Znicze Pamięci zapalane ruską zapałką (spiczka)
JEDEN
Słucham od rana rozpierniczjącej, bestowej płyty genialnego amerykańskiego trębacza, Cheta Bakera (1929 – 1988). Gościa podobnego zewnętrznie do smakosza fioletowej dykty (denaturatu). Gdy ten muzyczny gigant jest w mojej rocznej agendzie, wiem, że jesień już zasuwa przez park. Jego utwór „Autum Leaves” (Jesienne liście) powoduje głębokie zamyślenie. Liście z tego utworu wirują także w mojej głowie. Jest pewne, że puszczę jeszcze z głośników odtwarzacza – tego samego dnia, w dni następne – ślimaczące się jazzowe kawałki Shirley Horn, drgający, ekstatyczny „At Last”, pierwszej damy bluesrocka – Etty James. Niby jest tak samo jak każdej jesieni, jak w ostatnich latach – ale nie do końca. Dopada mnie nowe, nieznane do tej pory – murszenie.
DWA
Niby dla wszystkich czas płynie w tym samym kierunku. Znowu w październiku, do mojego lofta, przyleciał motyl gatunku mi nieznanego. Trzepotał kilka dni – zanim nie znalazł drogi do wpół uchylonego okna. Pewnie nie uwierzycie, ale w październiku, tak się dzieje od trzech lat. Znowu codziennie zapalam małe znicze (takie od podgrzewacza) – wspominając kolejnych kumpli, z którymi już się nie zobaczę. Przypalam je w tym roku zapałkami z dawnego ZSRR, których spore pudełko znalazłem w zapomnianej szufladzie (mają ponad 20 lat i zapalą się od pierwszego potarcia!). Myślami jestem z Wieśkiem Saniewskim, wrocławskim reżyserem (Nadzór, Sezon na bażanty). Wydobywającym się z ciężkiej choroby. Miał współkręcić w tych dniach film „”Dywizjon 303”. Lubiłem z nim rozmawiać o greckich bluesach – czyli rembetikach, o twórczości Węgra Sandora Maraia, którego niedawno wspomniałem. Wiesiek chciał sfilmować jego słynną mroczną książkę „Żar”.

TRZY
Niby, jak każdej jesieni – aby pogadać z Najwyższym Szefem- zaglądam często do Kościoła Garnizonowego. Czyniłem tak latami przed finałem każdego mojego festiwalu, bluesowego lub rockowego koncertu. Ale w tym roku doznałem przykrości. Najbardziej bowiem ze zdarzeń dziejących się w okolicach Boga nie lubię zapachu kwiatów zapomnianych w wazonach, tych przy ołtarzu. Smród wydobywający się z ich otoczenia wystawia na szwank ich pobożność, wiarę w zbawienia. Wiem coś o tym – byłem ministrantem. Od tej jesieni tracę też (tak mi się wydaje) chwytność ręki.
Coraz częściej przedmioty wypadają mi z dłoni. Ostatnio rozłożyłem kilkanaście moich harmonijek (większość to instrumenty marki Hohner) aby zrobić im jesienny przegląd kolekcji (gram coraz rzadziej), aby nacieszyły wzrok. Przeczyściłem je, przedmuchałem, przeprosiłem za zaniechanie i dwie… upuściłem na dywan. Może dopominały się tego, abym częściej grywał standardy, odtwarzał stare kawałki B.B. Kinga, bluesowego króla, zmarłego na cukrzycę (jak ja tę cholernicę dobrze znam).

CZTERY
Idąc ulicą Świdnicką do rynku nie skaczę już tej jesieni, jak to miałem w zwyczaju, po granitowych obeliskach ustawionych na chodniku. Dawniej regułą było, że musiałem po każdym przebiec grzbietem. Teraz boję się, że złamię nogę, skręcę kark. Po raz pierwszy w tym roku zdarza mi się moczyć oczy na łzawych, sentymentalnych filmach. Dawniej oglądałem je racjonalnie, jak zawodowy scenarzysta, którym jestem. Teraz oglądam je jak, jak łatwo podpuszczony widz. To chyba starość łapie mnie w kolanach. Tej jesieni zawsze tez noszę bokserki. Dawniej, moim ulubionym strojem były białe spodnie, znoszony t-shirt, espadryle lub nubukowe półbuty. W lato i w zimę chodziłem bez skarpetek. Teraz, ze strachu przed wygłupem serca, czy innymi niespodziewanymi zdarzeniami, mam odzieżowy komplet. Nie wypada w szpitalu, na SOR, tłumaczyć się z braku pludrów.
PIĘĆ
Za to tej jesieni, częściej powróciły do mnie sny z narracją lat odległych. Osobliwie śnił mił się kilka razy kaszmirowy pewexowski szary sweter typu kardigan. Miałem kilkanaście lat i uległą kobietę, z którą już spałem zupełnie bez garderoby. Ale nie miałem grosza przy duszy ani podrasowanej „Syreny 103”. I gdy szliśmy na rokendrolową imprezę – dziewczyna podprowadzała kaszmirowy sweter ojcu ważniakowi. W zbyt dużym, obwisłym, z podwiniętymi rękawami, w okularach lennonówkach, wyglądałem jak znudzony dandys z londyńskiej dzielnicy Soho. Te rockowe koncerty, tony gitary Hendrixa, kaszmirowy sweter, dziewczyna w trzeszczących pończochach kapronach, książka „Buszujący w zbożu” – nachodzą mnie w ten październik często.

SZEŚĆ
Dziwny jest ten dziesiąty miesiąc roku 2016. Ma 5 poniedziałków, 5 sobót i 5 niedziel. Taki miesiąc zdarza się raz na wiele lat. Październik ma jeszcze Boba Dylana, który nie chce odpalić znicza sławy o nazwie Literacki Nobel. Ani szwedzką ani amerykańską zapałką. Nadlatuje nieznana kometa?
Zdzisław Smektała
