Tag: Sławomir Mrożek

  • Taniec małpy na bębenku

    Smektała na weekend 26

    1

    Osiem pierwszych twarzy fotografował Zdzisław Smektała, dziewiątą, tę na samym dole, Krzysztof Gierałtowski.

    Tak właśnie – taniec małpy na bębenku – Krzysztof Gierałtowski nazywa wernisaże, te w których gra główną rolę. Więcej nie tłumaczył – więc i ja nie pytałem o brzytwę w owej małpy łapie. Uświadamiał mnie w materii swoich autorskich wernisaży podczas niedzielnego, typowo polskiego obiadu. W ostatnią bowiem niedzielę zaprosiłem Krzysztofa, jednego z najwybitniejszych artystów w całej historii polskiej fotografii, specjalizującego się w portrecie – do Dworu Polskiego, tego na wrocławskim Rynku.

    Przy tradycyjnym rosole z kołdunami oraz schabowym z zasmażaną kapustą Krzysztof Gierałtowski (1938, o rok starszy od Niemena) wspominał swoje silne związki z Wrocławiem. Pierwsza czarno biała twarz, jaką autorsko stworzył – działo się w roku 1963 – był portret słynnego lwowsko wrocławskiego matematyka, Hugo Steinhausa. Portret profesora zamówiło doskonałe wówczas graficznie pismo „Ty i Ja”.

    6

    Krzysztof sportretował po wojnie wszystkich najważniejszych Polaków.

    Jego portrety są zazwyczaj uzupełniane specjalnymi rekwizytami, które pozwalają widzowi dopełnić obraz własnymi wyobrażeniami. Przez swoje autorskie obiektywy pokazał – najczęściej czarno białe – wizerunki wybitnych osobowości:

    Andrzeja Wajdy, Sławomira Mrożka, Czesława Miłosza, Ewy Braun, Jana Peszka, Leona Tarasiewicza, Józefa Czapskiego, Stanisława Tyma, Tadeusza Kantora, Jerzego Kosińskiego, Tadeusza Konwickiego, Wojciecha Młynarskiego, Jerzego Urbana, Krzysztofa Zanussiego i dziesiątki innych zawiadowców oraz rzeźbiarzy tubylczej rzeczywistości.

    2

    „Pańskie prace, owe portrety subiektywne, twórcze eksperymenty i rzetelność warsztatu – wyznaczają mistrzowską drogę dla kolejnych pokoleń artystów.

    Jestem Panu wdzięczny za utrwalenie wizerunku wyjątkowych Polaków, z których jesteśmy dumni i których losy są częścią naszej współczesnej historii – tak zafasował na swojej urzędowej firmówce (widziałem na własne oczy) Bronisław Komorowski, prezydent naszego pięknego kraju. Wówczas, kiedy Krzysztof Gierałtowski otwierał (jesień 2013) na Zamku Królewskim wystawę „Portrety bez twarzy”.

    „Mam nadzieję, że odrzucając powierzchowną identyfikacje zbliżam się moimi zdjęciami do pełniejszego opisu polskich indywidualności” – ripostował w katalogu adresat tych słów. 

    9

    Fot: Krzysztof Gierałtowski

    Dalej, wybitni opiniotwórcy, czytajcie ten felieton, od godziny 11, na stronie:   

                                                  www.wroclaw.pl

    Po wejściu na ów oficjalny portal miasta Wrocławia, proszę wpisać, w białym prostokąciku po lewej stronie, tytuł tego felietonu albo moje nazwisko.

    Możecie też – po prostu – wpisać ten tytuł w wyszukiwarkę googla

    Dzięki, za niedogodności przepraszam. To surowe wymogi copyrightu. 

    Zdzisław Smektała            copyright www.wroclaw.pl                    bbd@bbd.p

  • Smecta 72 – Moja broszka, tekst z Mrożka

    Za miesiąc 17 września – ZSRR napadnie na Polskę.

    Dzisiaj, 17 sierpnia, w mijający długi weekend – to wspominanie w mediach Sławomira Mrożka.

    Gościa w półniemieckim kapelusiku i sztruksowej marynarce Belga. Wspominanie osobnika, który w 83 roku życia (daj Boże tyle przeżyć), wziął i się bezpowrotnie oddalił. To był bez wątpienia najczęściej grywany w kraju i za granicą polski dramaturg współczesny. A w Polsce przez lata jeden z najpoczytniejszych, obok Stanisława Lema, prozaików. Jego twórczość przekładana była na kilkanaście języków. Za czas nieodległy księgarnie sypną nowymi wydaniami jego prac.

    Smecta 72 (12)

    Może Wydawnictwo Literacke opublikuje, dotąd skrywany przez Autora, Jego dziennik z ostatnich lat. Podobnie jak „Kronos” Gombrowicza, będzie powszechnie pożądany.

