Zjawa Niemena Czesława (dokończenie) – EuroDetektyw cz. 26

Zimowy Raptularz Zdzisława Smektały

[youtube=http://www.youtube.com/watch?v=c7i_jHp0vBk&w=400&h=325]

Czwartek, zbrylony mrozem 30 dzień grudnia 2010 – jutro sylwester!

Czesław Niemen – od czasów, w których muzykę zacząłem pojmować rozumnie – jest (zawsze będzie) moim niedościgłym idolem. Przed wielu laty, jeszcze w socjalizmie, Niemen (z Niebiesko-Czarnymi) przyjechał do mojego rodzinnego nadgranicznego Zgorzelca. Był rok 1965. Środek gomułkowskiej epoki Małej Stabilizacji. Nieopierzonym młokosem będąc, mocno przeżyłem jego koncert. Koncert zorganizowany w surowej hali sportowej wojsk ochrony pogranicza. Przeżyłem tak intensywnie, że kilkanaście lat później napisałem i wydrukowałem w miesięczniku „Twórczość”, w literackich pismach polonijnych, moim pierwszym książkowym zbiorze wspomnieniowe opowiadanie – było nagradzane. Jego kanwą był właśnie ów beatowy występ gwiazdy na polskiej prowincji.

Przypominam to muzyczne zdarzenie także z tego powodu, że 45 lat temu słynna kapryśna diva Marlena Dietrich nagrała piosenkę Wielkiego Czesława: „Czy mnie jeszcze pamiętasz?”.

Oto więc o Czesławie opowiadanie (część druga – dokończenie) podszyte noworoczną nostalgią, myślą o przemijaniu.

Wracam więc do hoteliska „Pod Orłem”. Im bliżej budynku z wieczornym neonem otel (literkę h – jako wieloznaczną – zbili miejscowi kolesie), tym więcej kręci się małolatów emocjami rozpalonych do czerwoności. Szepczą, wyrywają sobie kartki przeznaczone do uzyskania autografu, przepychają do drzwi wejściowych, przy których na straży stoi Stanisław Kaczmarek. Latem jednoosobowy szef, nieprzekupny wykidajło. Zimą przeszkolony palacz centralnego ogrzewania, gość z uprawnieniami. Miał pewnie głęboko w dupie tę zbieraninę, która kręciła się, jakby miała zbyt obcisłe spodnie, przeziębiony zmienną pogodą pęcherz, rozdartą koszulę, smród w niepranych gaciach. Kierownik kazał, to stanął i goni tę małoletnią hałastrę. On sam najbardziej lubi nieheblowaną ławeczkę przykrytą fufajką. Lubi ciepło bijące od wielkiego pieca. A nie pogardzi jabłuszkiem w płynie za czterdzieści cztery złote. Winem, które w wieczorne zawijane dmuchawy przynosił Pierdziel, dorywczo pracujący w Urzędzie Miejskim.

Przepycham się do drzwi ku niezadowoleniu rówieśników. Podkładają mi nogi, to pchną i śmichy-chichy, kuksańca, pac, pod żebro. Ja twardo do przodu podchodzę i zagaduję z umiarem:
– Cześć, panie Stanisławie, mama jest – mówię, co go będę wtajemniczał, że sam Sław na mnie czeka, a ja dwie winówki pod pachą, co będę takiemu tłumaczył, próżna robota, gadanie jak z Niemcem. Przez te skopane, zdeptane dywany smyrgnąłem do góry po schodach. Tu też pełno praworządnych obywateli, rodzina i krewni sprzątaczek, pokojowych, znajomi i narzeczeni panienek z recepcji, goście kierownika, matka moja w rogu, tuż przy ladzie, gdzie spisują z dowodów. Oczy wlepione to w kierownika, to znowu w środkowy stolik pod palmą, w doniczkę pełną petów. Kierownik patrzy na panienki z recepcji jak na swą zamaskowaną własność. To załypie na suchawą palmę, poliże wzrokiem blat środkowego stolika, to zaczepi oko na małej skórzanej torebce, aktóweczce, pedałówce, jak mówią znawcy przedmiotu. Głowę kierowniczyna wygina, w kieszeni paluchami świdruje, ale nie zatrzyma oczu na sylwetce siedzącej w fotelu – przy tym środkowym stoliku.

