Słowo na niedzielę. Dla tych, co to nie byli w kościele.
Siostry i Bracia!
Zakończone właśnie wybory w Platformie Obywatelskiej ujawniły powszechny oportunizm tubylczej klasy politycznej. Potwierdziły, że krajowa partyjniacka scena składa się z pieczeniarzy (w ogromnej większości), dla których, w publicznej działalności, liczą się trzy wektory. Biznes partyjny, biznes ogólny oraz pomyślność własnej rodziny (jej bliższych i dalszych okolic). Dzisiejszy, w miarę opatrzony polityk, to półcelebryta i półchłopski filozof, uprawiający nordic walking po telewizyjnych i radiowych stacjach opowiadając pierdoły, na których się zupełnie nie zna.
Problemy innych ludzi to dalekie echo trąbki Wojskiego. A tak naprawdę – to echo wielu niespełnionych obietnic.
Dam Wam na to kilka realnych przykładów. Partia Donalda Tuska liczy około 30 tysięcy ludzi (w tym połowa tak zwanych klasycznych „członków”). Czyli Polską rządzi miasto mniejsze od Zgorzelca (33 tysiące ludzi). A nawet połowa z tego, 15 tysięcy ludzi – o czym będzie nieco dalej. Na 100 Polaków przypada 1 urzędnik, miesięcznie zarabiający średnio pod 5 tysięcy złotych (tak mówi statystyka GUS).
W naszej ukochanej Polandii (politycy mówią zimno – w tym kraju) mieszka plus minus 38 milionów ludzi. Z tej ludzkiej masy 440 tysięcy rodaków ma etat w administracji państwowej albo samorządowej. Na pensje i wynagrodzenia dla urzędników w 2010 roku wydano 21 miliardów złotych! To o 1,3 mld zł więcej niż w 2009 roku. A liczba chętnych na tę pewną, niezagrożoną bankructwem kasę rośnie. W 2010 roku w administracji publicznej zatrudnionych było te 440,5 tys. osób – podał GUS. To o 2,8% więcej niż w 2009 roku. Aż o 16% więcej niż w 2007 roku. W roku objęcia władzy przez zastępy Donalda Tuska.
Zobaczcie więc ile pewnych etatów ma do obsadzenia – nawet przy niepohamowanej etatowej łapczywości PSL – kadrowa partia Donalda Tuska. Czy zatem chuchają oni na swojego dzielnego (to fakt) wodza, by pielęgnował ten syty stan jak najdłużej.
Ależ nie! Piszę to odpowiedzialnie – olewają tego kaszubskiego dawcę przywilejów, regularnych wypłat, ulg przeznaczonych dla szwagra z Bieszczad i ciotki z Legnicy (albo innego Giżycka). Lekceważą Tuska. A jego Platforma zaczyna przypominać rozchełstane towarzystwo wzajemnej adoracji. Zmierza – za sprawą oportunizmu – do rozpadu.
Oto dowody – w wyborach Donalda Tuska poparło 16 tys. 028 osób (79,58 proc. głosów), Gowin otrzymał 4 tys. 114 głosów (20,42 proc.). Głosowało 51,12 procent ludzi PO. Doliczono do niej głosy nieważne, ale nie podano ich liczby podczas prezentacji wyników wyborów. A było ich 1658, czyli bardzo, bardzo dużo.
Gdyby od podanego wyniku frekwencji odliczyć nieważne głosy, frekwencja wyniosłaby 47 proc! Czyli ponad połowa partii – zamiast manifestować jedność szeregów – wybory miała w dupie. Oto przykład postępującego rozkładu – bez względu na to, jak maskować blizny będą partyjni propagandziści.
A zatem schyłkowe rozprężenie parti ro raz. Drugim elementem nadchodzącej rozwałki jest działalność Jarosława Gowina. Na dwóch facetów nie mogę patrzeć, gdy przemawiają. Jeden to płaczący i jęczący krakowski poeta Adam Zagajewski. Drugi to król faryzeuszy, Jarosław Gowin, nadambitny picer, marnie wykształcony, zawsze podpierający się wyświechtanymi komunałami o misji – nigdy oryginalną myślą. Przygarnięty ongiś przez PO, wykorzystuje tę partię, by – dzięki niej – istnieć w publicznej przestrzeni. A w konsekwencji nieustannie ją kąsać.
Nigdy bym nie chciał, aby Jaro Gowin był moim zwyczajnym, podwórkowym kumplem, waflem – wiem, że dla własnych celów – sprzedałby mnie bez mrugnięcia. W jego duszpasterskim, masowanym „dobrocią”, lekko kościelnym głosie – jest siatka pająka. Wyczuła to nawet jego żona. „Kiedy mi się oświadczał, powiedział, że dwie najważniejsze rzeczy w jego życiu to filozofia i polityka. Wcale nie jestem pewna, czy w tej kolejności. I powiedział jeszcze, że to ważniejsze ode mnie. Jarek zawsze był zwierzęciem politycznym. Najpierw polityka zajmowała go jako przedmiot zainteresowań intelektualnych, a teraz praktycznie”.
Dlaczego więc wystający na nadmorskich molach karykaturalny Don Kichot, z własną megalomańską gazetką w dłoni, dostał w wyborach PO 20 procent głosów (czyli te 4 marne tysiące)? Nie dlatego, że ujął koleżków swoją wystękaną misją. Dlatego, że fałszywi partyjni koledzy nie lubią zbyt długo rządzącego Tuska. To w wyborach ograny już syndrom: PiS kontra PO (mniejsze zło). Albo Pawlak kontra Piechociński (dowalić zbyt pewnemu milczkowi). Więc teraz Donald Tusk musi bawić się w harcerza (polityczna poprawność) i wyciąga rękę do Alexa Gowina. Chociaż Alex będzie go nieustannie gnębił w najbliższych miesiącach, aż do kolejnych wyborów, nie tylko on zresztą.
Także Armand Jean Richelieu, czyli Grzegorz Schetyna, który półdyplomatycznie, na chwilę, ustąpił pola. Ale – nia mam wątpliwości – za moment ruszy do ataku. To gościu, który nie nadstawi drugiego policzka. Zawsze zaś rozliczy ten pierwszy, wymierzony przez Donalda, niby mistrza haratania w gałę. Taki charakter Schetyny, wychylający się zza półszyderczego uśmiechu. Co bowiem nielojalni członkowie PO (de facto ludzie Schetyny) z cichca dopisywali na kartkach do glosowania? Nazwisko Grzegorza z Wrocławia, człowieka, który w terenie nie da im zginąć (i rodzinom przy okazji).
Więc teraz macie – jak na dłoni – nawet tej bez kaktusa, czym będzie w przyszłości żyła pełna demokracji i sloganów Platforma Obywatelska. Wasze ważne sprawy, Drodzy Rodacy, będą musiały na rozwiązanie – poczekać. Taka gmina.
A dla misyjnego posła Gowina – w celu rozszerzenia wyborczych horyzontów – mam pogadankę – wygłoszoną przez prelegentkę pożądanej wszędy partii, uwaga, Same Suki!
Warto posłuchać i przemyśleć tekst referentki. Kobitka ma bajer opanowany. Co najmniej jak Gowin w Sopocie – na molo!
Zdzisław Smektała, z musu (z niechęci do PiS) głosujący zawsze na PO.