    Co było dalej? Wiecie? To posłuchajcie. Sławomir Mrożek urodził się 29 czerwca 1930 roku w małym galicyjskim miasteczku – Borzęcinie – gdzie jego ojciec pracował jako urzędnik pocztowy. Omyłkowo w borzęcińskiej kancelarii wpisano mu inną datę urodzenia – 26 czerwca. Przyszły pisarz ukończył krakowskie gimnazjum im. Nowodworskiego, potem studiował architekturę, filozofię orientalną i sztukę. Od 1950 roku współpracował z „Dziennikiem Polskim”, Krakowskim Teatrem Satyryków, studenckim teatrem satyrycznym „Bim – Bom” z Gdańska, kabaretem „Szpak” i „Piwnicą pod Baranami”. Pisał może mniej o Polsce, za to wiele o ludziach. Oto synteza międzynarodowego sukcesu.

    Smecta 72 (7)

    Pierwszy odniósł w 1950 roku – otrzymał nagrodę „Szpilek” za rysunkowe żarty. Od 1953 r. Mrożek publikował serie satyrycznych rysunków systematycznie. Dzięki nim, a także pełnym czarnego humoru opowiadaniom, wcześnie stał się autorem niezwykle popularnym, zajmującym osobne miejsce we współczesnej polskiej literaturze. Mrożek tropił i podważał absurdy życia, zbanalizowane, romantyczne stereotypy, kształtujące świadomość Polaków. W języku na stałe zagościło sformułowanie „jak z Mrożka”, przykładami zaczerpniętymi z jego utworów posługiwano się dyskusjach. Debiutem książkowym Mrożka stały się wydane w 1953 roku zbiory satyrycznych opowiadań – „Opowiadania z Trzmielowej Góry” i „Półpancerze praktyczne”. W roku 1956 ukazała się powieść satyryczna „Maleńkie lato”, a w 1957 tom opowiadań „Słoń”, oraz zbiorek rysunków „Polska w obrazkach”. Mrożek – dramaturg debiutował wystawioną w Teatrze Dramatycznym w Warszawie w 1958 roku sztuką „Policja”. Napisał też reportaż o heroiźmie nowej Huty.

    Smecta 72 (13)

    Co było dalej? Dalej szło tak: Litwo, Ojczyzno moja, Ty jesteś jak zdrowie – idźcie do Mickiewicza to dalej Wam powie! Ostatni raz pisałem o Mrożku mową wiązaną niemal trzy lata temu. Zanotowałem wówczas w osobistym dzienniku: 

    Jeszcze o literaturze, w piątek przed weekendem. Z księgarni Grażynki Krzemień, tej przy ulicy Kołłątaja, odbieram „Dziennik” mieszkającego w Nicei 80-letniego pisarza – Sławomira Mrożka. Musiałem się zapisać na sprowadzenie książki z hurtowni. Po kilku dniach od premiery księgarnie bowiem z Mrożka opustoszały.

    To pierwszy tom z literowej magmy składającej się z 5 tysięcy stron – maszynopisów i odręcznych notatek autora. Wydawnictwo Literackie z Krakowa opublikuje je w trzech tomach. Pierwszy tom „Dziennika” obejmuje zapiski z lat 1962–1969 – to okres, gdy Mrożek wyjechał z Polski, szykował się do życia na emigracji. Pierwsze zapiski wydanego właśnie dziennika w październiku 1962 roku, jeszcze w Krakowie.

    Smecta 72 (11)

    Za 70 złotych 700 stron pięknego grzebania w brzuchu pisarza! „Dziennik” to, bez wątpienia, wydarzenie literackie kilku dziesięcioleci. To książka rozwalająca senność już po lekturze pierwszych rozdziałów.

    Jedynym w tubylczym literackim tyglu lustrem do Mrożka może być dziennik Witolda Gombrowicza. Z tą różnicą, że „Dziennik” Mrożka jest świadectwem demitologizacji samego siebie. Mrożek wali po oczach, jaki jest naprawdę. Sekuje swój życiorys z żarem straceńca. Daleki jest od tego, jak postrzegają go zakochani w jego twórczości czytelnicy, czy teatralni widzowie. Zaś „Dziennik” Gombrowicza – to Niagara miłości własnej. Niezaspokojona autokreacja przedwojennego arystokraty. W zapiskach Mrożka przewalają się nazwiska największych polskich postaci kultury tamtego okresu: Lema, Miłosza, Jeleńskiego, Herlinga-Grudzińskiego, Błońskiego, Giedroycia i Czapskiego, których Mrożek spotykał, i z którymi wymieniał listy. Ale tylko na Gombrowicza mówił padrone i szef – taki czuł mores do autora „Ferdydurke”.

    Smecta 72 (1)

    Moje z Mrożkiem pierwsze dorosłe spotkanie to „Małe listy”. Zbiór fabularyzowanych ni to opowiadań, ni to felietonów, który zaczął powstawać w roku 1974, gdy autor, przebywając już od lat wielu we Francji, wyjechał na dwuletnie stypendium do Berlina Zachodniego. Kontynuował te krótkie jednostronicowe zapiski do roku 1982, publikując kolejne odcinki w miesięczniku „Dialog”.

    Polecam te mądre modlitwy, okraszone nutą sardonicznej skromności i roztropności, wszystkim tym szaleńcom, którzy postanowili żyć z publikacji tworów swoich myśli. To znacznie lepsze niźli zapisywanie się do bezliku dziennikarskich szkół, których we Wrocławiu namnożono na rogu każdej brukowanej ulicy. Możecie to sprawdzić wybierając się do najbliższej biblioteki, bo w księgarniach oczywiście posucha.

    DSC_1918

    A teraz, działająca na wyobraźnię cywilizacyjna pointa rodem z Mrożka. Byłem wczoraj w jednym z wrocławskich supermarketów. Sześć grubych kotletów schabowych za sześć złotych (1 złoty za schaboszczaka!!!), pięciokilowy worek dorodnych ziemniaków za 3 złote, mocne ośmiovoltowe piwo w puszce dwa złote, damskie zimowe kozaki 29,99! Czy zatem materia w sposób doskonały nie zapanowała wreszcie nad duchem narodu? Tak, tak, tak!!!

  • Smecta 71 – Smektała na weekend: Tajemnica słów ZPUW

    Internet, społecznościowe portale, wszelkie możliwe media załkały zgodnym chórem. Posmutniały w wielotysięcznych odsłonach. Wczoraj, Bóg zabrał (z ciałem i duszą) do siebie Najświętszą Marię, w dodatku Panienkę. Oraz (w Nicei) upomniał się o znacznie starszego od Marii kapłana, pisarza, felietonistę rysownika – Sławomira Mrożka. W jednym i drugim przypadku konstatacja jest jedna – Rzeczy się dzieją.

    Nie znam literackich prac Najświętszej Panienki. Za to Wielki Sławomir napisał w jednym z „Małych listów” tak: „Bez żadnego przygotowania zagrałem już kilka ról. Zresztą, w naszym teatrze grają wyłącznie amatorzy. Wypchnięci na scenę, zawsze w ostatniej chwili, mrugamy oczami, oślepieni światłem sceny, przerażeni przepaścią od strony widowni, gdzie nie wiadomo co siedzi.” 

    Smektała na weekend 1

    Jaka piękna metafora wszystkiego, co dzieje się wokół. I życia, i obyczajów, i polityki.

    Mrożek emigrant (emigracja była największym błędem jego życia), oderwany od grzybni, sechł w innych geograficznych szerokościach. Wiele słów nanizanych na sznurki zdań zadedykował emigracji i emigrantom właśnie. Peregrynacji ludzi uciekających od głupoty, socjalizmu, braku rozwojowych szans, zawiści, niedostatków. 

    Ale spójrzcie, posłuchajcie Dobrzy Ludzie Miasta Spotkań (więc nie rozstań)! Socjalizm ćwierć wieku temu death! A czy emigracja zaniknęła w sposób naturalny? Jest jeszcze większa niż była! Już nie w imię olewania komuny, socjalizmu – a z potrzeby jedzenia masła i szynki (krewetek?). Tego Mrożek zapewne nie przewidział.

    Jeden z rozdziałów mojej powieści „Liszaj” zatytułowałem: Emigrant to przegrane zwierzę. Tak właśnie jest do dzisiaj, do piątku, 16 sierpnia 2013. I tak będzie do Ostatecznego Dnia. Dlatego lepiej jest ludzi przygarniać niż ich odtrącać i z nich kpić. 

    W Internecie i jego okolicach widzę niemało okołowrocławskich osobników cieszących się wyłącznie z niepowodzeń, upadków i poślizgów innych.

    Gdy byli przy władzy – apologia. Gdy teraz czekają w sieni – wyłącznie krytyka, dokładanie do pieca, naigrywanie się. To, między innymi, zdolny perkusista, były wojewoda, samorządowiec, wieczny dyrektor i tak dalej. Pod innymi (nie naszymi) rządami – lepiej niech się wszystko zawali, przepadnie, zginie. Żółć niszczy, zabija. 

    Smektała na weekend 2

    Po lewej stronie – moja galeria, miejsce zbierania pomysłów ulepszających  Wrocław.