Sław Wydrzykowski był najbardziej głośnym, najbardziej znanym człowiekiem, którego gościł od czasu, kiedy ,,Pod Orłem” został mianowany kierownikiem. Trzy lata temu przeniesiono go służbowo z etatu księgowego w Zakładzie Estetyzacji Miasta. Widzę to wszystko. Moją krew z krwi w kącie obok lady stojącą. Widzę te twarze zagapione, zachwycone, że oni, swojaki, z takim paradnym glancem razem o metr, no, nie, przesadzam, o dwa metry. Jak mocno chuchniesz, powietrze doleci, a w telewizorze artysta jakoś taki szczuplejszy wychodzi. Ot, życie. Blady, jakby niedożywiony, ale płuca cholera miechy pracują, że szkoda gadać. Nawet Lechu Lorenc, który zębami na zakład kufel w górę unosił za dychę albo za następne piwo, nie miał tak dalekiego dmuchu z brzucha, ze strun głosowych.

Widzę to wszystko i gęsta ślina podchodzi mi do gardła. Ja im pokażę, gdzie raki zimują, pies szczeka, baba krzyczy, mleko kipi. Ten barani wzrok jeszcze bardziej wam zbaranieje. A ty, mamo, raduj serce, syn ci wstydu nie przynosi, zaraz kierownik na ciebie inaczej popatrzy i nadliczbówki do karty dopisze. Zaraz zobaczycie, że Rychu, to nie tylko Trzeci, albo Lwie Serce, albo Chamberlain, jakiś aktor Cieślak, muzyk Poznakowski i inne wielgusy. Jeszcze jednego dorzucić wypada. Ryszard Sławoj-Aniński, chwilowo kolega Wydrzykowskiego.

Jak nie kopnę, nie rypnę na cały głos, przez tłumy znajomków, rodzinę, gapiów i ormowców:
– Idziemy Sławie, na górę, wstawaj!
Podniósł Sław kapelusz zsunięty głęboko na oczy, ale z godnością, jakby miał wycenę przyszytą do pleców, do koszuli, podniósł głowę i krótko, ale treściwie odpowiedział:
– Dobra. spadamy

Mój dobry Boże i wy, Jednokolorowi Kuglarze, co się narobiło w tym hallu, w tej hotelowej opalmowanej sali, obok niesystematycznie podlewanej paproci. Kierownik natychmiast spojrzał z uznaniem na rodzicielkę, która znowu zastygła. Panienki z recepcji wszystkie skrupulatnie poukładane karty meldunkowe upuściły na dywan. Kioskarce w Ruchu siedzącej obok recepcji z trzaskiem opadło okienko. Stanisław Kaczmarek upuścił z brzękiem pęk służbowych kluczy. Panienki z miasta błyskawicznie poprawiły fryzury, zagraniczne bluzki, jugosłowiańskie pończochy. A niejedna pewnie i cienką gumkę od komisowych majtek z koronki na swoje miejsce wciągnęła. A my jak rodzeni z jednego łona, jak koledzy od kieliszka, bracia z Klubu Wyjadaczy, kroczek po kroczku, harmonijnie, syp, syp, stuk, stuk, po schodach do pokoju zostawiając całe z parteru bractwo z rozdziawionymi gębami. Syp, syp, i półpiętro. Syp, syp, i już znikamy im z oczu za załamaniem ściany.

W pokoju po szklanie, dwa głębokie oddechy i znowu po szklanie. Sław usta moczy, językiem płyn po zębach przegarnia, ja natomiast po całym i do grubego denka, jak na turoszowskiego robotnika przystało.

Autobus z resztą czeredy już na imprezie pod salą widowiskową wygaszony stoi. Mój idol głos nadwerężał dopiero po przerwie. Zrobiło się jednak późno i proponuję, że skoczę po taksówkę, niedaleko, za pięć minut obrócę. Nie pytając o zgodę w drzwi i po schodach, po trzy, po cztery stopnie na parter, po zdeptanym dywanie do wyjścia.

A na dole wszyscy jak stali, tak stoją, gęby w dalszym ciągu porozdziawiane. Już jednak coś niegłośno szemrają i do ucha słówkami buczą, a to, a tamto, a gdzie mógł Rychu poznać takiego asa. Zobaczcie, na ty z takim człowiekiem, o takim nazwisku.

Na postoju kolejka długa, a ja nie mogę Sława zawieść, w potrzebie opuścić. Nie mogę na szwank wystawić osobistego honoru. Zaraz więc minę minorową wdziewam na pysk, skręcam się z udawanego bólu, nogę w kolanie usztywniam, wlokę ją za sobą, nogawkę w górę podciągam, popiskuję głośno i wio, po te bryki. Głośno czekającym tłumaczę:
– Samochód mnie stuknął, ostry dyżur by się przydał, przepraszam, nie dowlokę się o własnych siłach.
Jakiś uprzejmy w nadmiarze dzwoniec drzwi od fiata nawet szeroko otworzył, proszę, powiada, dziękuję, nic nie zaszkodzi. Zdrowie najważniejsze, poczekamy, aby nic poważnego. Sadowię się wygodnie, drzwi przytrzasnąłem a taryfiarz – złamawszy licznik – wrzucił jedynkę. Ruszył z miejsca. Dokąd niby jedziemy więc mówię: teraz „Pod Orła”, a potem na ulicę Traugutta. Odczekałem chwilę, ujechałem dwieście, trzysta metrów, ja z tryumfującą miną, niby to pytanie zadając, oznajmiam:
– Sława Wydrzykowskiego to pan też swoją bryką powiezie?

Nic się jednak w taksówce szczególnego nie dzieje. Kierowca na szoking nieczuły, bez pożądanych wypieków mówi, spokojnie odpowiada:
– Panie, mnie tam jeden chuj, kogo wiozę, byleby forsę dał, uiścił należną opłatę.
Facet nieczuły na kulturę, wyciągnąłem prosty wniosek, telewizora pewnie w domu nie ma, w kapciach z wełnianym pomponem na szklanym ekranie filmów nic ogląda, skąd ma wiedzieć, co się na świecie, w Cannes, czy Kielcach oraz w uprzemysłowionym budownictwie dzieje. Pod hotelem, na schodach, w otoczeniu młodzieżowców stał jak posąg z brązu Guru – Sław. Gigant, Gwiazdor, Wyroczni Muzycznej Codzienny Posiłek. Wsiadaj – krzyknąłem po pańsku. Jedynka, wysprzęglanie, dwójka do dechy, znowu sprzęgło i trójka weszła jak w wiejskie masło. Pięć minut nie minęło i jesteśmy na miejscu. Pięć minut i cztery dychy taksówkarzowi bez reszty. Niech ma, poczuje oddech historii.

Przed budynkiem tłum faluje, raz do krawężnika i odepchnięty wraca pod schody. Smyk, smyk, bocznym wejściem wchodzimy, bramkarz wpuszcza Wydrzykowskiego, natomiast na moje ramię kładzie wysportowaną grabę z biało-czerwoną opaską za łokciem.
– A ty gdzie, kurwa? W tył zwrot, bracie – i takie strachy na Lachy. Różne umoralniające śpiewki odwala. No i stało się. Poznał mnie bramkarski powsinoga. Co robić, myśl nerwowo czaszkę opukuje, wyjścia szuka i przyjaznego finału. Wyjaśnił rzecz całą Sław:
– Pan jest ze mną, wypraszam sobie takie traktowanie moich przyjaciół, to wiocha i skandal.
Znowu ujrzałem dookoła powszechny replay, oczy okrągłe, przepraszam, nie wiedziałem. Grzeczność zawodowa. Etatu skrzywienie. Sław wchodzi do muzyków, a ja nura w garderoby.

