnego dnia, być może, zrozumieją, że spełniłem jak nikt inny mój wrodzony obowiązek tłumacza jednej części naszego wieku; a kiedy to zrozumieją, napiszą, że w mojej epoce byłem nierozumiany, że – niestety – żyłem wśród chłodu i braku afektu i że szkoda, iż tak mnie potraktowano. A ten, kto to napisze – w czasie gdy to napisze – również nie będzie mnie rozumiał – jak ci, co mnie otaczają – w tym przyszłym czasie. Ludzie bowiem tylko tego się uczą, co może się przydać ich pradziadkom, którzy już zmarli. Tylko zmarłych potrafimy nauczyć właściwych reguł życia. Po południu, kiedy to piszę, dzień deszczowy już się skończył. W powietrzu radość jest jeszcze zbyt świeża dla skóry. Dzień się kończył nie szaro, ale bladoniebiesko. Ten błękit odbija się nawet w kamieniach ulicy. Boli żyć, ale to od dawna. Nieważne jest czuć. Zapalają się jedna po drugiej wystawy sklepów.
Światło Złoci
W mieście bywa czasem spokój wiejski. Bywają momenty, głównie w upalne popołudnia, gdy w tej świetlistej Lizbonie nawiedza nas wieś niczym wiatr. I nawet tu, na ulicy Złotników, śpi nam się dobrze. Jak to miło dla duszy widzieć przystające pod wysokim, spokojnym słońcem te wozy ze słomą, te skrzynki, tych powolnych przechodniów niczym przeniesionych ze wsi. Ja sam, patrząc na to z okien pustego biura, przenoszę się: znajduję się w jakiejś spokojnej osadzie na prowincji, zastygam w jakiejś nieznanej wsi i ponieważ czuję się inny, jestem szczęśliwy. Dobrze wiem: gdy podniosę oczy, zobaczę brzydką linię domostw, nieumyte okna wszystkich biur Baixy, bezsensowne okna wyższych pięter, gdzie jeszcze się mieszka, a w górze suszącą się w słońcu bieliznę między wazonami kwiatów i doniczkami roślin. Wiem, lecz światło, które złoci wszystko, jest tak łagodne, tak spokojna atmosfera, która mnie otacza, że nie ma żadnego powodu, nawet wizualnego, aby abdykować z mojej sztucznej wsi, z mojej prowincjonalnej osady, gdzie handel jest cichy. Wiem, wiem… To prawda, że jest pora obiadu, odpoczynku, przerwy. Wszystko idzie dobrze na powierzchni życia. Ja sam śpię, choć pochylam się z balkonu, niczym z pokładu statku, by obejrzeć nowy krajobraz. Ja sam nawet nie medytuję, jakbym był na prowincji. I nagle coś innego przychodzi mi do głowy, wciąga, owłada mną: poza południową godziną w osadzie widzę całe życie osady we wszystkich jego przejawach: widzę głupie wielkie szczęście domowego życia, wielkie głupie szczęście życia wiejskiego, wielkie głupie szczęście spokoju w plugawości. Widzę, bo widzę. Ale nie widziałem i budzę się. Patrzę wokoło, uśmiechając się i przede wszystkim otrzepuję z rękawów marynarki, niestety, ciemnej, cały kurz z poręczy balkonu, którego nikt nie starł, nie wiedząc, że pewnego dnia w jakimś momencie stanie się ona niepokrytą żadnym pyłem barierą statku, żeglującego w niekończącym się turystycznym rejsie.
Pospolici
Ja również wiele razy w marzeniach starałem się być tą osobistością pełną indywidualizmu, imponującą, jaką romantycy w sobie dostrzegali, a ilekroć starałem się nią stać, zaczynałem się śmiać z tego pomysłu. Człowiek niezwykły istnieje w marzeniach wszystkich ludzi pospolitych, a romantyk nie jest nikim innym niż ktoś, kto pragnie uciec od codzienności swego życia. Prawie wszyscy ludzie marzą potajemnie o wielkości własnej, o podporządkowaniu sobie wszystkich innych ludzi, o posiadaniu wszystkich kobiet, o uwielbieniu tłumów we wszystkich epokach… Niewielu jest takich jak ja, nawykłych do marzeń, i dlatego dostatecznie rozumnych, by śmiać się z estetycznej możliwości takich marzeń.
Ignorowanie
Pisać to zapominać. Literatura jest najprzyjemniejszym sposobem ignorowania życia. Muzyka kołysze, sztuki wizualne ożywiają, sztuki żywe (jak taniec i aktorstwo) zabawiają. Natomiast literatura oddala się od życia, by uczynić z niego marzenie; inne sztuki nie oddalają się od życia: jedne – gdyż używają form widzialnych, czyli witalnych, inne – gdyż żyją właśnie ludzkim życiem. Inaczej z literaturą – ta udaje życie. Powieść jest historią czegoś, czego nie było, a dramat jest powieścią podaną bez narracji. Poemat jest wyrażeniem idei czy uczuć językiem, jakiego nikt nie używa, bo nikt nie mówi wierszem.
Księga Niepokoju
Kim był człowiek, którego wizerunek zdobi T-shirty dla turystów w Lizbonie? Ani jednemu napisanemu przez niego zdaniu nie można całkiem uwierzyć, nawet intymnemu dziennikowi, który podpisał prawdziwym nazwiskiem. Czy Pessoa, człowiek o usposobieniu ekscentrycznego maniaka, którego jedyny związek z kobietą trwał mgnienie i był skazany na porażkę, bo Pessoa wolał pisać o życiu niż żyć, ukrywać się bez końca za fikcją, którą tworzył – biorąc pod uwagę jej obfitość – każdego dnia swego dorosłego życia, otóż czy ktoś taki mógł przywiązać do siebie kogokolwiek na tyle, by ten, specjalnie przedsięwziąwszy atlantycki rejs, uronił łzę nad jego doczesnymi szczątkami? Owszem, Pessoa sam zadbał o to – powołał do życia kilkadziesiąt postaci, obdarzając je fizjonomią, przeszłością, poglądami, upodobaniami i literacką estetyką. Pisał w imieniu tych, jak je określał, heteronimów – wiersze, prozę, dramaty, artykuły, traktaty i polemiki – tak skutecznie zamazując swoją prawdziwą tożsamość, że do dziś zastępy uczonych pessoalogów nie potrafią dać prawdziwego jej obrazu. Jego skrajny indywidualizm nigdy by mu nie pozwolił na dłuższe pochylenie się nad polityczno-społeczną doraźnością, przynajmniej nie na serio. Najdonioślejszą próbkę jego wizji świata i siebie w nim stanowi “Księga Niepokoju” wydana po polsku właśnie po raz pierwszy w całości i w nowym przekładzie. Pessoa za życia ogłosił nieco ponad sto wierszy, sporo zresztą napisanych po angielsku (język ten poznał jako dziecko podczas kilkuletniego pobytu z ojczymem konsulem w Południowej Afryce), rozproszone eseje i garść przekładów. Reszta nieopublikowanej w całości do dziś spuścizny to m.in. kilkadziesiąt tysięcy zapisanych kart pozostawionych w kufrze – przedsięwzięcie olśniewające rozmachem, labirynt z zaszyfrowaną zagadką. Jej znaczącym fragmentem jest “Księga…” – monumentalny zbiór nieuporządkowanych zapisków podpisanych heteronimem Bernardo Soaresa, którego jednak przyjęło się ze względu na podobieństwo do Pessoi (Soares – skromnie żyjący samotny księgowy z lizbońskiej Baixy, Pessoa – zarabiający na życie tłumaczeniem handlowej korespondencji w małej firmie).
Fernando António Nogueira Pessoa urodzony 13 czerwca 1888 w Lizbonie, zmarł 30 listopada 1935) – wybitny portugalski poeta, przedstawiciel modernizmu. W wieku pięciu lat został osierocony przez ojca, a jego matka wyszła ponownie za mąż. Jego ojczymem został portugalski konsul w Durbanie. W Afryce Południowej Pessoa mieszkał do siedemnastego roku życia. W 1905 wrócił do Lizbony i przez 30 lat prawie jej nie opuszczał. Razem z Almedą Negreirosem i Mário de Sá Carneiro założył, ważne dla współczesnej literatury portugalskiej, pismo literackie „Orpheu”. Dzieło, które wielu krytyków uważa za opus magnum pisarza, opublikowane pod heteronimem Bernardo Soares, Livro do Desassossego (Księga Niepokoju) zostało wydane dopiero w roku 1982, prawie 50 lat po śmierci autora (!!!). W 1988 prochy pisarza przeniesiono w miejsce szczególne, wybrane – do klasztoru Hieronimitów w Belém pod Lizboną.
Appendix
Przed bożonarodzeniowymi świętami Waldek Daniluk, kumpel mój wieloletni – znany wrocławski opiekun ludzkich oczu – trzymający okularową firmę przy ulicy Kuźniczej obok uniwersytetu, powiedział: Zdzichu, dostałem z hurtowni oprawki pasujące wyłącznie na twoją gębę, twoje oczy. Na innych będą wyglądać obco. Przyniósł je z zaplecza. Spodobały mi się od pierwszej chwili – archaiczne, staroświeckie, dalekie od mód. Podobne nosił – pomyślałem – Bertold Brecht, bracia Marx. Nosi identyczne Woody Allen. Lubię tych gości, mocno mieszali w moim życiu – to włożę podobne na nos w ramach atencji dla tych oryginałów. Nie mogłem sobie tylko przypomnieć jeszcze jednego bohatera mojej wyobraźni noszącego takie właśnie bryle. Myślałem, kombinowałem i nic. Dopiero dzisiaj, kiedy zacząłem formować ten tekst do wysłania – Eureka!
Takie same okulary nosił także Fernando Pessoa! Podświadomość?!
Zdzisław Smektała
501 40 40 64
bbd@bbd.pl