    Z natury jestem innego zdania. Mariusz Ziomecki, mój dawny znajomy (nie widziałem go lata), obecnie felietonista „Przekroju” wyznał: „Przez 10 szczęśliwych lat płacono mi pensję za to, bym wierzył w renesans miasta Detroit. Dział komentarzy wielkomiejskiej gazety, w której udało się zatrudnić emigrantowi z Polski, niezłomnie kibicował miastu. Popieraliśmy wszystkie realistyczne, mało realistyczne i zupełnie nierealistyczne, ale zawsze kosztowne projekty biznesowe i społeczne, które miały znów postawić na nogi legendarny Motown”. 

    Miasto Wrocław nigdy nie płaciło mi pensji, nie zawsze byłem w nim szczęśliwy.

    Ale od wielu lat chodzi za mną uzurpatorska myśl, którą, także dzięki portalowi wrocław.pl, mógłbym objąć nasz gród. W czasach ogólnej destrukcji marzy mi się rola… butaprenu. Chciałbym sklejać nasze miasto i jego mieszkańców – w jeden dobrze zgrany mechanizm. Chciałbym przyjąć rolę „spowiednika”, faceta, któremu mieszkańcy podpowiadaliby, co widzieli w świecie, podczas podróży, co mogło by się przydać Wrocławiowi, co w naszym mieście znalazłoby zastosowanie.

    Zostałbym Zbieraczem Pomysłów Ulepszających Wrocław (ZPUW).

    Po to, by je następnie przekazywać – w jednolitej formie – urzędnikom.

    Smektała na weekend 3 Sposoby na taką działalność są różne. Japończycy, od lat jeżdżąc rozgorączkowanymi stadami po świecie – powszechnie pstrkają foty, które później służą także  jako „materiał poglądowy” do wprowadzania innowacji w miastach z których pochodzą. Z kolei premier Norwegii Jens Stoltenberg, rocznik 1959 (rządzi dwa lat dłużej niż Tusk), jako taksówkarz jeździł po Oslo i prowadził z pasażerami „spontaniczne rozmowy”. Tabloid „Verdens Gang” ujawnił jednak, że część pasażerów pochodziła z castingu (dostawali po 70 Euro). Na nagraniu, które inicjuje kampanię Stoltenberga przed wrześniowymi wyborami parlamentarnymi, premier w mundurze i okularach słonecznych, prowadzi taksówkę, a pasażerowie, gdy zaskoczeni go rozpoznają, swobodnie zadają mu pytania. 

    Ze mną byłoby znacznie prościej i wygodniej. W portalowym felietonie zawsze podaję maila, mam też telefon (501 40 40 64). A przede wszystkim prowadzę w Rynku, pod numerem 4, galerię sztuki, do której takie pomysły, zdjęcia, teksty wrocławianie łacno mogliby dostarczać. Pomyślałem oczywiście o nagrodach – na razie byłyby to, przeze mnie fundowane, książki i ceramiczne naczynia. Ale, gdyby pomysł nabrał monstrualnych kształtów, nagrodą mógłby być na własność Most Grunwaldzki, wrocławski Ratusz, Sala Rajców, Piwnica Świdnicka.

     Smektała na weekend 4 

    Nie jest to pierwsza moja próba przypodobania się miejscu mojego życia – Wrocławiowi. Na przykład na rynkowym Placu Gołębim (pod oknami prezydenta) wymieniałem ongiś, za własne zarobione pieniądze, zniszczone listwy (deski) stojących tam ławek. Potwierdzić to może senator Jarosław Obremski, obecnie mój sąsiad w Praczach Odrzańskich (mieszka cztery domy dalej). Dzisiaj mi się marzy, aby wreszcie te kilkunastoletnie ławki wymienić na nowe, bogatsze formą.

    A przynajmniej solidnie je zliftingować. Od poniedziałku biorę się za szukanie firmy, która mogłaby to sponsorsko sfinansować.

    Zdjęcie na otwarcie felietonu

    Wasz felietonista jeszcze w letnim nakryciu głowy, ale chłody tuż, tuż!

    Trwa jeszcze lato, ogórkowy sezon, chociaż coraz chłodniejsze wieczory i poranki zapowiadają rychłą jesień. Nie można już spać na golasa przy szeroko otwartych oknach. Zimno. Za czas nieodległy, ową jesienią, zamierzam przedstawić wrocławianom sporo pomysłów polepszających życie miasta. Zapraszam mieszczan do podobnej aktywności. Narzekać można zawsze i wszędzie – to bardzo łatwe. Lepiej wyjąć palec z nosa i sprawić, aby dookolny świat był znośniejszy, bardziej przyjazny. Spójrzcie na moją propozycję sympatycznie. 

    Zdzisław Smektała

    Prawa autorskie – www.wroclaw.pl

    bbd@bbd.pl

    Foty – z archiwum Autora

    http://youtu.be/UIuEwaabacY