Tutaj odjazd. Joan Duggan w pajęczych wszystkowidzących rajstopach zmienia co chwilę brytyjskie sukienki albo nasze krajowe Alles Bab na odpowiedni widowni klimat odpowiednie odzienie przed lustrem szybko przebierają. Jasny szlag, jak ten proces składnie i seksownie idzie. Wieloletnia wprawa, kłanianie się na różnych deskach od wielkich estrad aż po małe stęchłe salki sprawiło, że dziewczynki mig, mig i już były w stylu kiss me. Mig, mig i przeobrażały się w american woman. Mig, mig i nareszcie stawały do finałówki koncertu, spotkajmy się jeszcze raz, na zdrowie panów, pomyślności. Zdrowie pani, żony, kochanki.
Kręciłem się po tych gwarnych naładowanych rują garderobach, po pokojach z lustrami, poznając po raz pierwszy estradę od zaplecza, od służbówki, od kuchni, od drugiej strony, od częstych przebieranek i tego całego bieganego rozgardiaszu typu show.

Daj pociągnąć sztacha, rzuca jedna artystka do drugiej, już lecę na estradę, za chwilę mój numer. Program, który na estradzie oglądali mieszkańcy nadgranicznego Zgorzelca i najbliższych okolic, dobiegał części finałowej. Tłum coraz głośniej skandował: Wydrzykowski, Wydrzykowski lepszy jest od Krystyny Loski! To znów krzyknął z mocą zagubiony w tłumie mój brygadzista zaproszony za dobrą pracę przez Radę Zakładową. Posiadacz sześciu wniosków racjonalizatorskich i jednego wdrożonego patentu. To odkrzyknęła zdrapanym falsetem ekspedientka sklepu spożywczego numer 24 (dostawa mleka do domu) zadowolona z życia, bo już po inwentaryzacji. To znów gwałtownym bekaniem straszył siedzących dokoła Józek Bałanda, chłop cały w tatuażach, jakby wyszytych na przedwojennym Singerze. Grający całymi dniami nad Nysą Łużycką w karty i w kości. Notoryczny mieszkaniec dolnośląskich domów odosobnienia, czyli kryminałów.

Krzyczą, wołają Swojego idola, wywołują na scenę, wabią zachęcająco pożądliwymi okrzykami.

Sław przebrany w afgańską upstrzoną koszulinę wypuszczoną swobodnie na spodnie, z połyskującą spinką wpiętą we włosy, wyszedł wreszcie w krąg jupiterów. Pokazał się przy ogłuszającym grzmocie oklasków przodowników, ekspedientek, umysłowych i kilku trójzmianowców takich jak ja. Zasiadł za oblepionym nalepkami organami Hammonda obstawionymi wirującymi głośnikami i nagle zabrzmiało: zumc fzz, trłank, siss, gzrłłł. Te dziwne elektroniczne dźwięki wydobywające się z głośników wnet zniewoliły siedzących na sali.

Sław na stojaka, w pozie muzycznego wieszcza, wyczyniał przewrotki muzyczne, melodyjne spięcia. Kiedy po tych ekwilibrystycznych ewolucjach włączyła własny drapieżny głos sala, jak przy figlu z kiszkami, szeroko rozwartymi oczyma wlepiała wzrok w sylwetkę migającą na estradzie. Postać opromienioną światłem kolorowych reflektorów. Pod niejedną ławką z tymi egzaltowanymi panienkami porobiły się kałuże sików. Niejeden doprasowany elegancik z zazdrością zaciskał co sił zbielałe palce na listwach ławki, na której siedział. Cisza i muzyka. Głos i brzękanie muchy z urywanymi skrzydłami. Krótki szloch i pełne wokalnej ekspresji westchnienie. Tak nastrojona była sala wypełniona mieszkańcami Miasta Pokoju. Taki byłem również ja, zasłuchany turoszowski trójzmianowiec. Wszystko wokół zawirowało. Sukces był ogromny.

Wieczorem w pokoju hotelu ,,Pod Orłem”, razem z ekipą wykonawców, siedziałem na parkiecie po turecku – jak większość. Sokiem pomarańczowym z puszki popijałem kolejne kieliszki gorzały. Sław z Jurkiem Kotem zmyli się na początku tego hotel party, ale na szczęście ostrocyca Jaśka w niedbałym stroju, ukazującym i to, i owo, była w doskonałym nastroju i kółeczko napełnionych kieliszków warkotało w akordowym tempie. W głowie groch mieszał się z kapustą. Ruchy ciała stawały się luźniejsze, gesty bardziej naturalne. Jeszcze jedna kolejka, znowu kółeczko. Było naprawdę ostatnio. Obraz tylko, jak w szerokokątnym obiektywie marki Canon, po bokach stawał się coraz bardziej mglisty, przesuwał zgodnie z ruchem gałki ocznej. Jaśce Duggan było coraz cieplej i coraz weselej. Rozpinała bluzkę w latynoskie kwiaty po jednym guziku na kolejkę. Pomimo że ściany w pokoju próbowały na moim ekranie zmieniać wymiary, dostrzegłem, patrząc na gwiazdę angielskiej piosenki, malinkę, kształtną, nabrzmiałą i ceglastą na kulistych końcówkach niewąskich balonów. Uwięzionych chwilowo w siatkowym biustonoszu. Dobrze byłoby, gdybym uwolnił rockową artystkę z cywilizowanego jarzma i zgodnie z naturą wypuścił te wielkie dwa gołębie na brzuch. Jeszcze jeden, dwa powiedzmy kieliszki i dokonam tej operacji.

Póki co jednak Halnyicki wzniósł popularny w wielu domach, chatach, mieszkaniach toast: No to chlup w ten głupi dziób, Jan Sebastian Bach, chluśniem – bo uśniem, walniemy do dna! Zgodnie z zapowiedzianymi toastami przechylałem kieliszek, posłusznie wykonując miłe dla ucha polecenie.
I nagle dziura. Postrzępione Orwo. Urwana Agfa.

Przez zasłony przebijał nieśmiały, wątły promyczek dziennego światła. Jednym, odklejonym z trudem okiem nie mogłem za wiele dojrzeć, chociaż wydawało się, że dzień rozpoczął się już na dobre. Potwierdzenie tego faktu było jednak trudne do ustalenia. Każdy ruch głową, ręką sprawiał, że młyńskie koło spadające na zbrojone szkło tworzyło hałas trudny do wytrzymania. Tylko leżenie bez ruchu wydawało się w miarę znośne, do wytrzymania. Próbowałem sobie przypomnieć, co działo się wczoraj, co robiłem. Zbierając do kupy całą wolę uniosłem ciało na łokciach i wzrokiem już przyzwyczajonym do aktualnego światła rozejrzałem się dookoła. Pozaznaczane szminką niedopałki, poprzewracane butelki, puszki po sokach, niedojedzone schnące kanapki z kurczącą się, pozwijaną w ósemkę kiełbasą, zgniecione pudełko po papierosach, kilka wyszmelcowanych palcami kieliszków, łyżeczki sponiewierane sałatką żydowską, rozpaćkana galaretka owocowa, pozostałości po nadjedzonym schabie i pokale z niedopitym piwem. Wyglądało to piwo jak poranne szczyny, takie do analizy w dobrze wyposażonym Ośrodku Zdrowia.

W takiej scenerii bezradny leżałem ja, turoszowski trójzmianowiec. Leżałem samotny, wsparty na łokciach, w niezamierzonej popartowej scenografii Andy Warhola. Najbliższym dotykalnym przyjacielem był rozpirzony pet i siki w szklanie. Ciepłe i obrzydliwe. Wszyscy i wszystko zniknęło.

Los. Nie jestem prawdziwym artystą. Życie. Jutro nie zasiądę znów w innym hotelu do podobnej balangi. Czas. Czas nie jest moim sprzymierzeńcem. Prawda. Prawda moja jest złudna jak dzisiejszy poranek.

Takie jest moje zasrane złudne życie turoszowskiego trójzmianowca.
Artysta.
Los.
Życie.
Czas.
Prawda.
Kolorowe jarmarki, blaszane zegarki, życie z tanią pozłotą.

Zdzisław Blues Smektała
501 40 40 64
bbd@bbd.pl

Zdjęciowe collage – Zdzisław Smektała

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *