Smecta 72 – Moja broszka, tekst z Mrożka

Za miesiąc 17 września – ZSRR napadnie na Polskę.

Dzisiaj, 17 sierpnia, w mijający długi weekend – to wspominanie w mediach Sławomira Mrożka.

Gościa w półniemieckim kapelusiku i sztruksowej marynarce Belga. Wspominanie osobnika, który w 83 roku życia (daj Boże tyle przeżyć), wziął i się bezpowrotnie oddalił. To był bez wątpienia najczęściej grywany w kraju i za granicą polski dramaturg współczesny. A w Polsce przez lata jeden z najpoczytniejszych, obok Stanisława Lema, prozaików. Jego twórczość przekładana była na kilkanaście języków. Za czas nieodległy księgarnie sypną nowymi wydaniami jego prac.

Smecta 72 (12)

Może Wydawnictwo Literacke opublikuje, dotąd skrywany przez Autora, Jego dziennik z ostatnich lat. Podobnie jak „Kronos” Gombrowicza, będzie powszechnie pożądany.

Co było dalej? Wiecie? To posłuchajcie. Sławomir Mrożek urodził się 29 czerwca 1930 roku w małym galicyjskim miasteczku – Borzęcinie – gdzie jego ojciec pracował jako urzędnik pocztowy. Omyłkowo w borzęcińskiej kancelarii wpisano mu inną datę urodzenia – 26 czerwca. Przyszły pisarz ukończył krakowskie gimnazjum im. Nowodworskiego, potem studiował architekturę, filozofię orientalną i sztukę. Od 1950 roku współpracował z „Dziennikiem Polskim”, Krakowskim Teatrem Satyryków, studenckim teatrem satyrycznym „Bim – Bom” z Gdańska, kabaretem „Szpak” i „Piwnicą pod Baranami”. Pisał może mniej o Polsce, za to wiele o ludziach. Oto synteza międzynarodowego sukcesu.

Smecta 72 (7)

Pierwszy odniósł w 1950 roku – otrzymał nagrodę „Szpilek” za rysunkowe żarty. Od 1953 r. Mrożek publikował serie satyrycznych rysunków systematycznie. Dzięki nim, a także pełnym czarnego humoru opowiadaniom, wcześnie stał się autorem niezwykle popularnym, zajmującym osobne miejsce we współczesnej polskiej literaturze. Mrożek tropił i podważał absurdy życia, zbanalizowane, romantyczne stereotypy, kształtujące świadomość Polaków. W języku na stałe zagościło sformułowanie „jak z Mrożka”, przykładami zaczerpniętymi z jego utworów posługiwano się dyskusjach. Debiutem książkowym Mrożka stały się wydane w 1953 roku zbiory satyrycznych opowiadań – „Opowiadania z Trzmielowej Góry” i „Półpancerze praktyczne”. W roku 1956 ukazała się powieść satyryczna „Maleńkie lato”, a w 1957 tom opowiadań „Słoń”, oraz zbiorek rysunków „Polska w obrazkach”. Mrożek – dramaturg debiutował wystawioną w Teatrze Dramatycznym w Warszawie w 1958 roku sztuką „Policja”. Napisał też reportaż o heroiźmie nowej Huty.

Smecta 72 (13)

Co było dalej? Dalej szło tak: Litwo, Ojczyzno moja, Ty jesteś jak zdrowie – idźcie do Mickiewicza to dalej Wam powie! Ostatni raz pisałem o Mrożku mową wiązaną niemal trzy lata temu. Zanotowałem wówczas w osobistym dzienniku: 

Jeszcze o literaturze, w piątek przed weekendem. Z księgarni Grażynki Krzemień, tej przy ulicy Kołłątaja, odbieram „Dziennik” mieszkającego w Nicei 80-letniego pisarza – Sławomira Mrożka. Musiałem się zapisać na sprowadzenie książki z hurtowni. Po kilku dniach od premiery księgarnie bowiem z Mrożka opustoszały.

To pierwszy tom z literowej magmy składającej się z 5 tysięcy stron – maszynopisów i odręcznych notatek autora. Wydawnictwo Literackie z Krakowa opublikuje je w trzech tomach. Pierwszy tom „Dziennika” obejmuje zapiski z lat 1962–1969 – to okres, gdy Mrożek wyjechał z Polski, szykował się do życia na emigracji. Pierwsze zapiski wydanego właśnie dziennika w październiku 1962 roku, jeszcze w Krakowie.

Smecta 72 (11)

Za 70 złotych 700 stron pięknego grzebania w brzuchu pisarza! „Dziennik” to, bez wątpienia, wydarzenie literackie kilku dziesięcioleci. To książka rozwalająca senność już po lekturze pierwszych rozdziałów.

Jedynym w tubylczym literackim tyglu lustrem do Mrożka może być dziennik Witolda Gombrowicza. Z tą różnicą, że „Dziennik” Mrożka jest świadectwem demitologizacji samego siebie. Mrożek wali po oczach, jaki jest naprawdę. Sekuje swój życiorys z żarem straceńca. Daleki jest od tego, jak postrzegają go zakochani w jego twórczości czytelnicy, czy teatralni widzowie. Zaś „Dziennik” Gombrowicza – to Niagara miłości własnej. Niezaspokojona autokreacja przedwojennego arystokraty. W zapiskach Mrożka przewalają się nazwiska największych polskich postaci kultury tamtego okresu: Lema, Miłosza, Jeleńskiego, Herlinga-Grudzińskiego, Błońskiego, Giedroycia i Czapskiego, których Mrożek spotykał, i z którymi wymieniał listy. Ale tylko na Gombrowicza mówił padrone i szef – taki czuł mores do autora „Ferdydurke”.

Smecta 72 (1)

Moje z Mrożkiem pierwsze dorosłe spotkanie to „Małe listy”. Zbiór fabularyzowanych ni to opowiadań, ni to felietonów, który zaczął powstawać w roku 1974, gdy autor, przebywając już od lat wielu we Francji, wyjechał na dwuletnie stypendium do Berlina Zachodniego. Kontynuował te krótkie jednostronicowe zapiski do roku 1982, publikując kolejne odcinki w miesięczniku „Dialog”.

Polecam te mądre modlitwy, okraszone nutą sardonicznej skromności i roztropności, wszystkim tym szaleńcom, którzy postanowili żyć z publikacji tworów swoich myśli. To znacznie lepsze niźli zapisywanie się do bezliku dziennikarskich szkół, których we Wrocławiu namnożono na rogu każdej brukowanej ulicy. Możecie to sprawdzić wybierając się do najbliższej biblioteki, bo w księgarniach oczywiście posucha.

DSC_1918

A teraz, działająca na wyobraźnię cywilizacyjna pointa rodem z Mrożka. Byłem wczoraj w jednym z wrocławskich supermarketów. Sześć grubych kotletów schabowych za sześć złotych (1 złoty za schaboszczaka!!!), pięciokilowy worek dorodnych ziemniaków za 3 złote, mocne ośmiovoltowe piwo w puszce dwa złote, damskie zimowe kozaki 29,99! Czy zatem materia w sposób doskonały nie zapanowała wreszcie nad duchem narodu? Tak, tak, tak!!!

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *