Tag: 3. Eurodetektyw

Eurodetektyw

  • Powołanie Tadeusza Kościuszki?! – EuroDetektyw cz. 31

    Powołanie Tadeusza Kościuszki?! – EuroDetektyw cz. 31

    Zimowy Raptularz Zdzisława Smektały

    [youtube=http://www.youtube.com/watch?v=qBHIcRdi7LU&w=400&h=325]

    Czwartek, 3 dzień lutego 2011

    Publiczności żądna rasowego futbolu i sukcesów tubylczej kadry na krajowych i zagranicznych boiskach!

    Dzisiaj z felietonisty napełnionego kąśliwą sardonią przedzierzgnę się w napalonego szlachetnością społecznika. A czynię tak, bo grają larum. To ostatnia chwila, by wśród „prawdziwych” przyjaciół psy nie zjadły zająca. Aby tym przeznaczonym do konsumpcji zającem nie był zasłużony dla naszego Wrocławia klub Polonia. Dzisiaj w ustawicznym uwiądzie, wydający z siebie drgawki outsidera.

    Pamiętacie Tadka Kościuszkę, zdolnego napastnika dawnej Polonii. Tego, który przed laty poderwał krajową drużynę (z wieśniakami i ciurami) do boju, do walki na europejskich stadionach. Aby wreszcie poddać się Ruskim na grząskim boisku pod Maciejowicami (1794 rok). Tego wątku nie poruszył jeszcze w patriotyczny mowach Jarosław Kaczyński – ale i na to przyjdzie wkrótce czas. I oto ten Teddy, waleczny futbolista (grał także w zawodowej lidze amerykańskiej) miał pod tymi Maciejowicami powiedzieć znamienne słowa – Finis Poloniae. Koniec, kiszka, pomorek.

    Dzielnego wojownika Kościuszkę przywołałem do spraw wrocławskiej piłki nożnej z tego powodu, że za nieodległy czas owo Finis Poloniae będzie można z żalem zakrzyknąć z powodu gasnącego w oczach klubu Polonia Wrocław. Za kilka miesięcy inauguracja stadionu – maślickiej areny mistrzostw Europy. Będzie feta, białe koszule, gorące kiełbaski i „Mazurek Dąbrowskiego” – a w cieniu, za śmietnikiem kolosa – rachityczny kaszel.

    Ludności Miasta Sukcesu! W szczególności ta ze świeższymi peselami. Klub Polonia to filar sportowej powojennej tożsamości Wrocławia. Przebiegnijcie poniżej wzrokiem po historycznych datach istnienia Polonii. Klub powstał zaraz po wojnie, w roku 1946. Założyła go grupa pracowników Warsztatów Mechanicznych nr 9 (ZNTK) chcących naszemu miastu nadać pozory stabilizacji pionierskich lat odbudowy. Tak było do roku 1958, gdy zmieniono nazwę na istniejącą do dzisiaj – KKS Polonia Wrocław.



    Oto kilka klubowych dat:

    1946 – Warsztatowiec
    1947 – połączenie z kołem sportowym nr 9 z KS ODRA
    1958 – nowa nazwa KKS Polonia Wrocław

    Sekcje działające w klubie:

    1946 – Piłka Nożna
    1946 – Szachy
    1946–1962 – Boks
    1954–62 – Połączenie sekcji bokserskiej z KS Odra
    1948–1950 – Lekka Atletyka
    1947–1949 – Siatkówka kobiet i mężczyzn
    1963–1968 – Tenis stołowy
    1948–1950 – Piłka ręczna
    1947–1958 – Kolarstwo
    1956 – Hokej na trawie kobiet
    1973–1994 – Brydż sportowy
    1947–1952 –Turystyka
    1967–1968 – Siatkówka mężczyzn
    1991–1992 – Kick box

    Jak widać po datach istnienia poszczególnych sekcji, klub lata świetności ma już wyraźnie za sobą, ale i dzisiaj, w trudnych finansowych czasach, sportowcy Polonii są widoczni na sportowych arenach.

    Skupię się na piłce nożnej, co dla Wrocławia, gospodarza mistrzostw Europy, nie jest bez znaczenia. Narybek piłkarski, młodzi futbolowi entuzjaści mogliby być przecież przydatni w obsłudze EURO 2012. W Polonii młodych piłkarzy trenuje blisko pięćdziesięciu. Od kilku miesięcy juniorzy młodsi mają nowego trenera – Mariusza Rucińskiego, wychowanka Ślęzy Wrocław. Gościa, prawdziwego internacjonała, który grał między innymi w Bundeslidze, w lidze hiszpańskiej oraz szwajcarskiej. Ruciński ma dwóch asystentów – Adriana Nawłokę, który jest trenerem bramkarzy, oraz napastnika seniorów Polonii – Rafała Rybińskiego.

    Seniorzy tego zacnego klubu grają w klasie A i – uwaga, uwaga – w rundzie jesiennej 2010 roku nie odnieśli żadnej porażki (!!!). Są liderami tabeli, mają wielką szansę na awans do klasy wyższej.

    Jest więc realna szansa na stworzenie piłkarskiej społeczności, stworzenie klubu, który będzie bratał dzielnicową, ogólnowrocławską młodzież. Może z tego narybku wyrosnąć pożądany, sportowo rywalizujący partner Śląska. Na razie bowiem tylko Śląsk jest dotowany z budżetu miasta i ma pełne wsparcie władz.

    Dodajmy, że Polonia, która nie posiada własnego stadionu – uwaga, uwaga – za korzystanie z dawnych macierzystych obiektów Na Niskich Łąkach musi płacić. Płacić za boiska i hale, za transport i wyjazdy zawodników – także za udział w wysławiających Wrocław międzynarodowych turniejach. Te koszty pokrywają sponsorzy prywatni lub rodzice nieopierzonych zawodników. Ci właśnie ludzie opłacają też ryczałty sędziów, kupno sportowych strojów – bo te spłowiałe, zdekompletowane, leciwe klubowe wywołują na boiskach rywali salwy śmiechu. A to dla liderów tabeli na pewno nie jest mołojecką sławą.

    Tomasz Malec, dawniej znakomity pilot w samochodowych rajdach, dzisiaj jeden z najbardziej zaprzedanych fanów Polonii, powiedział mi tak:

    Jeżeli miasto nie chce Polonii pomagać finansowo – mówi się trudno. Ale przynajmniej niech nie utrudnia. Gdyby miasto oddało Polonii stadion przy Niskich Łąkach w bezpłatne użytkowanie – my potrafilibyśmy zarobić na obiekt, Miasto mogłoby jedynie pomóc w budowie bocznych boisk ze sztuczną murawą – jest na to miejsce na terenie. Nasze zdolne trawiaste hokeistki i młodsze grupy piłkarskie mogłyby się tam szkolić w godziwych warunkach. Ponadto miasto nie powinno wynajmować boisk piłkarskich do innych dyscyplin niż ich przeznaczenie. Rozstawianie na murawie namiotów, tratowanie nawierzchni kołami ciężkich samochodów – czynią z murawy błotowisko – a nie boisko. Obiekt jest zaniedbany – wygląda jak wiejskie pastwisko. Nie dosiewa się trawy, nie walcuje murawy – tutaj pańskie oko na pewno konia nie tuczy. Nie ze wszystkiego i nie za wszelką cenę urzędnicy powinni osiągać zyski. One w rezultacie, w dłuższej perspektywie, stają się stratami.

    Gorzkie to słowa fana Polonii. Tym bardziej gorzkie, że zawodnicy i przyjaciele klubu wierni są nazwie – Polonia Wrocław. Trenerzy prowadzą zajęcia bez honorarium. Seniorzy po niedawnym odejściu sponsora zadeklarowali się do dalszej gry bez wynagrodzeń. Juniorzy są dowożeni na mecze przez grupę przyjaciół prywatnymi samochodami. Czasem, gdy w osobówkach brak miejsc, podróżują śledziowo w pick-upach.

    Oto skrzeczące realia, oto los jednego z najbardziej ogorzałych klubów w historii powojennego Wrocławia. Miasto skupiło się na Euro – co jest zrozumiałe. Wielkie wydatki, goniące nieubłaganie terminy, przygotowanie miejskiej tkani na przyjazd tysięcy cudzoziemców. Klub Polonia więc to wodnista faramuszka w oceanie problemów i spraw bieżących. Ale warto już dzisiaj pomyśleć,kim i czym zapełnimy gigantyczny stadion, gdy mistrzowskie fanfary ucichną, gazety z krzyczącymi tytułami zżółkną, echa chwackich okrzyków ulecą rozwiane przez wiatr.

    Czy Czapka Taliba, jak nazywam nasz europejski stadion, wypełniany będzie wyłącznie przez rock’n’roll, klientów handlowej galerii Zygmunta Solorza, przez zjazdy Świadków Jehowy. A może zorganizujemy we Wrocławiu piłkarskie mistrzostwa Europy Kobiet w Bieliźnie. Pierwszą chętną wrocławiankę możecie zobaczyć na zdjęciu obok. Już przebiera nogami.

    Ale byłoby wskazane bardzo, gdyby w ważnym międzypaństwowym meczu decydującym o medalach zagrali także wychowankowie Polonii!

    Howgh!

    Zdzisław Smektała
    501 40 40 64
    bbd@bbd.pl

  • Narodziny Grzegorza Schetyny! – EuroDetektyw Cz. 30

    Narodziny Grzegorza Schetyny! – EuroDetektyw Cz. 30

    Zimowy Raptularz Zdzisława Smektały

    [youtube=http://www.youtube.com/watch?v=LWZGYdkCZ0s&w=400&h=325]

    Czwartek, 27. dzień stycznia 2011

    Mieszczański Narodzie Dumnego Wrocławia, okolic oraz oczywiście całego globu!
    Kąśliwy mój koleżka, pilny obserwator politycznej tektoniki, ostatnio kpi ze mnie niczym złotówka z dolara. Zarzucił mi, że przed laty dodałem swój akcept do popularyzacji wówczas ambitnego wilczka społecznych ruchów – Grzegorza Schetyny.

    A dzisiaj, w trudnym dla PO rozchwierutaniu spraw państwowych, ten drugi w kraju polityk, ambicjonalnie ukąsił w rękę partyjnego kumpla Donalda Tuska. Tak skutecznie, że szef Platformy wydał z siebie zdziwiony głos Cezara: dlaczego mi to robisz?!

    I trochę racji ten mój kąśliwy prześmiewca ma. W roku 1990 wrocławska Gazeta Wyborcza zwróciła się do Bogdana Zdrojewskiego, świeżego prezydenta Wrocławia i do mnie, codziennego czytanego, popularnego felietonisty, z pytaniem. Co sądzimy o narodzinach w Polandii nowej politycznej grupy – Kongresu Liberalno Demokratycznego? Obaj poparliśmy bez oporów ten byt, wydawało się wówczas bardzo energetyczny, pełen pomysłów na naszą tubylczą zagrodę. Byt w dużej części złożony z młodych nabuzowanych wizjonerów. We Wrocławiu wyłoniła się wówczas trójka liderów KLD – dobrzy kumple Grzegorz Schetyna i Jacek Protasiewicz (dzisiaj poseł w Europarlamencie) oraz biznesmen Zenon Michalak (stworzył PCS – sieć sklepów z elektroniką ). To właśnie dzięki temu ostatniemu kampania wrocławskich, nieopierzonych polityków była w finansowaniu mniej uciążliwa.

    1

    Bogdan Zdrojewski i ja byliśmy więc na Dolnym Śląsku pierwszymi publicznymi osobami, które w mediach, na łamach Wyborczej, wyraziły osobiste poparcie dla działań formacji do tej pory w Polsce nieobecnej, dalekiej od hierarchii ważniaków i partyjniactwa. Młodzi ci politycy ładnie wówczas podziękowali. A ja czułem, że spełniłem swój obowiązek wspierania zmian w kraju – w którym podnoszą z ziemi okruszek chleba przez uszanowanie (tęskno mi Panie).

    Grzegorza Schetynę dobrze wówczas pamiętałem z czasów NZS na wrocławskim uniwersytecie im. Bolesława Bieruta. Był jednym z organizatorów mojego spotkania ze studentami. Spotkania, a właściwie swoistej promocji mojej wydanej w podziemiu (inicjatywa Wydawnicza Aspekt) powieści „Chcica”. Sagi o stalinowskich latach pięćdziesiątych w Polskim Radiu Wrocław. Pięknie ją zilustrował Andrzej Czeczot. Było to pod koniec lat 80. Wydawnictwo Dolnośląskie, mimo dobrych recenzji wewnętrznych (między innymi krytyka Leszka Bugajskiego), bało się tę książkę wydać. Zatem uczyniła to „nielegalna” oficyna Aspekt.

    2

    Schetyna już wtedy – młokosem będąc – miał w studenckich masach posłuch. Lecz nie zachowywał się jak prosty trybun na rozognionej barykadzie – raczej jak Lew Trocki, beznamiętnie acz skutecznie.

    Potem, przez następne lata, przypatrywałem się ewolucji dzisiejszego marszałka sejmu. Czyniłem to z perspektywy felietonisty. Z palisady buntownika marszałek przemieszczał się w stronę świty apologetów, ręcznie tkanych arrasów i grubych wełnianych dywanów. I wówczas, na początku lat 90., w latach już Unii Wolności, jakaś wodzowska wypowiedź Schetyny skłoniła mnie do kąśliwego z lekka felietonu. Napisałem wówczas – między innymi – sardoniczny komentarz, że Grzegorz Schetyna jest politykiem „wybitnym”. A to także dlatego, że charakteryzuje się swoistym, zahaczającym o specjalistyczne badania, wytrzeszczem oczu. A także ciągłą obecnością zaschniętej śliny w kącikach warg.

    Ale się wówczas zadziało! Naczelny Gazety Wrocławskiej, kontynuatorki Gazety Robotniczej (w której pracowałem lat wiele) stawiał się poza redakcję na tak zwane rozmowy korygujące. Wynik ich musiał być dla ówczesnego posła zadowalający bowiem wydawca Gazety przeprosił na łamach Schetynę za mój tekst. Tak uczynił wydawca.

    Ja natomiast – a była wówczas w prasie demokracja i wolność o wiele większe niż dzisiaj – napisałem następny felieton. Odkurzyłem go z mojej książki „Dziennik”. Zaraz po tym jak marszałek sejmu w przemyślany makiaweliczny sposób ukąsił premiera Tuska.

    3

    A felieton układał się w zdania tak:

    Dzisiaj, na pisemne żądanie papugi posła Grzegorza Schetyny, moja redakcja przeprosiła tego gościa za obraźliwy ponoć fragment „Dziennika”. Ten, w którym opisuję wygląd zewnętrzny i społeczną postawę prominentnego członka Unii Wolności. Rozumiem decyzję mojego wydawcy, mojej redakcji. Wielomiesięczne (czasem wieloletnie) procesy sądowe, strata czasu, zajmowanie się przez szanowaną gazetę duperelami.

    Jednak ja, wrocławianin Zdzisław Smektała, nie zmieniam nawet przecinka w mojej opinii o Schetynie. Powiem więcej, moja opinia o tym polityku jest po wielokroć gorsza niż ta, którą ogłosiłem w „Dzienniku”. Dlatego mnie właśnie (a nie moją gazetę ) powinien Schetyna pozwać przed sąd. A wówczas starałbym się udowodnić, że jego wygląd i zachowanie, sposoby politycznej działalności, etyka, dalekie są od cywilizowanych wzorców.

    Normalnie osoba obrażana (jeśli tak uważa) pozywa dziennikarza, potem redakcję, na końcu dopiero wydawcę. To jest męskie załatwienie sprawy. Grzegorz Schetyna od razu poleciał na skargę do wydawcy. Czyli załatwił sprawę ponad głowami, ponad procedurami. Ja, na dole, jestem dla niego śmieciem. To też świadczy o technikach jego działania.

    4

    Gdy więc będziecie obserwować dzisiaj, jutro, a przede wszystkim pojutrze działalność tego polityka (z ciekawym znaczącym parauśmiechem nigdy nie schodzącym z jego twarzy) warto pamiętać o kpinach mojego kumpla, o całej publicznej drodze tego oryginalnego męża stanu, który do polityki poszedł na pewno po to wyłącznie – jak jego liczni koledzy – by zrobić wszystkim nam dobrze, a może nawet jeszcze lepiej. Howgh!

    Zdzisław Smektała
    bbd@bbd.pl
    www.bbd.pl

    Do fotografii dzielnie pozował Adaś Smektała – zdjęcia Ewa Dąbrowska

    5

    Grzegorz Juliusz Schetyna (urodzony 18 lutego 1963 w Opolu) – polski polityk i przedsiębiorca, z wykształcenia historyk. Poseł na Sejm III, IV, V i VI kadencji, w latach 2007–2009 minister spraw wewnętrznych i administracji oraz wicepremier w rządzie Donalda Tuska, w latach 2009–2010 przewodniczący klubu parlamentarnego Platformy Obywatelskiej. Od 8 lipca 2010 marszałek Sejmu RP oraz tymczasowo wykonujący obowiązki Prezydenta RP (do 6 sierpnia 2010).
    Syn Zbigniewa i Danuty Schetynów. Przed 1989 był działaczem opozycji antykomunistycznej, w tym Solidarności Walczącej. Początkowo studiował prawo, w 1990 ukończył historię na Wydziale Filozoficzno-Historycznym Uniwersytetu Wrocławskiego. Na uczelni był przez kilka lat przewodniczącym Niezależnego Zrzeszenia Studentów. Od 1988 przewodniczył Międzyuczelnianemu Komitetowi Strajkowemu NZS we Wrocławiu.

    Działalność polityczna w latach 1989–2010

    W 1989 wszedł w skład Ogólnopolskiego Komitetu Strajkowego NZS. Kwestionował ustalenia Okrągłego Stołu, zarzucając Lechowi Wałęsie nieuwzględnienie kwestii legalności NZS<6>. W latach 1990–1991 był dyrektorem Urzędu Wojewódzkiego we Wrocławiu, a w latach 1991–1992 wicewojewodą wrocławskim. Współtworzył Radio Eska na Dolnym Śląsku (razem z Rafałem Dutkiewiczem), był także właścicielem koszykarskiego klubu Śląsk Wrocław. W latach 1997–2007 sprawował mandat posła III, IV i V kadencji – początkowo z okręgu wrocławskiego, a od 2005 – z legnickiego. W wyborach parlamentarnych w 2007 został wybrany posłem VI kadencji, otrzymując 54345 głosów. Należał do KLD i Unii Wolności. Od 2001 działa w Platformie Obywatelskiej. Pełnił (w latach 2001–2003 i 2004–2010) funkcję sekretarza generalnego tego ugrupowania, a obecnie jest I wiceprzewodniczącym partii (od 2010) i szefem jej dolnośląskich struktur (od 2006). Od 16 listopada 2007 minister spraw wewnętrznych i administracji oraz wicepremier w rządzie Donalda Tuska. 7 października 2009 podał się do dymisji. Dwa dni później wybrany został szefem klubu parlamentarnego PO. Prezydent Lech Kaczyński odwołał go ze składu Rady Ministrów i zajmowanych urzędów dnia 13 października.

    Marszałek Sejmu

    5 lipca 2010 został ogłoszony kandydatem Platformy Obywatelskiej na stanowisko Marszałka Sejmu w miejsce Bronisława Komorowskiego, który zrezygnował z tej funkcji po wyborze na urząd Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej. 8 lipca 2010 roku, 277 głosami za, do 121 przeciw i przy 16 wstrzymujących się, został wybrany na marszałka Sejmu. W związku z wyborem na to stanowisko Grzegorz Schetyna z urzędu został również osobą tymczasowo wykonującą obowiązki Prezydenta RP. W ramach wykonywanych obowiązków 17 lipca 2010 wraz z prezydentem elektem Bronisławem Komorowskim gościł składających wizytę w Polsce z okazji 600. rocznicy bitwy pod Grunwaldem prezydent Litwy Dalię Grybauskaitė, prezydenta Rumunii Traiana Băsescu i pełniącego obowiązki prezydenta Mołdowy Mihaia Ghimpu oraz wielkiego mistrza zakonu krzyżackiego Brunona Plattera. 29 lipca 2010 spotkał się z przebywającą z wizytą w Polsce premier Słowacji Ivetą Radičovą. W ramach uzyskanych uprawnień 26 lipca 2010 po raz pierwszy podpisał sześć ustaw. Powołał także dwóch ministrów Kancelarii Prezydenta RP – Jaromira Sokołowskiego (12 lipca na stanowisko podsekretarza stanu) i Dariusza Młotkiewicza (1 sierpnia na stanowisko sekretarza stanu). 31 lipca 2010 roku, podczas uroczystości w Muzeum Powstania Warszawskiego, wręczył Ordery Odrodzenia Polski uczestnikom powstania. Ogółem przyznał 195 medali i odznaczeń, w tym 39 Orderów Odrodzenia Polski. Pełnienie tej funkcji zakończył 6 sierpnia 2010 z chwilą objęcia urzędu Prezydenta RP przez Bronisława Komorowskiego. 10 sierpnia 2010 wziął udział w spotkaniu prezydentów Polski i Czech na Śnieżce. Pierwsze trzy wizyty zagraniczne złożył w Niemczech, na Słowacji (udział w spotkaniu przewodniczących parlamentów Grupy Wyszehradzkiej) i w Chinach.

    Żródło – Wikipedia

    6

    Kongres Liberalno – Demokratyczny – krótki rys w zmysł

    KLD wywodził się z Gdańskiego Towarzystwa Społeczno-Gospodarczego „Kongres Liberałów”, nieformalnej organizacji powołanej dwa lata wcześniej, grupującej opozycjonistów skupionych wokół Jana Krzysztofa Bieleckiego, Donalda Tuska, Janusza Lewandowskiego i Jacka Merkla. Krajowa konferencja założyciela odbyła się 29 i 30 czerwca 1990, zaś ugrupowanie formalnie zarejestrowano 9 października tego samego roku. Na czele partii stanął Janusz Lewandowski. W wyborach prezydenckich liberałowie wsparli kandydaturę Lecha Wałęsy. Swój program KLD określił jako „pragmatyczny liberalizm”. Głosił potrzebę prywatyzacji i rozszerzenia zakresu działania wolnego rynku. Opowiadał się za integracją Polski ze strukturami zachodnimi, ostrożnie przeprowadzaną dekomunizacją oraz za neutralnością światopoglądową państwa.

    Lata 1991–1993

    Do marca 1991 partia działała jako część federacyjnego wówczas Porozumienia Centrum, które opuścili, gdy na bazie PC powstała jednolita formacja deklarująca nurt chadecki. W 1991 jednocześnie współtworzyła mniejszościowy rząd koalicyjny, na czele którego stał współzałożyciel partii, Jan Krzysztof Bielecki. W skład rządu weszli politycy Kongresu: Janusz Lewandowski (minister przekształceń własnościowych), Henryk Majewski (minister spraw wewnętrznych), Andrzej Zawiślak (przez krótki czas na stanowisku ministra przemysłu). Rzecznikiem prasowym Klubu Parlamentarnego został Andrzej Halicki, doradcą premiera ds. młodzieży Paweł Piskorski, a sprawami kobiet zajmowała się w rządzie Anna Popowicz. 19 maja 1991 nowym przewodniczącym partii został Donald Tusk.

    Wybory parlamentarne w 1991

    W wyborach parlamentarnych w 1991 KLD uzyskał 7,49% głosów (hasło wyborcze: „Ani w prawo ani w lewo, tylko prosto do Europy”) i zdobył 37 miejsc w Sejmie oraz 5 w Senacie. Relatywnie dobry wynik partia zawdzięczała osobistej popularności premiera Jana Bieleckiego, który uzyskał najlepszy indywidualny wynik w kraju (ponad 100 tys. głosów w Warszawie). Po wyborach Kongres znalazł się w tzw. piątce partii prawicowych, które przy wsparciu NSZZ „S” i PSL, utworzyły nieformalną koalicję, co pozwoliło obsadzić prezydia Sejmu i Senatu. Ostatecznie jednak liberałowie nie weszli do rządu Jana Olszewskiego, pozostając wraz z Unią Demokratyczną w opozycji. Powodem odrzucenia współpracy rządowej z PC były różnice w programie gospodarczym oraz stosunku do reform Leszka Balcerowicza.

    Rząd Hanny Suchockiej

    Po odwołaniu gabinetu Jana Olszewskiego i nieudanej misji sformowania rządu podjętej przez Waldemara Pawlaka, Kongres wszedł w skład koalicji popierającej rząd Hanny Suchockiej. W połowie 1992 do klubu parlamentarnego KLD przyłączyli się posłowie Polskiego Programu Gospodarczego i kilku prorządowych posłów PC (skupionych wokół Jerzego Eysymontta). Wspólna frakcja przyjęła nową nazwę, Polski Program Liberalny. W nowym gabinecie z ramienia liberałów zasiedli jako ministrowie Janusz Lewandowski, Krzysztof Kilian, Jan Krzysztof Bielecki i Andrzej Arendarski, zaś w randze wiceministrów m.in. Michał Boni. Z nadania PPG do rządu wszedł Zbigniew Eysmont. Jednym z osiągnięć programowych Kongresu w czasie trwania tej koalicji było przyjęcie przegłosowanego w Sejmie Programu Powszechnej Prywatyzacji.

    Wybory parlamentarne w 1993

    W wyborach parlamentarnych w 1993 liberałowie uzyskali 3,99% głosów, nie przekraczając wynoszącego 5% progu wyborczego. Jedyny mandat w Senacie z ich ramienia uzyskał dotychczasowy poznański parlamentarzysta, Wojciech Kruk. KLD tracił poparcie w związku z wspieranymi przez siebie i wówczas niepopularnymi społecznie reformami gospodarczymi (w tym programem prywatyzacji), a także oskarżeniami kilku jego parlamentarzystów o korupcję (hasło „liberałowie-aferałowie”). Do słabego wyniku przyczyniło się też powstanie BBWR, który odebrał KLD część elektoratu, a także wezwanie Unii Demokratycznej, by w obliczu przewidywanego zwycięstwa „populistycznych” SLD i KPN „głosować na silnych”. Negatywnie oceniano też kampanię wyborczą prowadzoną pod hasłem „milion nowych miejsc pracy”.

    Powstanie Unii Wolności

    W dniach 23 – 24 kwietnia 1994 na kongresie zjednoczeniowym doszło do połączenia KLD z Unią Demokratyczną. Powstała wówczas nowa partia, Unia Wolności, której wiceprzewodniczącym został Donald Tusk.

    Źródło – Wikipedia

    Drogie dorosłe dzieci! Co było potem w tej bajce o dobrotliwym władcy naszej krainy? Wiecie przecież doskonale. A jeśli nie wiecie – natychmiast włączcie telewizor, radio albo lodówkę. Wszędzie będzie to samo.

  • Maryla Rodowicz za trzy paszporty! – EuroDetektyw cz. 29

    Maryla Rodowicz za trzy paszporty! – EuroDetektyw cz. 29

    Zimowy Raptularz Zdzisława Smektały

    Czwartek, 20. dzień stycznia 2011 – wiosna chwilowo się wycofała!

    W publicznej przestrzeni rozwija się w niezbornym męczącym szyku wojna polsko-polska. Hańby, zaprzaństwa, smoleńskie kłamstwa oplatające katastrofę prezydenckiego samolotu bulgoczą w gardłach najaranych „polityków” niczym w pijackim widzie. Szlagoneria chwilowo triumfuje, pluje, pluje, pluje. Przy behawioralnej posłance Beacie Kempie (pochodzącej z Sycowa) ujadania podgolonych głów morgowej szlachty dawnych sejmów brzmią jak cytaty z kodeksu Boziewicza. Przewiduję jeszcze kilka miesięcy spędzonych przy partaninie, pyskówkach. Kilka miesięcy – czyli do najbliższych wyborów. Po tym terminie duża część spienionej żulii – za sprawą rozumnych wyborców – powróci do przysiółków i zagród – jak uczynił to nieodwracalnie hoplita trywialności – Andrzej Lepper.

    Obok tego teatru smoleńskiej nienawiści równolegle dzieje się w Polandii sztuka Józka Ignaca Kraszewskiego – Stara Baśń. To społeczna saga o emeryturach Polaków, które w przyszłości na pewno będą coraz mniejsze!!! Daję Wam słowo honoru. Moi rodacy płci obojga podczas seksualnej mitręgi – nie tylko w pościeli – przesadzają z nadmiernym używaniem pigułek, prezerwatyw oraz metody Carezza. Kto więc – przy usychającym strumieniu nowo narodzonych dzieci – będzie pracował na matuzalemów? ZUS za lat plus minus dwadzieścia poniesie klęskę bankructwa. Dobrze, jeśli z OFE po kilkunastu latach oszczędzania wyciągniemy tyle przynajmniej, ile tam wpłaciliśmy, bo na zyski nie ma co liczyć. Nawet jeśli tego OFE broni gość, któremu ufam – Leszek Balcerowicz.

    Sprzeciwia się redukcji drugiego filaru ubezpieczeń społecznych. Były szef NBP odrzucił też argument, jakoby dzięki ograniczeniu OFE można było uzdrowić publiczne finanse. Jego zdaniem potrzebne jest przyspieszenie prywatyzacji i racjonalizacja wydatków publicznych, a nie grzebanie przy OFE. Racja w tym jakaś jest, gdyż na finansowych rynkach całej Europy pojawiają się schody. Narodowe bankructwo zionie strachem w wielu krajach globu. Największe ryzyko państwowego upadku grozi oto takim skądinąd interesującym krajom:

    1. Grecja – 58,8 proc. prawdopodobieństwa niewypłacalności
    2. Wenezuela – 51,4 proc.
    3. Irlandia – 41,2 proc.
    4. Portugalia – 35,9 proc.
    5. Argentyna – 35,4 proc.
    6. Ukraina – 30,6 proc.
    7. Hiszpania – 26,7 proc.
    8. Dubaj – 25,5 proc.
    9. Węgry – 23,6 proc.
    10. Irak – 23,1 proc.

    Polska z wynikiem 9,8 procent sytuuje się pomiędzy Rosją (10 proc.) a Turcją (9,6 proc.), więc możemy jeszcze chwilę oddychać swobodniej. Ale na pewno nie przez długie błogie lata.

    Czy zatem czeka nas pomorek, kiszka, popelina, wycieczki na śmietniki oraz stanie w łachmanach w podziemnym przejściu przy ulicy Świdnickiej? Nie – ale pod warunkiem, że przedzierzgniecie się w szmirusowatych artystów. To specyficzna kasta, która małym trudem zdobywa porządną kasę, ma wokół siebie dostatek pączków w maśle. Można być pijanym, rzęzić ze sceny, spóźnić się na koncert godzinę, śpiewać z półplejbeku, wyciskać na estradach jeden przebój przez dziesięć lat – a i tak należy się za tandetę niewspółmiernie wysoka kasa. W Polandii lud uwielbia pokolorowane seriale, tandetę i kicz. Więc celebryccy estradowcy oferują takie właśnie produkty. Tubylczy szoł biznes coraz częściej nazywany jest paszoł biznesem i trafność tego terminu nie wymaga najmniejszych wyjaśnień.

    Oglądałem wczoraj przed północą telewizyjną transmisję z wręczenia młodym, naprawdę zdolnym artystom Paszportów Polityki. Ta nagroda za nowatorstwo, za artystyczną odwagę, upór w obalaniu średniactwa wyniosła 20 tysięcy złotych. Tyle, od lat grzejąc przenicowaną na wszystkie strony piosenkę o kobietach, które nie wybaczają, bierze niedawny maturzysta Kasa Kasowski.

    Przyszli oraz obecni emeryci (oraz renciści) – jesteście solą tej ziemi, tej ziemi! Nie oddawajcie tak łatwo sparciałych cum swojego życia. Proszę – trzymajcie się od śmietników z daleka! W sklepach spożywczych nie patrzcie na metki z cenami! Zamawiajcie w ostatnich mlecznych barach bogatą podwójną porcję sowieckich pierogów – cokolwiek to znaczy! I – uwaga, uwaga – z marszu ruszcie na podbój polskiego paszoł biznesu! Byt w smudze cienia zapewniajcie sobie bez łachy państwa. Ono nie daje bułek z masłem. Państwo – przez swoje agendy – może Was wyłącznie wykolegować i złupić. Wierzcie, że sporo artystów już pod siedemdziesiątkę (!!!) zarabia w jedną godzinę – 50 tysięcy złotych! Czyli Waszą czteroletnią egzystencjalną krwawicę – ekwiwalent pracy przez całe dorosłe życie!

    Aby nie być bajkopisarzem – specjalnie dla Was – zdobyłem w miarę kompletną listę honorariów polskiej rozrywkowej sceny – jak to teraz modnie mówią – mainstreamowej. Zwróćcie szczególną uwagę na to, że wykonawcy będący aktualnie na topie nie podają konkretnych kwot za swoje usługi. Działają z rozmysłem! Nie chcą Was wkurzać do cna, do spodu. Podają sprytny zwrot – cena do negocjacji.

    A zatem – weźcie kilka tabletek relanium, popijcie kranówą i paście zmęczone oczy kwotami, o których możecie śnić po spożyciu halucynogennego szczecińskiego paprykarza – ponoć i ten „specjał” produkują już w Chinach! Lektura naprawdę ciekawa!
    Howgh!

    Zdzisław Blues Smektała
    501 40 40 64
    bbd@bbd.pl

    Czarno-białe zdjęcia wykonała młoda zdolna wrocławska artystka – Ewka Służyńska

    Na fotografiach pozuje – młoda zdolna wrocławska plastyczka, scenografka – Hania Glegoła.

    Artyści estradowi na start!

    2 PLUS 1
    cena od: 13500 zł

    Alosza AWDIEJ EW
    cena od: 15000 zł

    BAJM
    cena od: 55000 zł

    Hanna BANASZAK
    cena od: 18000 zł

    Ewa BEM
    cena negocjowana

    Adrianna BIEDRZYŃSKA
    cena od: 6000 zł

    Danuta BŁAŻEJCZYK
    cena od: 5000 zł

    Stan BORYS
    cena od: 13500 zł

    BU DKA SUFLERA
    cena negocjowana

    Andrzej CIERNIEWSKI
    cena od: 9000 zł

    Krystyna GIŻOWSKA
    cena od: 6000 zł

    Gabi GOLD (asysta Tadeusza Drozdy)
    cena od: 5000 zł

    HAPPY END
    cena od: 8000 zł

    Robert JANOWSKI
    cena negocjowana

    Irena JAROCKA
    cena od: 10000 zł

    Anna Maria JOPEK
    Cena negocjowana

    Anna JURKSZTOWICZ
    cena od: 13000 zł

    KACZKI Z NOWEJ PACZKI
    cena od: 5000 zł

    KAPELA STAŚKA WIELANKA
    cena negocjowana

    Wojciech KORDA
    cena od: 8500 zł

    NO TO CO
    cena od: 10000 zł

    Darek NOWICKI
    cena od: 5000 zł

    PARTITA
    cena od: 8500 zł

    POD BUDĄ
    cena negocjowana

    Jerzy POŁOMSKI
    cena od: 9500 zł

    Krystyna PROŃKO
    Cena negocjowana

    RAZ DWA TRZY
    cena od: 37000 zł

    Maryla RODOWICZ
    cena od: 55000 zł

    Andrzej ROSIEWICZ
    cena od: 8000 zł

    Robert ROZMUS
    cena od: 14000 zł

    CZERWONE GITARY
    cena od: 27000 zł

    Bernard DORNOWSKI (założyciel Czerwonych Gitar)
    cena od: 10000 zł

    Urszula DUDZIAK
    cena od: 18000 zł

    Magda DURECKA
    cena od: 4000 zł

    ELENI
    cena od: 17000 zł

    Halina FRĄCKOWIAK
    cena od: 8000 zł

    Piotr GĄSOWSKI (kabaret)
    cena negocjowana

    Wojciech GĄSSOWSKI
    cena od: 8500 zł

    Edyta GEPPERT
    cena od: 18000 zł

    Krzysztof KRAWCZYK
    cena od: 28000 zł

    Halina KUNICKA
    cena od : 7000 zł

    KWARTET RAMPA
    cena od: 8000 zł

    Janusz LASKOWSKI
    cena od: 9000 zł

    Joanna LISZOWSKA
    cena od: 14000 zł

    Alicja MAJ EWSKA
    cena od: 8000 zł

    Bogusław MEC
    cena od: 7500 zł

    Michał MILOWICZ
    cena od: 9500 zł

    MONA LISA
    cena od: 4000 zł

    Piotr RUBIK
    cena negocjowana

    Andrzej RYBIŃSKI
    cena od: 6000 zł

    Ryszard RYNKOWSKI
    cena od: 37000 zł

    Rudi SCHUBERTH
    cena od: 20000 zł

    Maja i Andrzej SIKOROWSCY
    cena od: 14000 zł

    SKALDOWIE
    cena od: 22000 zł

    Katarzyna SKRZYNECKA
    cena od: 14000 zł

    Zdzisława SOŚNICKA
    cena od: 7000 zł

    Stanisław SOYKA
    cena od: 13000 zł

    Lidia STANISŁAWSKA
    cena od: 3500 zł

    Lora SZAFRAN
    cena negocjowana

    Mieczysław SZCZEŚNIAK
    cena od: 15500 zł

    Hanna ŚLESZYNSKA
    cena od: 15000 zł

    Renata ŚWIERCZYŃSKA
    cena negocjowana

    TERCET CZYLI KWARTET
    cena od: 27000 zł

    TERCET EGZOTYCZNY
    cena od: 15000 zł

    Izabela TROJANOWSKA
    cena od: 13000 zł

    TRUBADURZY
    cena od: 14000 zł

    TRZECI ODDECH KACZUCHY
    cena od: 4500 zł

    VOX
    cena od: 15000 zł

    WANDA I BANDA
    cena od: 12000 zł

    WAWELE
    cena od: 9000 zł

    Grzegorz WILK & Jarek WEBER
    cena od: 15000 zł

    Zbigniew WODECKI
    cena od: 25000 zł

    Tadeusz WOŹNIAK
    cena od: 11500 zł

    KOMETY
    cena od: 5000 zł

    Kasia KOWALSKA
    cena od: 33000 zł

    Andrzej KRZYWY
    cena negocjowana

    KSU
    cena od: 10000 zł

    Natalia KUKULSKA
    cena od: 27000 zł

    Michał KWIATKOWSKI
    cena negocjowana

    LADY PANK
    cena od: 47000 zł

    Natalia LESZ
    cena od: 24000 zł

    LESZCZE
    cena od: 25000 zł

    LIPALI
    cena od: 14000 zł

    Anita LIPNICKA

    cena negocjowana

    LOMBARD
    cena od: 20000 zł

    LOV
    cena od: 5000 zł

    ŁZY
    super cena – zadzwoń!!!

    MAANAM
    cena od: 38000 zł

    MAFIA
    cena od: 8000 zł

    Tomek MAKOWIECKI
    cena od: 14000 zł

    Sebastian MAKOWSKI
    cena od: 5000 zł

    Maciek MALEŃCZUK
    cena negocjowana

    MANCHESTER
    cena od: 13000 zł

    Patrycja MARKOWSKA
    cena od: 38000 zł

    MIKROMUSIC
    cena od: 9000 zł

    MOSQITOO
    cena od: 6500 zł

    MR POLLACK
    cena od: 4000 zł

    MR ZOOB
    cena od: 8000 zł

    MROZU
    cena od: 14000 zł

    MUNIEK
    cena od: 43000 zł

    MYSLOWITZ
    cena negocjowana

    NATU (Natalia Przybysz)
    cena negocjowana

    NEGATYW
    cena od: 12000 zł

    NO! NO! NO!
    cena od: 10000 zł

    NORBI
    cena od: 10500 zł

    Kasia NOVA
    cena od: 8500 zł

    OCEAN
    cena od: 10000 zł

    ODDZIAŁ ZAMKNIĘTY
    cena od: 22000 zł

    Tatiana OKUPNIK
    cena negocjowana

    Małgorzata OSTROWSKA
    cena od: 20000 zł

    Janusz PANASEWICZ
    cena negocjowana

    PAPA D
    cena od: 24000 zł

    PAULLA
    cena od: 12000 zł

    PECTUS
    cena od: 33000 zł

    PERFECT
    cena od: 58000 zł

    Andrzej PIASECZNY
    cena od: 38000 zł

    PIERSI
    cena od: 38000 zł

    PIN
    cena od: 30000 zł

    PINNAWELA (Paulina Przybysz)
    cena od: 14000 zł

    PLASTIC
    cena od: 10000 zł
    PLATEAU
    cena od: 20000 zł

    POLUZJANCI
    cena od: 14000 zł

    POGODNO
    cena negocjowana

    PROLETARYAT
    cena od: 9500 zł

    Renata PRZEMYK
    cena od: 20000 zł

    PTAKY
    cena od: 14000 zł

    PUDELSI
    cena od: 13000 zł

    PUSTKI
    cena od: 10000 zł

    Marcin ROZYNEK
    cena od: 16000 zł

    RÓŻE EUROPY
    cena od: 13500 zł

    SAMI
    cena od: 12000 zł

    SASHA
    cena od: 17000 zł

    SEX BOMBA
    cena od: 7500 zł

    Sidney POLAK
    cena od: 18000 zł

    Maciej SILSKI
    cena od: 10000 zł

    SILVER ROCKET
    cena od: 12000 zł

    SKANGUR
    cena od: 7000 zł
    SNY
    cena od: 5000 zł

    Hania STACH
    cena od: 8000 zł

    STACHURSKY
    cena od: 33000 zł

    Kasia STANKIEWICZ
    cena negocjowana

    STAUROS
    cena od: 12000 zł

    Justyna STECZKOWSKA
    cena negocjowana

    POCAHONTAZ
    cena od: 7000 zł

    GRUPA OPERACYJNA
    cena od: 8000 zł

    IMPULSYWNI
    cena od: 5000 zł

    JEDEN OSIEM L
    cena od: 10000 zł

    LEREK
    cena negocjowana

    Magda STECZKOWSKA
    cena od: 12000 zł

    STRACHY NA LACHY
    cena negocjowana

    SUMPTUASTIC
    cena od: 19000 zł

    Ania SZARMACH
    cena od: 10000 zł

    SZTYWNY PAL AZJI
    cena od: 14000 zł

    THE CUTS
    cena negocjowana

    T. LOVE
    cena od: 50000 zł

    TRES. B
    cena od: 6500 zł

    TSA
    cena od: 15000 zł

    UNIVERSE
    cena od: 12000 zł

    Natasza URBAŃSKA
    cena od: 38000 zł

    URSZULA
    cena od: 35000 zł

    VARIUS MANX
    cena od: 38000 zł

    LIBER I DONIU
    cena od: 14000 zł

    MEZO
    cena od: 14000 zł

    MOLESTA
    cena od: 7000 zł

    NOWATOR
    cena od: 8000 zł

    O.S.T.R.
    cena od: 27000 zł

    VIDEO
    cena od: 18000 zł

    VOLVER
    cena od: 27000 zł

    V00 V00
    cena negocjowana

    Iwona WĘGROWSKA
    cena od: 14000 zł

    Kasia WILK
    cena od: 17000 zł

    WILKI
    cena od: 58000 zł

    Ania WIŚNIEWSKA
    cena od: 14000 zł

    Agnieszka WŁODARCZYK
    cena od: 14000 zł

    Bartek WRONA
    cena od: 12000 zł

    Szymon WYDRA
    cena od: 28000 zł

    Ania WYSZKONI
    cena od: 33000 zł

    Łukasz ZAGROBELNY
    cena od: 22000 zł

    ZŁE PSY
    cena od: 12000 zł

    PEJA
    cena od: 7000 zł

    AFROMENTAL
    cena od: 33000 zł

    AKURAT
    cena od: 13000 zł

    Gosia ANDRZEJEWICZ
    cena od: 13000 zł

    AN-KARA
    cena od: 7500 zł

    ATRAKCYJNY KAZIMIERZ
    cena od: 15000 zł

    BIG DAY
    cena od: 14000 zł

    BIG CYC
    cena negocjowana

    BLENDERS
    cena od: 15000 zł

    BLUE CAFE
    cena od: 37000 zł

    BLUES DRIVE
    cena od: 5000 zł

    ALA BORATYN|
    cena od: 10000 zł

    BRACIA
    cena od: 22000 zł

    MONIKA BRODKA
    cena od: 26000 zł

    KASIA CEREKWICKA
    cena od: 26000 zł

    ARTUR CHAMSKI
    cena od: 13500 zł

    CHYLIŃSKA
    cena od: 48000 zł

    COMA
    cena od: 30000 zł

    COOL KIDS OF DEATH
    cena od: 10000 zł

    CZARNO CZARII
    cena negocjowana

    DE MONO
    cena negocjowana

    DEPRESS
    cena od: 17000 zł

    DODA
    cena od: 43000 zł

    DŻEM
    cena od: 47000 zł

    ELEKTRYCZNE GITARY
    cena od: 27000 zł

    EMIGRANCI
    cena od: 8000 zł

    ENEJ
    cena od: 5000 zł

    FARBA
    cena od: 9500 zł

    EWA FARNA
    cena od: 36000 zł

    FEEL
    cena od: 44000 zł

    Magda FEMME
    cena od: 14000 zł

    GABRIEL FLESZAR
    cena od: 10000 zł

    Ewelina FLINTA
    cena negocjowana

    FORMACJA NIEŻYWYCH SCHABUFF
    cena od: 27000 zł

    GANDAHAR
    cena negocjowana

    ROBERT GAWLIŃSKI
    cena od: 48000 zł

    GOLDEN LIFE
    Qfll od: 17000 zł

    GOYA
    cena od: 20000 zł

    EDYTA GÓRNIAK
    cena negocjowana

    HABAKUK
    cena od: 8000 zł

    HAPPYSAD
    cena od: 30000 zł

    HARLEM
    cena od: 14000 zł

    HURT
    cena od: 14000 zł

    ICH TROJE
    cena od: 43000 zł

    INDIOS BRAVOS
    cena od: 18000 zł

    IRA
    cena od: 38000 zł

    JAMAL
    cena od: 16000 zł

    ALICJA JANOSZ
    cena od: 9000 zł

    Reni JUSIS
    cena od: 18000 zł

    KAPITAN NEMO
    cena od: 10000 zł

    K.A.S.A.
    cena od: 17000 zł

    KASHMIIR
    cena negocjowana

    KAYAH
    cena od: 43000 zł

    KRZYSZTOF KILJAŃSKI
    cena od: 10000 zł

    KINDLA
    cena od: 10000 zł

    Kasia KLICH
    cena od: 16000 zł

    KOBRANOCKA
    cena od: 17000 zł

    KOMBI
    cena od: 47000 zł

  • J. D. Salinger – Strażnik Zboża Życia – EuroDetektyw cz. 28

    J. D. Salinger – Strażnik Zboża Życia – EuroDetektyw cz. 28

    Zimowy Raptularz Zdzisława Smektały

    [youtube=http://www.youtube.com/watch?v=j6nC4KDLPuQ&w=400&h=325]

    Czwartek, 13 dzień (o cholera) stycznia 2011 – Okoliczna Ludność choruje – I ja z ludnością choruję solidarnie!

    Za tydzień z okładem (22 stycznia) minie pierwsza rocznica śmierci giganta literatury – Jerome Salingera. Spod jego to pióra (maszyny do pisania?), w roku 1951, sześćdziesiąt lat temu wyszła (urodziła się?) jedna z najważniejszych książek ostatniego stulecia. Powieść „Buszujący w zbożu”, która od dnia debiutu zyskała sławę kontrowersyjnej, lecz stała się globalnym bestsellerem. Mimo języka, uznanego początkowo za niecenzuralny, oraz poruszania trudnych tematów, jak prostytucja i alkohol, w latach 50-60. powieść była na drugim miejscu wśród najczęściej omawianych lektur w amerykańskich szkołach średnich.

    W latach 60., latach małego polskiego realizmu spod znaku Władysława Gomułki, rozpalała do czerwoności także młodziaków polskich potwierdzając snadnie myśl uporczywą, że egzystencjalne życie i marzenia nastolatków nie zależą od politycznego ustroju, geograficznej szerokości. Zależą, prawie wyłącznie, od feromonów i adrenaliny.

    Warto więc – 60. lat po premierze – przypomnieć o istnieniu chłopaka o nazwisku Caulfield, o Holdenie. Sądzę nawet, że dzisiejsi kilkunastolatkowie i plus, zalewani medialnym szkwałem, gównem kosmicznej tandety, naskórkowego życia w urojeniu telewizji, doskonale odczytają przesłanie tej bardzo prawdziwej historii.

    Niebieski kabriolet Johna Lennona - postaci ważnej dla książki Salingera - w tym tygodniu zostało wystawione na aukcję

    John Lennon

    Bohaterem powieści jest siedemnastoletni Holden Caulfield, który opowiada o swojej kilkudniowej ucieczce ze szkoły do Nowego Jorku. W Polsce powieść została po raz pierwszy wydana przez wydawnictwo ISKRY w 1961.

    Chapman

    Mark David Chapman, który zamordował w roku 1980 Johna Lennona, miał przy sobie tę książkę, gdy został aresztowany tuż po dokonaniu morderstwa, a John Hinckley Junior, który w roku 1981 próbował zastrzelić prezydenta Ronalda Regana, miał obsesję na punkcie tejże książki.

    Manhattan

    Autor „Buszującego…” urodził się pierwszego dnia 1919 roku, jako syn Sola Salingera, polskiego Żyda, sprzedawcy koszernego sera, i jego żony Marie z domu Jillich, o korzeniach szkocko-irlandzkich. Marie Salinger zmieniła później imię na Miriam. Miał starszą siostrę Doris (1911-2001). Uczęszczał do szkół publicznych na Manhattanie, w 9. i 10. klasie do prywatnej McBurney School. Jako uczeń grał w szkolnych przedstawieniach i wykazywał w tym kierunku pewien talent, jednak ojciec sprzeciwiał się planom syna zostania aktorem.

    University NY

    Po ukończeniu szkoły wstąpił do Valley Forge Military Academy w Wayne w Pensylwanii. W tym czasie zaczął więcej pisać. W 1936 r. rozpoczął naukę na New York University, zamierzał studiować pedagogikę specjalną.

    Bydgoszcz

    Wiosną 1937 roku przerwał jednak studia, a na jesieni tego roku ojciec wysłał go do Wiednia, gdzie miał zapoznać się z przemysłem i importem mięsa.

    Uwaga, uwaga – akcent polski w życiu słynnego pisarza!!!

    Jesienią i zimą 1937/1938 roku pracował w ubojni w Bydgoszczy. Ten okres swojego życia opisał w 1944 roku następująco.:

    „W wieku osiemnastu, dziewiętnastu lat, rok przesiedziałem w Europie… większość czasu w Wiedniu, choć musiałem też terminować w przetwórni szynek w Polsce…

    Ostatecznie na parę miesięcy wylądowałem w Bydgoszczy, gdzie mordowałem świnie i pchałem lory przez śnieg w towarzystwie grubego majstra, który nieustannie zabawiał mnie strzelaniem ze swej śrutówki do wróbli, do żarówek i do kolegów z pracy. Mnie oszczędził”.

    W latach 1942 do 1946 służył w wojsku i brał udział w desancie normandzkim.

    Rozgłos

    Zaczął pisać w wieku 15 lat, a jego opowiadania ukazywały się w wielu czasopismach. Jego jedyna powieść „Buszujący w zbożu” opowiada o trzech dniach z życia szesnastoletniego chłopca, który pragnie odnaleźć się w skomplikowanym świecie. Akcja rozgrywa się w Nowym Jorku przed Bożym Narodzeniem.

    Powieść ta przyniosła mu rozgłos i sławę, od której uciekł do niewielkiej miejscowości Cornish, w stanie New Hampshire w USA, gdzie prowadził życie samotnika. Nadal pisał, ale nic nie publikował.

    New Yorker

    W roku 1999, po 34 latach milczenia opublikował w czasopiśmie The New Yorker swoją powieść „Hapworth 16, 1924”, która jeszcze nie ukazała się w postaci książki. Ma ją opublikować niewielkie wydawnictwo Orchises Press. W roku 1972 Joyce Maynard, młoda początkująca wówczas pisarka, z którą Salinger był związany przez rok, wystawiła jego listy na aukcję. W 2000 roku Margaret Salinger, córka Salingera i jego drugiej żony Claire Douglas, wydała książkę o ojcu pt. „Dream Catcher: A Memoir”, w której przedstawiła go w niekorzystnym świetle. Syn Salingera – Matt – jest aktorem.

    Dziewięć opowiadań

    Inne utwory tego autora to zbiory opowiadań: „Dziewięć opowiadań” (1953, wydanie polskie 1964), „Franny i Zooey” (1961, wydanie polskie 1966), „Wyżej podnieście strop, cieśle. Seymour: Introdukcja” (1963, wydanie polskie 1966). Bohaterami jego utworów są młodzi ludzie poszukujący sensu życia, miłości, nadziei.

    W 1965 roku Salinger podjął decyzję o zaprzestaniu działalności literackiej. Salinger przez całe życie zajmował się buddyzmem. Zmarł z przyczyn naturalnych 27 stycznia 2010 r. w swoim domu w Cornish w stanie New Hampshire. Miał 91 lat!

    Myśli Jerome Salingera – Sam jestem, samotny z sobą samym…
    Opracowanie – Zdzisław Smektała

    L

    Lepiej nikomu nic nie opowiadajcie. Bo jak opowiecie – zaczniecie tęsknić.

    J

    Jeżeli ktoś umarł, to jeszcze nie powód, żeby go przestać lubić, zwłaszcza jeżeli to był ktoś tysiąc razy sympatyczniejszy niż inne znajome osoby, które żyją.

    S

    Stale muszę powtarzać: „Bardzo mi przyjemnie…” facetom, z którymi spotkanie wcale mi nie robi przyjemności. Ale jeżeli chcesz, bracie, żyć, musisz te komedie nieustannie odgrywać.

    L

    Ludziom zawsze się zdaje, że wiedzą całą prawdę. Co do mnie, gwiżdżę na to, ale nieraz już mnie nudzi, kiedy powtarzają mi wszyscy w kółko, żebym pamiętał o swoim wieku. Czasem przecież postępuję, jakbym był znacznie starszy niż jestem – słowo daję! Ale tego ludzie nigdy nie zauważają.

    J

    Jeśli ktoś przyłapie kogoś, co buszuje w zbożu…

    N

    Nigdzie człowiek nie znajdzie przyjemnego, spokojnego miejsca, bo nie ma takiego miejsca na świecie. Możesz się łudzić, że gdzieś taki kąt jest, ale jeżeli tam wreszcie dotrzesz, ktoś wśliźnie się korzystając z chwili twojej nieuwagi i wypisze ci na ścianie tuż pod nosem jakieś plugastwo.

    A

    Aktorzy na scenie nie zachowują się wcale tak jak prawdziwi ludzie. Tylko im się zdaje, że to umieją. Niektórym, tym najlepszym, w pewnym stopniu to się udaje, ale nie na tyle, żeby mnie porwać. Bo jeśli któryś aktor jest naprawdę świetny, wyczuwa się, że on wie, że jest świetny, a to psuje całe wrażenie.

    D

    Dla człowieka niedojrzałego znamienne jest, że pragnie on wzniośle umrzeć za jakąś sprawę; dla dojrzałego natomiast – że pragnie skromnie dla niej żyć.

    M

    Możemy się założyć, że na dziesięć osób, które oczy wypłakują nad głupią historią filmu, dziewięć jest w gruncie rzeczy sobkami i łajdakami.

    N

    Nigdy bym za kimś nie wrzeszczał: Powodzenia! Bo jak się nad tym zastanowić, okropnie brzmi taki okrzyk.

    W

    Większość ludzi ma bzika na punkcie samochodów. Martwią się najlżejszym zadrapaniem lakieru, ustawicznie gadają o tym, ile mil przejechali na jednym galonie benzyny, a ledwie kupią sobie nowiuteńki wóz, już zaczynają myśleć, jak by tu go zamienić na jeszcze nowszy. To wreszcie wcale nie znaczy, żebym przepadał za starymi wozami. W ogóle samochody mnie guzik obchodzą. Wolałbym mieć konia. Koń ma w sobie przynajmniej coś ludzkiego.

    W

    Widzi pani, to jest tak. Trzymam rękę na pani plecach. Jeżeli mam wrażenie, że pod moją dłonią nie ma nic – ani pupki, ani ud, ani stóp – to znaczy, że dziewczyna jest urodzoną tancerką.

    C

    Cholerne pieniądze. Zawsze w końcu człowiekowi ością w gardle staną.

    N

    Największą zaletą muzeum było to, że wszystko tam stało zawsze na tym samym miejscu. Nic nigdy nie przesuwano. Nikt się nie zmieniał. Tylko ty byłeś inny niż za poprzednią wizytą. Nie dlatego nawet, żeby ci przybyło lat. Nie w tym rzecz. Byłeś inny, po prostu.

    N

    Nie powiem, żeby mnie te myśli przygnębiały, ale skłamałbym, gdybym napisał, że robiło mi się od nich szalenie wesoło. Niektóre rzeczy powinny zostawać zawsze niezmienione.

    W

    Wystarczy pleść jakieś głupstwa, których nikt nie może zrozumieć, a ludzie zrobią wszystko, czego od nich zażądasz.

    J

    Jakim sposobem przekonać się, czy się nie jest po prostu obłudnym kabotynem? Właśnie to najgorsze, że takiego sposobu nie ma.

    V

    Vinson wciąż tylko napominał, żeby „ujednolicać” i „upraszczać”. A przecież nie ze wszystkim tak można. Chcę przez to powiedzieć, że pewnych spraw człowiek nie może ujednolicić, uprościć, i tylko dlatego, że ktoś mu tak nakazuje.

    W

    W każdym razie wyobraziłem sobie gromadę małych dzieci, które bawią się w jakąś grę na ogromnym polu żyta. Tysiące malców. A nie ma przy nich nikogo starszego, nikogo dorosłego… prócz mnie, oczywiście. A ja stoję na krawędzi jakiegoś straszliwego urwiska. Mam swoje zadanie: muszę schwytać każdego, kto się znajdzie w niebezpieczeństwie, tuż nad przepaścią. Bo dzieci rozhasały się, pędzą i nie patrzą, co tam jest przed nimi, więc ja muszę w porę doskoczyć i pochwycić każdego, kto by mógł spaść z urwiska. Cały dzień od rana do wieczora, stoję tak na straży. Jestem właśnie strażnikiem w zbożu.

    Wiem, że to wariacki pomysł, ale tylko tym naprawdę chciałbym być.

    Samotny & cichy & spokojny

    Autor był osobą niezwykle cichą i spokojną. Unikał ludzi, a sława go przytłaczała. By uniknąć reporterów oraz czytelników, postanowił przenieść się do niewielkiej miejscowości Cornish w amerykańskim stanie New Hampshire. Salinger zamknął się w swojej samotni, gdzie nie był przez nikogo nękany. Tworzył swoje prace, ale ich nie publikował. Pisał je dla samej idei pisania i własnej przyjemności. Pisarz zajmował się również buddyzmem. W ciszy swojego domu wiele chwil poświęcał medytacji. I aż trudno w to uwierzyć, ale przez całe swoje życie, pomimo światowej sławy, tak naprawdę udzielił tylko jednego wywiadu. W życiu prywatnym związany był z wieloma kobietami.

    Warto marzyć

    Jaki był na co dzień autor, trudno zgadnąć. Jedno jest natomiast pewne, stworzył niezapomnianą postać szesnastoletniego chłopaka, który za wszelką cenę próbuje odnaleźć się w otaczającym go świecie, próbuje znaleźć coś, co by pomogło mu zrozumieć życie i pozwoliło mu nadal wierzyć, że pomimo wszystko warto jest marzyć. Holden ma odwieczne trudności w szkole, ale nie jest uczniem, któremu brak zdolności, wręcz przeciwnie – jest niezwykle inteligentny. Bardzo dużo czasu poświęca na czytanie. Jedynym jego problemem jest to, że nie przepada za szkołą i nie chce mu się uczyć. Z tego powodu nieustannie zmienia szkoły. W takim właśnie okresie życia bohatera poznajemy.

    Usunięty

    Właśnie został usunięty ze szkoły z internatem w Pencey. Trochę obawia się reakcji rodziców, zwłaszcza mamy, która tak o niego dba i tak w niego wierzy. No, ale cóż może teraz już zrobić? Po świętach Bożego Narodzenia ma do szkoły nie wracać. Do ferii świątecznych zostało jeszcze kilka dni. Jaki sens jest zostawać w tej szkole? Postanawia uciec, wyrusza do swojego rodzinnego miasta, Nowego Jorku. Ale nie, nie! Nie myślcie sobie, że zamierza wrócić do domu, nic z tych rzeczy! Zanurza się w mrocznej strefie tego miasta, wynajmuje pokój w ciemnym, obskurnym motelu, gdzie alfonsi i prostytutki nie są nowością.

    Udaje dorosłego

    Udaje dorosłego, ale w głębi serca jest nadal dzieckiem. Nieustannie wspomina swoje rodzeństwo, brata D.B., który mieszka w Hollywood i pracuje w przemyśle filmowym, małą siostrzyczkę Phoebe, którą darzy wielkim uczuciem i na którą zawsze może liczyć. W myślach i sercu Holdena ogromną rolę odgrywa jeszcze jeden brat – Alik, który zmarł na raka. To właśnie po jego śmierci zamknął się w sobie i nie mógł już się odnaleźć w społeczeństwie. To zdarzenie między innymi wpłynęło na stosunek młodego bohatera do szkoły. Bo po co to wszystko! Czy coś ma w życiu sens? Ale te przeżycia dały mu również do myślenia. Postanowił zmienić swoje życie, wyjechać gdzieś, gdzie byłaby cisza, spokój i niezwykłe piękno. Zabrałby tam Phoebe, która tak naprawdę pokazuje mu, że świat nie jest taki najgorszy, że życiem też się można cieszyć. K. Krasuska

    Zdzisław Smektała
    Zaprzedany fan tej niesamowitej powieści
    501 40 40 64 begin_of_the_skype_highlighting              501 40 40 64      end_of_the_skype_highlighting
    bbd@bbd.pl

  • Posiąść Wszystkie Kobiety – EuroDetektyw cz. 27

    Posiąść Wszystkie Kobiety – EuroDetektyw cz. 27

    Zimowy Raptularz Zdzisława Smektały

    [youtube=http://www.youtube.com/watch?v=vg1_OAmgwb4&w=400&h=325]

    Środa, brudny, smętny 5 dzień stycznia 2011 – Na kolanach przed świętem Trzech Króli!

    Ogólnopolski kolorowy tygodnik – w ramach noworocznych prognoz i przepowiedni – zadał mi ciekawe pytanie. Który z małych europejskich krajów ma intelektualny dorobek rozpoznawalny na całym Starym Kontynencie? Odpowiedziałem – na piśmie – bez chwili zastanowienia – Portugalia!

    Być może dla odwiedzających wytartym szlakiem: Londyn, Wyspy Kanaryjskie oraz Stolicę Piotrową to jeszcze nie jest atrakcja. Ale uwierzcie. W swoim cywilizacyjnym dorobku to przyciskane przez Hiszpanię nadmorskie państwo ma wciąż do powszechnego odkrycia co najmniej dwa globalne zjawiska.

    Śpiewającą muzykę fado, czyli portugalskie bluesy, wielką, charyzmatyczną, łkającą miłością pieśniarkę – Amalię Rodriquez (1920–1999). Posłuchajcie zresztą sami jednego arcydzieła tej niesamowitej ekstatycznej kobiety. Jeszcze Wam kiedyś o Amalii opowiem więcej.

    [youtube=http://www.youtube.com/watch?v=zR3m5NmeQBU&w=400&h=325]

    Drugą postacią, wciąż zbyt mało odkrytą dla światowej literatury, jest lizboński urzędnik, który swoimi wyjątkowymi zapiskami artystycznie przerósł setki sławnych pisarzy. To Fernando Pessoa (1888–1935). Gigant Słowa, zachwycający głębią znaczeń od pierwszych przeczytanych zdań.

    Vincent Van Gogh nie sprzedał za życia jednego obrazu (wszystkie „kupował” brat Theo). Dzisiaj uszlachetnia ściany wielkich światowych muzeów. Podobnie Fernando Pessoa podczas swej ziemskiej wędrówki nie zaznał uznania rodaków. Jego najważniejsza praca – „Księga Niepokoju” – rozsmakowuje globalnych czytelników wiele lat po śmierci autora. Przywołuję go tutaj po to, by w Pacyfiku Zbędnych Liter nie zgubić rzeczy najważniejszych, ponadczasowych. Ten pozornie szary urzędnik o wnętrzu myślowego giganta zdumiewa przenikliwością myśli. To twórca, o którym powinniście wiedzieć chociażby tyle tylko, co pomieściłem w tym miejscu.

    „Księga Niepokoju” to jedna z tych książek, którym każdy zachwyt uwłacza trywialnością. Samo pisanie o niej wydaje się profanacją, pochwała – znieważa. W zapiskach księgowego Soaresa jest coś niecodziennego. Rzeczywistość przegląda się w jego myślach jak w szklanej bombce – omywa je kształtami i barwą, nie mogąc się w nich odcisnąć. Jego ja pozostaje odosobnione, zwrócone ku sobie. Nie ma dostępu do świata, tak jak świat nie ma dostępu do niego. Czy raczej: nie ma świata poza tym, do czego ja ma dostęp. Światem jest tęsknota, smutek, wyobcowanie i cisza”. Posmakujcie, proszę, cząstkę tych słów zapadających głęboko pod skórę, w głowę.

    „Krążąc po lizbońskich ulicach i placach targowych, przypatrując się przechodniom i kolegom z biura, Soares kluczy po zaułkach własnej świadomości. Wobec wszystkiego, co w tych wędrówkach napotyka, nawet wobec siebie, jest tak samo odległy, odrębny, bezradny. Lizbona przesącza się przez jego wyobraźnię smugą miejskich impresji, zostawiając swój ślad – piękno. To nie jest książka do przeczytania jednym haustem. Jeśli próbuje się w nią wtargnąć zbyt gwałtownie – odrzuca, nie przyjmuje w siebie. Stawia opór obcym myślom. Pod niecierpliwym spojrzeniem słowa rażą manierycznością, ich czar obraca się w banał. Trzeba je oswajać dzień po dniu. Wtedy zaczynają odurzać”.

    Od Wschodu

    Widziane od wschodu, miasto wznosi się prawie pionowo, nieruchomo atakując Zamek. Blade słońce zwilża niepewną aureolą tę masę domów, które go zasłaniają. Niebo jest błękitne, powleczone lekką wilgotną bielą. Wczorajszy deszcz może powtórzyć się dzisiaj, lecz już słabszy. Wiatr wydaje się wschodni, może dlatego, że z nagła dochodzi tu lekki zapach dojrzałych jarzyn z pobliskiego targowiska. Na wschodniej stronie placu jest więcej cudzoziemców niż na zachodniej. Jak łagodne wystrzały drzwiczki się zamykają i oni idą ku górze. Nie wiem, dlaczego takim zdaniem określiłem ten dźwięk. Może dlatego, że taki sam słychać, gdy schodzą. Wszystko daje się wyjaśnić. Nagle jestem sam na świecie. Widzę to wszystko z duchowego dachu. Jestem sam na świecie. Widzieć to być daleko. Widzieć jasno to zatrzymywać się. Analizować to być cudzoziemcem. Wszyscy ludzie przechodzą, nie ocierając się o mnie. Wokół mam tylko powietrze. Czuję się tak wyizolowany, że czuję dystans między mną a moim ubraniem. Jestem dzieckiem ze słabo palącą się świecą, które w nocnej koszuli przechodzi przez wielki pusty dom. Żyją cienie, które mnie otaczają – tylko cienie, córki rzeczy zmarłych i światła, które mi towarzyszy. Otaczają mnie tutaj w słońcu, ale nie są ludźmi.

    Wśród chłodu

    Niekiedy myślę ze smutnym zadowoleniem, że pewnego dnia, w przyszłości, do której już nie będę należał, te zdania, które piszę, zachowają się i będą chwalone, zyskam wreszcie ludzi, którzy mnie „zrozumieją”, moich bliskich, prawdziwą rodzinę, by w niej się urodzić i być kochanym. Ale nie urodzę się, a dawno już będę zmarły. Będę rozumiany tylko w wizerunku, kiedy to afekt już nic nie daje temu, co zmarł, nie doznawszy niczego poza brakiem uczucia. Pewnego dnia, być może, zrozumieją, że spełniłem jak nikt inny mój wrodzony obowiązek tłumacza jednej części naszego wieku; a kiedy to zrozumieją, napiszą, że w mojej epoce byłem nierozumiany, że – niestety – żyłem wśród chłodu i braku afektu i że szkoda, iż tak mnie potraktowano. A ten, kto to napisze – w czasie gdy to napisze – również nie będzie mnie rozumiał – jak ci, co mnie otaczają – w tym przyszłym czasie. Ludzie bowiem tylko tego się uczą, co może się przydać ich pradziadkom, którzy już zmarli. Tylko zmarłych potrafimy nauczyć właściwych reguł życia. Po południu, kiedy to piszę, dzień deszczowy już się skończył. W powietrzu radość jest jeszcze zbyt świeża dla skóry. Dzień się kończył nie szaro, ale bladoniebiesko. Ten błękit odbija się nawet w kamieniach ulicy. Boli żyć, ale to od dawna. Nieważne jest czuć. Zapalają się jedna po drugiej wystawy sklepów.

    Światło Złoci

    W mieście bywa czasem spokój wiejski. Bywają momenty, głównie w upalne popołudnia, gdy w tej świetlistej Lizbonie nawiedza nas wieś niczym wiatr. I nawet tu, na ulicy Złotników, śpi nam się dobrze. Jak to miło dla duszy widzieć przystające pod wysokim, spokojnym słońcem te wozy ze słomą, te skrzynki, tych powolnych przechodniów niczym przeniesionych ze wsi. Ja sam, patrząc na to z okien pustego biura, przenoszę się: znajduję się w jakiejś spokojnej osadzie na prowincji, zastygam w jakiejś nieznanej wsi i ponieważ czuję się inny, jestem szczęśliwy. Dobrze wiem: gdy podniosę oczy, zobaczę brzydką linię domostw, nieumyte okna wszystkich biur Baixy, bezsensowne okna wyższych pięter, gdzie jeszcze się mieszka, a w górze suszącą się w słońcu bieliznę między wazonami kwiatów i doniczkami roślin. Wiem, lecz światło, które złoci wszystko, jest tak łagodne, tak spokojna atmosfera, która mnie otacza, że nie ma żadnego powodu, nawet wizualnego, aby abdykować z mojej sztucznej wsi, z mojej prowincjonalnej osady, gdzie handel jest cichy. Wiem, wiem… To prawda, że jest pora obiadu, odpoczynku, przerwy. Wszystko idzie dobrze na powierzchni życia. Ja sam śpię, choć pochylam się z balkonu, niczym z pokładu statku, by obejrzeć nowy krajobraz. Ja sam nawet nie medytuję, jakbym był na prowincji. I nagle coś innego przychodzi mi do głowy, wciąga, owłada mną: poza południową godziną w osadzie widzę całe życie osady we wszystkich jego przejawach: widzę głupie wielkie szczęście domowego życia, wielkie głupie szczęście życia wiejskiego, wielkie głupie szczęście spokoju w plugawości. Widzę, bo widzę. Ale nie widziałem i budzę się. Patrzę wokoło, uśmiechając się i przede wszystkim otrzepuję z rękawów marynarki, niestety, ciemnej, cały kurz z poręczy balkonu, którego nikt nie starł, nie wiedząc, że pewnego dnia w jakimś momencie stanie się ona niepokrytą żadnym pyłem barierą statku, żeglującego w niekończącym się turystycznym rejsie.

    Pospolici

    Ja również wiele razy w marzeniach starałem się być tą osobistością pełną indywidualizmu, imponującą, jaką romantycy w sobie dostrzegali, a ilekroć starałem się nią stać, zaczynałem się śmiać z tego pomysłu. Człowiek niezwykły istnieje w marzeniach wszystkich ludzi pospolitych, a romantyk nie jest nikim innym niż ktoś, kto pragnie uciec od codzienności swego życia. Prawie wszyscy ludzie marzą potajemnie o wielkości własnej, o podporządkowaniu sobie wszystkich innych ludzi, o posiadaniu wszystkich kobiet, o uwielbieniu tłumów we wszystkich epokach… Niewielu jest takich jak ja, nawykłych do marzeń, i dlatego dostatecznie rozumnych, by śmiać się z estetycznej możliwości takich marzeń.

    Ignorowanie

    Pisać to zapominać. Literatura jest najprzyjemniejszym sposobem ignorowania życia. Muzyka kołysze, sztuki wizualne ożywiają, sztuki żywe (jak taniec i aktorstwo) zabawiają. Natomiast literatura oddala się od życia, by uczynić z niego marzenie; inne sztuki nie oddalają się od życia: jedne – gdyż używają form widzialnych, czyli witalnych, inne – gdyż żyją właśnie ludzkim życiem. Inaczej z literaturą – ta udaje życie. Powieść jest historią czegoś, czego nie było, a dramat jest powieścią podaną bez narracji. Poemat jest wyrażeniem idei czy uczuć językiem, jakiego nikt nie używa, bo nikt nie mówi wierszem.

    Księga Niepokoju

    Kim był człowiek, którego wizerunek zdobi T-shirty dla turystów w Lizbonie? Ani jednemu napisanemu przez niego zdaniu nie można całkiem uwierzyć, nawet intymnemu dziennikowi, który podpisał prawdziwym nazwiskiem. Czy Pessoa, człowiek o usposobieniu ekscentrycznego maniaka, którego jedyny związek z kobietą trwał mgnienie i był skazany na porażkę, bo Pessoa wolał pisać o życiu niż żyć, ukrywać się bez końca za fikcją, którą tworzył – biorąc pod uwagę jej obfitość – każdego dnia swego dorosłego życia, otóż czy ktoś taki mógł przywiązać do siebie kogokolwiek na tyle, by ten, specjalnie przedsięwziąwszy atlantycki rejs, uronił łzę nad jego doczesnymi szczątkami? Owszem, Pessoa sam zadbał o to – powołał do życia kilkadziesiąt postaci, obdarzając je fizjonomią, przeszłością, poglądami, upodobaniami i literacką estetyką. Pisał w imieniu tych, jak je określał, heteronimów – wiersze, prozę, dramaty, artykuły, traktaty i polemiki – tak skutecznie zamazując swoją prawdziwą tożsamość, że do dziś zastępy uczonych pessoalogów nie potrafią dać prawdziwego jej obrazu. Jego skrajny indywidualizm nigdy by mu nie pozwolił na dłuższe pochylenie się nad polityczno-społeczną doraźnością, przynajmniej nie na serio. Najdonioślejszą próbkę jego wizji świata i siebie w nim stanowi “Księga Niepokoju” wydana po polsku właśnie po raz pierwszy w całości i w nowym przekładzie. Pessoa za życia ogłosił nieco ponad sto wierszy, sporo zresztą napisanych po angielsku (język ten poznał jako dziecko podczas kilkuletniego pobytu z ojczymem konsulem w Południowej Afryce), rozproszone eseje i garść przekładów. Reszta nieopublikowanej w całości do dziś spuścizny to m.in. kilkadziesiąt tysięcy zapisanych kart pozostawionych w kufrze – przedsięwzięcie olśniewające rozmachem, labirynt z zaszyfrowaną zagadką. Jej znaczącym fragmentem jest “Księga…” – monumentalny zbiór nieuporządkowanych zapisków podpisanych heteronimem Bernardo Soaresa, którego jednak przyjęło się ze względu na podobieństwo do Pessoi (Soares – skromnie żyjący samotny księgowy z lizbońskiej Baixy, Pessoa – zarabiający na życie tłumaczeniem handlowej korespondencji w małej firmie).

    Fernando António Nogueira Pessoa urodzony 13 czerwca 1888 w Lizbonie, zmarł 30 listopada 1935) – wybitny portugalski poeta, przedstawiciel modernizmu. W wieku pięciu lat został osierocony przez ojca, a jego matka wyszła ponownie za mąż. Jego ojczymem został portugalski konsul w Durbanie. W Afryce Południowej Pessoa mieszkał do siedemnastego roku życia. W 1905 wrócił do Lizbony i przez 30 lat prawie jej nie opuszczał. Razem z Almedą Negreirosem i Mário de Sá Carneiro założył, ważne dla współczesnej literatury portugalskiej, pismo literackie „Orpheu”. Dzieło, które wielu krytyków uważa za opus magnum pisarza, opublikowane pod heteronimem Bernardo Soares, Livro do Desassossego (Księga Niepokoju) zostało wydane dopiero w roku 1982, prawie 50 lat po śmierci autora (!!!). W 1988 prochy pisarza przeniesiono w miejsce szczególne, wybrane – do klasztoru Hieronimitów w Belém pod Lizboną.

    Appendix

    Przed bożonarodzeniowymi świętami Waldek Daniluk, kumpel mój wieloletni – znany wrocławski opiekun ludzkich oczu – trzymający okularową firmę przy ulicy Kuźniczej obok uniwersytetu, powiedział: Zdzichu, dostałem z hurtowni oprawki pasujące wyłącznie na twoją gębę, twoje oczy. Na innych będą wyglądać obco. Przyniósł je z zaplecza. Spodobały mi się od pierwszej chwili – archaiczne, staroświeckie, dalekie od mód. Podobne nosił – pomyślałem – Bertold Brecht, bracia Marx. Nosi identyczne Woody Allen. Lubię tych gości, mocno mieszali w moim życiu – to włożę podobne na nos w ramach atencji dla tych oryginałów. Nie mogłem sobie tylko przypomnieć jeszcze jednego bohatera mojej wyobraźni noszącego takie właśnie bryle. Myślałem, kombinowałem i nic. Dopiero dzisiaj, kiedy zacząłem formować ten tekst do wysłania – Eureka!

    Takie same okulary nosił także Fernando Pessoa! Podświadomość?!

    Zdzisław Smektała
    501 40 40 64
    bbd@bbd.pl

  • Zjawa Niemena Czesława (dokończenie) – EuroDetektyw cz. 26

    Zjawa Niemena Czesława (dokończenie) – EuroDetektyw cz. 26

    Zimowy Raptularz Zdzisława Smektały

    [youtube=http://www.youtube.com/watch?v=c7i_jHp0vBk&w=400&h=325]

    Czwartek, zbrylony mrozem 30 dzień grudnia 2010 – jutro sylwester!

    Czesław Niemen – od czasów, w których muzykę zacząłem pojmować rozumnie – jest (zawsze będzie) moim niedościgłym idolem. Przed wielu laty, jeszcze w socjalizmie, Niemen (z Niebiesko-Czarnymi) przyjechał do mojego rodzinnego nadgranicznego Zgorzelca. Był rok 1965. Środek gomułkowskiej epoki Małej Stabilizacji. Nieopierzonym młokosem będąc, mocno przeżyłem jego koncert. Koncert zorganizowany w surowej hali sportowej wojsk ochrony pogranicza. Przeżyłem tak intensywnie, że kilkanaście lat później napisałem i wydrukowałem w miesięczniku „Twórczość”, w literackich pismach polonijnych, moim pierwszym książkowym zbiorze wspomnieniowe opowiadanie – było nagradzane. Jego kanwą był właśnie ów beatowy występ gwiazdy na polskiej prowincji.

    Przypominam to muzyczne zdarzenie także z tego powodu, że 45 lat temu słynna kapryśna diva Marlena Dietrich nagrała piosenkę Wielkiego Czesława: „Czy mnie jeszcze pamiętasz?”.

    Oto więc o Czesławie opowiadanie (część druga – dokończenie) podszyte noworoczną nostalgią, myślą o przemijaniu.

    Wracam więc do hoteliska „Pod Orłem”. Im bliżej budynku z wieczornym neonem otel (literkę h – jako wieloznaczną – zbili miejscowi kolesie), tym więcej kręci się małolatów emocjami rozpalonych do czerwoności. Szepczą, wyrywają sobie kartki przeznaczone do uzyskania autografu, przepychają do drzwi wejściowych, przy których na straży stoi Stanisław Kaczmarek. Latem jednoosobowy szef, nieprzekupny wykidajło. Zimą przeszkolony palacz centralnego ogrzewania, gość z uprawnieniami. Miał pewnie głęboko w dupie tę zbieraninę, która kręciła się, jakby miała zbyt obcisłe spodnie, przeziębiony zmienną pogodą pęcherz, rozdartą koszulę, smród w niepranych gaciach. Kierownik kazał, to stanął i goni tę małoletnią hałastrę. On sam najbardziej lubi nieheblowaną ławeczkę przykrytą fufajką. Lubi ciepło bijące od wielkiego pieca. A nie pogardzi jabłuszkiem w płynie za czterdzieści cztery złote. Winem, które w wieczorne zawijane dmuchawy przynosił Pierdziel, dorywczo pracujący w Urzędzie Miejskim.

    Przepycham się do drzwi ku niezadowoleniu rówieśników. Podkładają mi nogi, to pchną i śmichy-chichy, kuksańca, pac, pod żebro. Ja twardo do przodu podchodzę i zagaduję z umiarem:
    – Cześć, panie Stanisławie, mama jest – mówię, co go będę wtajemniczał, że sam Sław na mnie czeka, a ja dwie winówki pod pachą, co będę takiemu tłumaczył, próżna robota, gadanie jak z Niemcem. Przez te skopane, zdeptane dywany smyrgnąłem do góry po schodach. Tu też pełno praworządnych obywateli, rodzina i krewni sprzątaczek, pokojowych, znajomi i narzeczeni panienek z recepcji, goście kierownika, matka moja w rogu, tuż przy ladzie, gdzie spisują z dowodów. Oczy wlepione to w kierownika, to znowu w środkowy stolik pod palmą, w doniczkę pełną petów. Kierownik patrzy na panienki z recepcji jak na swą zamaskowaną własność. To załypie na suchawą palmę, poliże wzrokiem blat środkowego stolika, to zaczepi oko na małej skórzanej torebce, aktóweczce, pedałówce, jak mówią znawcy przedmiotu. Głowę kierowniczyna wygina, w kieszeni paluchami świdruje, ale nie zatrzyma oczu na sylwetce siedzącej w fotelu – przy tym środkowym stoliku.

    Sław Wydrzykowski był najbardziej głośnym, najbardziej znanym człowiekiem, którego gościł od czasu, kiedy ,,Pod Orłem” został mianowany kierownikiem. Trzy lata temu przeniesiono go służbowo z etatu księgowego w Zakładzie Estetyzacji Miasta. Widzę to wszystko. Moją krew z krwi w kącie obok lady stojącą. Widzę te twarze zagapione, zachwycone, że oni, swojaki, z takim paradnym glancem razem o metr, no, nie, przesadzam, o dwa metry. Jak mocno chuchniesz, powietrze doleci, a w telewizorze artysta jakoś taki szczuplejszy wychodzi. Ot, życie. Blady, jakby niedożywiony, ale płuca cholera miechy pracują, że szkoda gadać. Nawet Lechu Lorenc, który zębami na zakład kufel w górę unosił za dychę albo za następne piwo, nie miał tak dalekiego dmuchu z brzucha, ze strun głosowych.

    Widzę to wszystko i gęsta ślina podchodzi mi do gardła. Ja im pokażę, gdzie raki zimują, pies szczeka, baba krzyczy, mleko kipi. Ten barani wzrok jeszcze bardziej wam zbaranieje. A ty, mamo, raduj serce, syn ci wstydu nie przynosi, zaraz kierownik na ciebie inaczej popatrzy i nadliczbówki do karty dopisze. Zaraz zobaczycie, że Rychu, to nie tylko Trzeci, albo Lwie Serce, albo Chamberlain, jakiś aktor Cieślak, muzyk Poznakowski i inne wielgusy. Jeszcze jednego dorzucić wypada. Ryszard Sławoj-Aniński, chwilowo kolega Wydrzykowskiego.

    Jak nie kopnę, nie rypnę na cały głos, przez tłumy znajomków, rodzinę, gapiów i ormowców:
    – Idziemy Sławie, na górę, wstawaj!
    Podniósł Sław kapelusz zsunięty głęboko na oczy, ale z godnością, jakby miał wycenę przyszytą do pleców, do koszuli, podniósł głowę i krótko, ale treściwie odpowiedział:
    – Dobra. spadamy

    Mój dobry Boże i wy, Jednokolorowi Kuglarze, co się narobiło w tym hallu, w tej hotelowej opalmowanej sali, obok niesystematycznie podlewanej paproci. Kierownik natychmiast spojrzał z uznaniem na rodzicielkę, która znowu zastygła. Panienki z recepcji wszystkie skrupulatnie poukładane karty meldunkowe upuściły na dywan. Kioskarce w Ruchu siedzącej obok recepcji z trzaskiem opadło okienko. Stanisław Kaczmarek upuścił z brzękiem pęk służbowych kluczy. Panienki z miasta błyskawicznie poprawiły fryzury, zagraniczne bluzki, jugosłowiańskie pończochy. A niejedna pewnie i cienką gumkę od komisowych majtek z koronki na swoje miejsce wciągnęła. A my jak rodzeni z jednego łona, jak koledzy od kieliszka, bracia z Klubu Wyjadaczy, kroczek po kroczku, harmonijnie, syp, syp, stuk, stuk, po schodach do pokoju zostawiając całe z parteru bractwo z rozdziawionymi gębami. Syp, syp, i półpiętro. Syp, syp, i już znikamy im z oczu za załamaniem ściany.

    W pokoju po szklanie, dwa głębokie oddechy i znowu po szklanie. Sław usta moczy, językiem płyn po zębach przegarnia, ja natomiast po całym i do grubego denka, jak na turoszowskiego robotnika przystało.

    Autobus z resztą czeredy już na imprezie pod salą widowiskową wygaszony stoi. Mój idol głos nadwerężał dopiero po przerwie. Zrobiło się jednak późno i proponuję, że skoczę po taksówkę, niedaleko, za pięć minut obrócę. Nie pytając o zgodę w drzwi i po schodach, po trzy, po cztery stopnie na parter, po zdeptanym dywanie do wyjścia.

    A na dole wszyscy jak stali, tak stoją, gęby w dalszym ciągu porozdziawiane. Już jednak coś niegłośno szemrają i do ucha słówkami buczą, a to, a tamto, a gdzie mógł Rychu poznać takiego asa. Zobaczcie, na ty z takim człowiekiem, o takim nazwisku.

    Na postoju kolejka długa, a ja nie mogę Sława zawieść, w potrzebie opuścić. Nie mogę na szwank wystawić osobistego honoru. Zaraz więc minę minorową wdziewam na pysk, skręcam się z udawanego bólu, nogę w kolanie usztywniam, wlokę ją za sobą, nogawkę w górę podciągam, popiskuję głośno i wio, po te bryki. Głośno czekającym tłumaczę:
    – Samochód mnie stuknął, ostry dyżur by się przydał, przepraszam, nie dowlokę się o własnych siłach.
    Jakiś uprzejmy w nadmiarze dzwoniec drzwi od fiata nawet szeroko otworzył, proszę, powiada, dziękuję, nic nie zaszkodzi. Zdrowie najważniejsze, poczekamy, aby nic poważnego. Sadowię się wygodnie, drzwi przytrzasnąłem a taryfiarz – złamawszy licznik – wrzucił jedynkę. Ruszył z miejsca. Dokąd niby jedziemy więc mówię: teraz „Pod Orła”, a potem na ulicę Traugutta. Odczekałem chwilę, ujechałem dwieście, trzysta metrów, ja z tryumfującą miną, niby to pytanie zadając, oznajmiam:
    – Sława Wydrzykowskiego to pan też swoją bryką powiezie?

    Nic się jednak w taksówce szczególnego nie dzieje. Kierowca na szoking nieczuły, bez pożądanych wypieków mówi, spokojnie odpowiada:
    – Panie, mnie tam jeden chuj, kogo wiozę, byleby forsę dał, uiścił należną opłatę.
    Facet nieczuły na kulturę, wyciągnąłem prosty wniosek, telewizora pewnie w domu nie ma, w kapciach z wełnianym pomponem na szklanym ekranie filmów nic ogląda, skąd ma wiedzieć, co się na świecie, w Cannes, czy Kielcach oraz w uprzemysłowionym budownictwie dzieje. Pod hotelem, na schodach, w otoczeniu młodzieżowców stał jak posąg z brązu Guru – Sław. Gigant, Gwiazdor, Wyroczni Muzycznej Codzienny Posiłek. Wsiadaj – krzyknąłem po pańsku. Jedynka, wysprzęglanie, dwójka do dechy, znowu sprzęgło i trójka weszła jak w wiejskie masło. Pięć minut nie minęło i jesteśmy na miejscu. Pięć minut i cztery dychy taksówkarzowi bez reszty. Niech ma, poczuje oddech historii.

    Przed budynkiem tłum faluje, raz do krawężnika i odepchnięty wraca pod schody. Smyk, smyk, bocznym wejściem wchodzimy, bramkarz wpuszcza Wydrzykowskiego, natomiast na moje ramię kładzie wysportowaną grabę z biało-czerwoną opaską za łokciem.
    – A ty gdzie, kurwa? W tył zwrot, bracie – i takie strachy na Lachy. Różne umoralniające śpiewki odwala. No i stało się. Poznał mnie bramkarski powsinoga. Co robić, myśl nerwowo czaszkę opukuje, wyjścia szuka i przyjaznego finału. Wyjaśnił rzecz całą Sław:
    – Pan jest ze mną, wypraszam sobie takie traktowanie moich przyjaciół, to wiocha i skandal.
    Znowu ujrzałem dookoła powszechny replay, oczy okrągłe, przepraszam, nie wiedziałem. Grzeczność zawodowa. Etatu skrzywienie. Sław wchodzi do muzyków, a ja nura w garderoby.

    Tutaj odjazd. Joan Duggan w pajęczych wszystkowidzących rajstopach zmienia co chwilę brytyjskie sukienki albo nasze krajowe Alles Bab na odpowiedni widowni klimat odpowiednie odzienie przed lustrem szybko przebierają. Jasny szlag, jak ten proces składnie i seksownie idzie. Wieloletnia wprawa, kłanianie się na różnych deskach od wielkich estrad aż po małe stęchłe salki sprawiło, że dziewczynki mig, mig i już były w stylu kiss me. Mig, mig i przeobrażały się w american woman. Mig, mig i nareszcie stawały do finałówki koncertu, spotkajmy się jeszcze raz, na zdrowie panów, pomyślności. Zdrowie pani, żony, kochanki.
    Kręciłem się po tych gwarnych naładowanych rują garderobach, po pokojach z lustrami, poznając po raz pierwszy estradę od zaplecza, od służbówki, od kuchni, od drugiej strony, od częstych przebieranek i tego całego bieganego rozgardiaszu typu show.

    Daj pociągnąć sztacha, rzuca jedna artystka do drugiej, już lecę na estradę, za chwilę mój numer. Program, który na estradzie oglądali mieszkańcy nadgranicznego Zgorzelca i najbliższych okolic, dobiegał części finałowej. Tłum coraz głośniej skandował: Wydrzykowski, Wydrzykowski lepszy jest od Krystyny Loski! To znów krzyknął z mocą zagubiony w tłumie mój brygadzista zaproszony za dobrą pracę przez Radę Zakładową. Posiadacz sześciu wniosków racjonalizatorskich i jednego wdrożonego patentu. To odkrzyknęła zdrapanym falsetem ekspedientka sklepu spożywczego numer 24 (dostawa mleka do domu) zadowolona z życia, bo już po inwentaryzacji. To znów gwałtownym bekaniem straszył siedzących dokoła Józek Bałanda, chłop cały w tatuażach, jakby wyszytych na przedwojennym Singerze. Grający całymi dniami nad Nysą Łużycką w karty i w kości. Notoryczny mieszkaniec dolnośląskich domów odosobnienia, czyli kryminałów.

    Krzyczą, wołają Swojego idola, wywołują na scenę, wabią zachęcająco pożądliwymi okrzykami.

    Sław przebrany w afgańską upstrzoną koszulinę wypuszczoną swobodnie na spodnie, z połyskującą spinką wpiętą we włosy, wyszedł wreszcie w krąg jupiterów. Pokazał się przy ogłuszającym grzmocie oklasków przodowników, ekspedientek, umysłowych i kilku trójzmianowców takich jak ja. Zasiadł za oblepionym nalepkami organami Hammonda obstawionymi wirującymi głośnikami i nagle zabrzmiało: zumc fzz, trłank, siss, gzrłłł. Te dziwne elektroniczne dźwięki wydobywające się z głośników wnet zniewoliły siedzących na sali.

    Sław na stojaka, w pozie muzycznego wieszcza, wyczyniał przewrotki muzyczne, melodyjne spięcia. Kiedy po tych ekwilibrystycznych ewolucjach włączyła własny drapieżny głos sala, jak przy figlu z kiszkami, szeroko rozwartymi oczyma wlepiała wzrok w sylwetkę migającą na estradzie. Postać opromienioną światłem kolorowych reflektorów. Pod niejedną ławką z tymi egzaltowanymi panienkami porobiły się kałuże sików. Niejeden doprasowany elegancik z zazdrością zaciskał co sił zbielałe palce na listwach ławki, na której siedział. Cisza i muzyka. Głos i brzękanie muchy z urywanymi skrzydłami. Krótki szloch i pełne wokalnej ekspresji westchnienie. Tak nastrojona była sala wypełniona mieszkańcami Miasta Pokoju. Taki byłem również ja, zasłuchany turoszowski trójzmianowiec. Wszystko wokół zawirowało. Sukces był ogromny.

    Wieczorem w pokoju hotelu ,,Pod Orłem”, razem z ekipą wykonawców, siedziałem na parkiecie po turecku – jak większość. Sokiem pomarańczowym z puszki popijałem kolejne kieliszki gorzały. Sław z Jurkiem Kotem zmyli się na początku tego hotel party, ale na szczęście ostrocyca Jaśka w niedbałym stroju, ukazującym i to, i owo, była w doskonałym nastroju i kółeczko napełnionych kieliszków warkotało w akordowym tempie. W głowie groch mieszał się z kapustą. Ruchy ciała stawały się luźniejsze, gesty bardziej naturalne. Jeszcze jedna kolejka, znowu kółeczko. Było naprawdę ostatnio. Obraz tylko, jak w szerokokątnym obiektywie marki Canon, po bokach stawał się coraz bardziej mglisty, przesuwał zgodnie z ruchem gałki ocznej. Jaśce Duggan było coraz cieplej i coraz weselej. Rozpinała bluzkę w latynoskie kwiaty po jednym guziku na kolejkę. Pomimo że ściany w pokoju próbowały na moim ekranie zmieniać wymiary, dostrzegłem, patrząc na gwiazdę angielskiej piosenki, malinkę, kształtną, nabrzmiałą i ceglastą na kulistych końcówkach niewąskich balonów. Uwięzionych chwilowo w siatkowym biustonoszu. Dobrze byłoby, gdybym uwolnił rockową artystkę z cywilizowanego jarzma i zgodnie z naturą wypuścił te wielkie dwa gołębie na brzuch. Jeszcze jeden, dwa powiedzmy kieliszki i dokonam tej operacji.

    Póki co jednak Halnyicki wzniósł popularny w wielu domach, chatach, mieszkaniach toast: No to chlup w ten głupi dziób, Jan Sebastian Bach, chluśniem – bo uśniem, walniemy do dna! Zgodnie z zapowiedzianymi toastami przechylałem kieliszek, posłusznie wykonując miłe dla ucha polecenie.
    I nagle dziura. Postrzępione Orwo. Urwana Agfa.

    Przez zasłony przebijał nieśmiały, wątły promyczek dziennego światła. Jednym, odklejonym z trudem okiem nie mogłem za wiele dojrzeć, chociaż wydawało się, że dzień rozpoczął się już na dobre. Potwierdzenie tego faktu było jednak trudne do ustalenia. Każdy ruch głową, ręką sprawiał, że młyńskie koło spadające na zbrojone szkło tworzyło hałas trudny do wytrzymania. Tylko leżenie bez ruchu wydawało się w miarę znośne, do wytrzymania. Próbowałem sobie przypomnieć, co działo się wczoraj, co robiłem. Zbierając do kupy całą wolę uniosłem ciało na łokciach i wzrokiem już przyzwyczajonym do aktualnego światła rozejrzałem się dookoła. Pozaznaczane szminką niedopałki, poprzewracane butelki, puszki po sokach, niedojedzone schnące kanapki z kurczącą się, pozwijaną w ósemkę kiełbasą, zgniecione pudełko po papierosach, kilka wyszmelcowanych palcami kieliszków, łyżeczki sponiewierane sałatką żydowską, rozpaćkana galaretka owocowa, pozostałości po nadjedzonym schabie i pokale z niedopitym piwem. Wyglądało to piwo jak poranne szczyny, takie do analizy w dobrze wyposażonym Ośrodku Zdrowia.

    W takiej scenerii bezradny leżałem ja, turoszowski trójzmianowiec. Leżałem samotny, wsparty na łokciach, w niezamierzonej popartowej scenografii Andy Warhola. Najbliższym dotykalnym przyjacielem był rozpirzony pet i siki w szklanie. Ciepłe i obrzydliwe. Wszyscy i wszystko zniknęło.

    Los. Nie jestem prawdziwym artystą. Życie. Jutro nie zasiądę znów w innym hotelu do podobnej balangi. Czas. Czas nie jest moim sprzymierzeńcem. Prawda. Prawda moja jest złudna jak dzisiejszy poranek.

    Takie jest moje zasrane złudne życie turoszowskiego trójzmianowca.
    Artysta.
    Los.
    Życie.
    Czas.
    Prawda.
    Kolorowe jarmarki, blaszane zegarki, życie z tanią pozłotą.

    Zdzisław Blues Smektała
    501 40 40 64
    bbd@bbd.pl

    Zdjęciowe collage – Zdzisław Smektała

  • Zjawa Niemena Czesława – EuroDetektyw cz. 25

    Zjawa Niemena Czesława – EuroDetektyw cz. 25

    Zimowy Raptularz Zdzisława Smektały (mały jubileusz!)

    [youtube=http://www.youtube.com/watch?v=htrAxcKKQQM&w=400&h=325]

    Czwartek 23 mocno zamglony dzień grudnia 2010

    Czesław Niemen – od czasów, w których muzykę zacząłem pojmować rozumnie – jest (zawsze będzie) moim niedościgłym idolem. Przed wielu laty, jeszcze w socjalizmie, Niemen (z Niebiesko-Czarnymi) przyjechał do mojego rodzinnego nadgranicznego Zgorzelca. Był rok 1965. Środek gomułkowskiej epoki Małej Stabilizacji. Nieopierzonym młokosem będąc, mocno przeżyłem jego koncert. Koncert zorganizowany w hali sportowej wojsk pogranicza. Przeżyłem tak intensywnie, że kilkanaście lat później napisałem i wydrukowałem w miesięczniku „Twórczość”, w literackich pismach polonijnych wspomnieniowe opowiadanie – było wielokroć nagradzane. Jego kanwą był właśnie ów beatowy koncert na polskiej prowincji.

    Przypominam to muzyczne zdarzenie także z tego powodu, że także 45 lat temu słynna kapryśna diva Marlena Dietrich nagrała piosenkę Wielkiego Czesława: „Czy mnie jeszcze pamiętasz?”.

    Oto więc o Czesławie opowiadanie podszyte bożonarodzeniową nostalgią, myślą o przemijaniu.

    Chociaż do hałaśliwie zapowiadanego przyjazdu pozostały jeszcze dwa tygodnie, kolorowe plakaty, zapowiadające występy promieniującej w krąg grupy artystów, której wodzował Sław Wydrzykowski, zniknęły pozdzierane przez wielbicieli i fanów.

    W centrum miasta playboye na służbie pogonili od słupa ogłoszeniowego zgarbioną kobietę w średnim wieku, objuczoną wypchanymi siatkami. Próbowała zerwać offsetowy afisz z podobizną Wydrzykowskiego. Na którym, oparty o gitarę, z czarnymi długimi włosami i takimż kapeluszem, patrzył przed siebie wzrokiem zameldowanego na pobyt stały mieszkańca willi w Bell-Air. Podbijał tą pozą serca panienek w nylonowych pończochach, z seksownym szewkiem, podpiętych pod różowe pasy nośne. Podbijał układem ciała gładko ogolonych kawalerów w wyprasowanych spodniach z torlenu. Zapowiadało się więc w Zgorzelcu jedno wielkie jajo.

    Wydrzykowski był po prostu panichem. Ale z nim występowali nie mniejsi artyści. Piosenkarka czystej angielskiej krwi – Jaśka Joan Duggan. Australijski podcywilizowany naturszczyk z interioru – Dzidek, czyli Dempsey Knight. Przyodziany w zamszowe ubranie, poobwieszane często gęsto welurowymi frędzlami. Dzidek, zarośnięty na dziko, nie rozstawał się ze swoją podniszczoną gitarą i leciał przed publicznością greps, który zachwyca podatne na sydnejowskie brzmienie tłumy. Te ryczały i ryczały w przerwie między piosenkami: – „Dzidek! Dzidek!”.

    Greps polegał na tym, że Knight skancerowanym tekstem mówił:
    – Ja na polski jazyk umia trosecka, ale polska publicnasta w desecka!
    Do muzyków Wydrzykowskiego robił szelmowską minę i cicho dodawał po angielsku:
    – Lubię z frajerstwa podciągać lacha.

    1

    Taki był Dzidek Knight Australijczyk, asior estradowy pierwszego sortu, naturszczyk z jeszcze świeżym pokąsaniem psa dingo na nodze. Ten numer z ,,polska publicnasta w desecka” podchwycił inny mizerny piejec. Rolando Pittsburg z Oesterreichu, który mógł mówić swobodnie narzeczami wszystkich krain Polski, siedział bowiem u nas w estradach lat co najmniej dziesięć. Ostatnio obsługiwał już tylko akademie w POMach, imieniny prezesów w spółdzielniach inwalidów, drobne uroczystości szkolne. Też dla kraszonego gorzałą łatwego chleba musiał lecieć: ,,ja po polska umia trosecka”, stary cwaniak. Lśnił przy tym wyszmelcowanym garniturem przetykanym złotymi nitkami, które mieniły się w świetle reflektorów jak przyklejona butaprenem bita na drobno kula choinkowa. W galowym programie dla zakładów pracy występowały również dziewczynki, jakie wszyscy dobrze znamy i lubimy. Dziewczynki, których piosenki puszczane na zdartych pancernych bambinach niejedną nam chętna panienkę pozwoliły powalić na kozetkę. Dziewczynki, chociaż rodem z Mazowsza, nazywały się z cudzoziemska Alles Bab.
    Sław Wydrzykowski, Dzidek Knight z Tennant Creek – Australia, oraz wspaniała, cycatoostra, długonoga Jaśka Duggan z Grimsby w Wielkiej Brytanii i nasze stare znajome Alles Bab, ostatnio z Warszawy.

    Tylu sław to miasto nie widziało od czasu, kiedy do Górniczego Domu Kultury ,,Kubuś” wprowadzono wieczorem strip-tease dla przodowników pracy. Wtedy, niestety, zwiększyła się w kopalni ,,Turów” absencja. Miejscowi dyrektorzy oraz awansowładni bonzowie ze Zjednoczenia w górniczych mundurach galowych potrząsali czakami z generalskimi pióropuszami i przy dźwiękach Ramai, strzelając korkami czerwonego szampana ,,Pompadour”, ślep wytrzeszczali w stronę wzgórz Wenery wychudzonych, obnażonych krasawic na ZPR-owskim kontrakcie. A przecież nie był to cały miód…

    2

    Nadgraniczne miasto odwiedzili i zasiedlili się w nim już od miesiąca muzycy z zespołu Perpetum. Tym artychom z kolei przewodził założyciel najgłośniejszego zespołu z tych wszystkich różnokolorowych beatów, założyciel Karminowych Gitar. Facet o nazwisku Jerzy ,,Rudy” Kot. Do dzisiaj z żoną prowadzi w czasie zasłużonych urlopów (a więc pobytu wczasowiczów z całego kraju na Bałtyckim Wybrzeżu) ,,disco-frisco to jest wszystko i – moi mili – śpiewamy wspólnie piosenkę Babilon” – i znowu ekstatycznie zapowiada: „przez trzy minuty trzydzieści pięć sekund dla was Johny Travolta” – i strzela z nabitego kapiszonami colta: bang! bang!

    Tak, teraz internacjonał Jerzy ,,Rudy” Kot porządnie prowadzi z żona modelką niełatwy w obsłudze interes.

    Udało mi się przykleić do zespołu Perpetum w prosty sposób. Naprawialiśmy z brygada remontową – pięć minut przed sezonem – przystań w Witce, dobrze zaopatrzonym w pływający sprzęt ośrodku dla górników z Turoszowa. Muzycy Perpetum mieszkali tam w klimatyzowanych domkach i poznałem jednego z nich, eleganckiego gościa. Nazywał się Halnyicki. Jemu to załatwiałem wiadome z zainteresowań dziewczynki. I te z kopalni zmianowe robotnice, i te lekkiego prowadzenia się z miasta. Te oczywiście, które znały życie i nie opieprzały się, kiedy chłopaki je zgrabnie pod kretonowa sukienka macali. Bo najgłupsze to są nieoswojone agentki, które przy macaniu mówią: ,,słuchaj, przestań, no nie wygłupiaj się”. Jak tu się wygłupiać? Co to za wygłupianie, kiedy za wszelka cenę chcesz złapać za to i za owo, nie wyłączając tego miękkiego baranka z oślinioną, przekrwioną wargą. A one, niemądre, płochliwe siksy gdakają: „nie wygłupiaj się”. To nie wygłupy, lecz najważniejsza – po forsie – sprawa w życiu, kiedy głowacz zachowuje się jak stal, aż w oczy szczypie, a kobieta nogi niczym imadło przemysłowe na gwarancji wytrwale zaciska. Panienki z Turoszowa na szczęście rozumiały dziejową misję. Zresztą, która nie podstawi znanemu artyście, gdy jego nazwisko jest wydrukowane na plakacie niebieskimi wielkimi literami. Tym bardziej w łaknącym sław mieście Zgorzelcu. Wszystko więc jak w stereofonicznym radioodbiorniku ,,Jubilat” grało. Mogłem nosić za Halnyickim gitarę zakupioną – jak mnie wtajemniczył – za dewizy. Mogłem stać blisko sidemana Jurka „Rudego” Kota. Ogólnie byłem wśród nich. Najwyższy z tych wspaniałych estradowców miał auto BMW Dixi, dobrze zachowany automobil z lat trzydziestych. Woził nim Twórców Muzyki Młodzieżowej. Ja też ze dwa, trzy razy jechałem owym podrasowanym wehikułem rozparty na tylnym siedzeniu. Mimo że pracowałem w kopalni na zmiany, udawało się z roboty uciec w połowie dniówki. To znów zjeść trzy paczki proszku waniliowego i ze trzy, cztery dni chorobowego wypisane na urzędowym blankiecie siedziało w kieszeni.

    3

    Dobra jest. Jedziemy z Witki do Zgorzelca asfaltową drogą. Tyle szeroka, co malownicza. Ludzie w powywijanych gumiakach kikuja za nami, jakie to monstrum droga posuwa, a my gazu i piiip, piiip, znowu piiip. Jeszcze raz po klaksonie – piiip. Siedziałem z tyłu z Krasną Janką i Kotem, z przodu Halnyicki i jeszcze ten wysoki nagłaśniacz. W niezgorszym wewnątrz samochodu ścisku dojechaliśmy do Zgorzelca i efektowną woltyżerką buch pod najlepszą restaurację w mieście – ,,Kameralną”, która sąsiaduje z często wykorzystywanym hotelem o dobrej dla facetów na podrywie nazwie ,,Pod Orłem”. Wszyscy w samochodzie ubrani z europejska, tylko ja w kurtce przeciwdeszczowej przerobionej ze służbówki, którą wydają w turoszowskim magazynie mody dla pracowników z naturalnego, corocznego przydziału. Ale co tam. Nie suknia, mówią, zdobi człowieka. Dajcie no tego sukinsyna, który to wymyślił, cholera. Ale nic. Wysiadamy jeden po drugim z tego motoryzacyjnego przeżytku, a już, już, tłum pod kombinatem gastronomicznym gęstnieje, robi się coraz większy, a to szepty, a to zagotowane bulgotem gardeł przekomarzanki, z którego roku, ooo, artyści – ja rzecz jasna wśród nich. Boże, samochód szczelnie oblepiony sztrajfami Zmobilizowanego Perpetum – dzień, sala, godzina i tak naokoło. Ogłupieć przy takim spotkaniu można zupełnie. Ja w tej turoszowskiej robotniczej kreacji, ale nic, myślę jest dobrze. A tu ze wszystkich dziur szepty, ty, zobacz, to Rysiek Sławoj-Aniński ze Zgorzelca. Zobaczcie, nasz Rychu między artystami. Swój chłopak. Specjalista od bełtów wypijanych pod herbatniki petit-beurre, zresztą pisownia tutaj nic nie znaczy. Rychu.

    4

    I tak cały czas. Nim ruszyliśmy się z miejsca, nagle zza betonowych filarów ,,Kameralnej” (dobrze tam grają „Summertime” Gershwina) wyjechał autobus San. Cały niebieski, paluchami opisany tekstem wyrzeźbionym w kurzu: brudas, świnia. Kierowca autobusu san 100 H wrzucił migacz, zdecydowanie skręcił na parking.

    Nie. To niemożliwe! Niebieski San 100 H również oblepiony plakatami. Prawda że dwa razy większymi, krwistoczerwonymi, nasycony grubymi, drukowanymi literami:

    Sław Wydrzykowski – gwiazda jarząca numer jeden w Polsce! Bomba, bomba, bomba.

    A także Jaśka Duggan prosto z desek paryskiej Olimpii na polską ziemię. Poczwórne jęki w zachwycie: Boże! W Olimpii była, owszem, ale londyńskiej, jest taka nazwa jednej ze stacji metra. Dzidek Knight prosto od psa Dingo oraz bogatych w wełnę owiec. Jeszcze mu owcze mleko i bryndza zwisa na zmierzwionych wąsach. Fest. Są wreszcie nasze niezapominajki, nocne kwiaty, harcereczki, kochane Alles Bab, sześć głębokich z podziwu wdechów. A wszystko, jak mówił zadrukowany plakat w programie: ,,Z piosenką, chłopie, robotniku, inteligencie, razem, naprzód z piosenką! Sojusz świata pracy z kulturą i sztuką”.

    Nic dziwnego, że pulsujący tłumek przed knajpą i hotelem jeszcze bardziej gęstniał. Ciżba sciżbiła się mocno. Szpilki wszyscy trzymali nad głowami, nie było ich gdzie wepchnąć. Afera, gruba afera! Dwa wiodące estradawe programy nad granicą, nad Nysą Łużycką. Tłum znakomitych artystów na jednym parkingu przed hotelem. A wśród tego wszystkiego ja, Ryszard Sławoj-Aniński – trójzmianowiec z Turoszowa. Afera.

    Sław Wydrzykowski dostrzegł, zobaczył ze stopnia udanego Sana 100 H Jurka ,,Rudego” Kota i woła przez tłum, przez ciżbę, przez ludu kupę: ,,Georgio, Gaorgio, hej”.

    Ten z udanym zdziwieniem, odwracając głowę, odpowiedział z nie mniejszą werwą: „Sław, Sław, hej”. I padli sobie w ramiona jak zaprzyjaźnieni mężowie stanu.

    I tak padali: marszałek z marszałkiem, generał z generałem i tak dalej aż do prostego szeregowca. Toteż mnie przypadły w udziale męski uścisk z kierowcą autobusu Sława, nieogolonym, spoconym facetem. W klapie stalowej pekaesowskiej kurtki wpięty miał znaczek linii lotniczych SAS. Pochodził zapewne z królewskiej rodziny. Lecę rzetelnie z tym kierowcą te niedźwiedzie, obłapujemy się to z jednej, to z drugiej strony. Święto trwa.

    5

    Następnie całą grupą maszerujemy w kierunku hotelu i tutaj następuje podział. Załoga BMW Dixi oraz Sław Wydrzykowski, basista Zielonacki i jeszcze taki jeden od solówki oraz ja idziemy do restauracji. Siadamy do stolików. Łączymy dwa. Tak familijniej. Kelnerki mokre od środka, przebierają chętnymi nogami. Siedzę mocno w tym wszystkim. Kelnerki już można wyżymać. W drzwiach wejściowych demonstracja wielbicieli. Zaglądają przez szybę, a patrzą, a wywalają gały. I słychać szepty. To żadne żarty. Sław, Jerzy i Ryszard Sławoj-Aniński. Tak. Teraz znają mnie w Zgorzelcu wszyscy. Ale jaja. Co on tam robi? – pytają gapie.
    A MY nic. Ja po prawdzie nie biorę udziału w rozmowie. Chłopaki z tekstem lecą. Gibson, Yamaha, Marshall, Montarbo. I zmieniają temat. Finlandia, Szwecja, Belgia, ZSRR. Znowu z kwiatka na kwiatek. John McLaughlin, Chick Corea, Michał Urbaniak, Herbie Hancock. A ja w tym nie siedzę. Ale myślę: Co teraz robią chłopaki z mojego miasta? Jaką minę będzie miała moja Stefa? Co powie matka? Pracuje obok, za drzwiami, w hotelu. Kompletne kwadratowe jądra.

    Towarzystwo dyskutuje dalej. Impart, Bart, Pagart, Estrada Stołeczna. I niczym nieskrępowani funkcjonują Lubań Śląski, Bogatynia, Bolesławiec. O, tutaj już zacząłem łapać dyskusję za rogi. I po piwie, po fullu, po całym. Basista Zielonacki pokrzepił mnie zainteresowanym spojrzeniem. Martwieję. Kurtka podgumowana nie przepuszcza powietrza, a w środku raczej, raczej ciepło.

    – Mam dla ciebie niezły numer do przesłuchania – mówi Zielonacki przyjaźnie – Ostatnia płyta Joe Zavinula.
    – Poważnie? – nie dowierzam z cicha.
    – Jasne. Pójdziemy na górę do hotelu, to posłuchasz.

    Zgoda. Wstajemy. Ciżba zazdrośnie odprowadza nas wzrokiem. Znowu słychać dookoła: Rysiek, Ryszard, Rychu. Rychurajda. Wreszcie trzecie piętro. Zielonacki wyjmuje magnetofon kasetowy Sony i za chwilę pokój wypełniają obce dźwięki, dalekie od mojej duszy. Jakieś brzdang, bzdyk, frang, fukk i tak cały czas. Ale kiwam głową, dobre, to jest dopiero muzyka – bredzę. Żeby tak przy tym był fotograf. Wiedziałby, jak zrobić wspólne zdjęcie. Ja i artysta. Rychu i słynny obieżyświat. Cała Polska zjeżdżona w udanym autobusie San 100 H.

    A ja co? Turów, czwarta czterdzieści pięć rano, pierwsza zmiana i znów do domu. Ale nic. Zdarzają się, jak grzyby w barszczu, jasne dni w życiu. Ot, weźmy dzisiaj. Słuchamy dalej Joego o słowiańskim nazwisku Zavinul. Dobre – mówię mantrę, dobre. Pukanie do drzwi, proszę wejść, wchodzi. Jezu!!! Wchodzi sam Sław Wydrzykowski. Prima. Pierwsze skrzypce. Czad. Idol.

    6

    – Baby poszły do swoich norek. Koncert za dwie godziny – obwieścił Sław. Dzidek Knight też w numerze. Odpoczywa. Słuchaj, czy to prawda – mówi zwrócony do mnie – czy to prawda, że są w Zgorzelcu do kupienia taśmy Emi Tape.
    – Jasne, że są – odpowiadam automatycznie. Myślę zaraz, jakie taśmy? Artysta. Muzyka. Piosenka. Chodzi zapewne o taśmy do magnetofonu. Są, jasne. Ale gdzie Sława zaprowadzić? Wiem. Na róg Warszawskiej, do Greka, ojca młodego Ikonomu.
    – Mogę tam ciebie zaprowadzić – dodaję. Boże. Ile mnie kosztowało powiedzenie do Sława: ty. Ale jest – zaklepane. Powiedziałem.

    Za chwilę idziemy główną ulicą Zgorzelca. Jak każda główna w Polsce, tak i ta nazywa się – Warszawska. Sto metrów z przodu i tyleż z tylu, krok w krok podąża z nami mnóstwo ludzi. Młodzi. Starzy. W kolejarskich mundurach. W dżinsach firmy Rifle. Patrzą na nas z ciekawością. Sław stawia kroki niedbale, szeroko po chodnikowych poniemieckich płytach rozstawiając nogi. Ja strachliwie drobię tupu, tupu. Rozglądam się dookoła strachem spłaszczony. Będzie wsypa, jak taki trunkowy dekarz Krzysiek Dłutek podskoczy, klepnie i huknie znienacka: – Sie masz! Co wtedy?

    W połowie drogi z hotelu do sklepu stało się. Potężne: cześć, Rysiek! Z drugiej strony ulicy również: Rychu, czołem! I tak ze cztery razy z tym Rychem.
    Sław uśmiecha się pobłażliwie i mówi jakby lekko drwiąco:
    – Znasz tu brachu sporo ludzi.
    – Tak – odpowiadam natychmiast – siedzimy tu już ze trzy tygodnie. Robimy nowy program, trochę otarliśmy się o te ulice. Że niby my – kapela Perpetum.

    W sklepie pustawo, mówię dzień dobry, kali mera, czyli też dzień dobry po grecku. Prosimy dziesięć taśm Emi Tape. Na szczęście były. Gloria, cud.
    – Trzy tysiące dwieście złotych – zaszwargolił stary Ikonomu.
    – Nie mam pieniędzy – dowcipkuje Sław.
    – Jak to?
    – Ano tak mi się rzekło, żartuję, żartuję. Proszę. Reszty nie trzeba.
    Wychodzimy.
    – Napijesz się czegoś? – pyta Wydrzykowski. – Stary, nie gniewaj się – dodaje tonem – masz tu pięćset złotych i kup dwa dobre czerwone wina, może być tunezyjskie Gelalla. Czekam w hotelu.

    Niczym pełnokrwisty arab po kastracji – ziuch, wskakuję w jeden sklep, ziuch, w drugi – też spożywczy, ziuch, wreszcie do delikatesów. I po półkach. Czerwone? Wypatruję butelki z obcobrzmiącą etykietą. Nie jest to zakup prosty dla turoszowskiego trójzmianowa. Gelalli nie było więc wybrałem smukłe Bianchi i drugie o dziwnej nazwie Chate Noir. Odwrót. Wracam do hoteliska, lecę z flaszkami do guru, do Sława.

    Dokończenie za tydzień – w przeddzień Sylwestra.

    7

    Zdzisław Smektała
    501 40 40 64
    bbd@bbd.pl

  • ”Morda” Bogdana Zdrojewskiego – EuroDetektyw cz. 24

    ”Morda” Bogdana Zdrojewskiego – EuroDetektyw cz. 24

    Zimowy Raptularz Zdzisława Smektały

    http://wroclove2012.com/pl/static/jscript/player/flowplayer/flowplayer.swf?config='clip':'baseUrl':%20'http://wroclove2012.com/pl/file/video/','url':%20'2010/12/f3fd6480eb4918254e516b81e2c53ad5.flv','autoBuffering':%20true,'autoPlay':%20false

    Czwartek 16 słoneczny dzień (minus 7 stopni) grudnia 2010

    Zziębnięci Portalowcy! Archetypowym nieszczęśnikiem ostatnich samorządowych wyborów był średnio młody wilczek wrocławskiej PO – Igor Wójcik. Zawodowo wicedyrektor Ośrodka Kultury i Sztuki. Piszę bez cienia przesady – totalnie zasrał cały Wrocław plakatem ze swoją papuśną podobizną – a jednak do miejskiej rady wyborcy drzwi mu zatrzasnęli. Pomyślał pewnie – więcej gęby na słupach – pewniejsza dieta w miejskiej radzie. A tu klops, klasyczna spartolona kiszka.

    Przywołałem tutaj wyborczą przygodę zachłannego kandydata, by udokumentować, jak mylne są stereotypy akademika Pawłowa. Jak łatwo można nimi manipulować, wpaść w pułapkę.

    Jakiś czas temu zaprosiłem przed mój fotograficzny obiektyw znajomych i kumpli. Znanych wrocławian. Zapragnąłem zorganizować wystawę o przewrotnym tytułem „Mordy”. Chciałem pokazać, jak zacnych, nobliwych, akuratnych ludzi można przepoczwarzyć przed obiektywem na łobuzów. Poprosiłem, aby własne na co dzień przyjazne oblicza zamienili w spiskowe, nieprzyjazne światu „pyski”. Czy to doświadczenie się udało – oceńcie sami. Osobnej wystawy nie zrobiłem – zabrakło mi wytrwałości. Ale w naszym portalu Wroclove2012.com możecie premierowo zobaczyć, jak anioła można bez trudu zamienić w diabła. Co ma znaczenie szczególne przed nieodległym nadejściem na padół łez żłobkowego Jezusika.

    Czytajcie oraz oglądajcie!

    Wanda Ziembicka

    Wanda Ziembicka – zwana przez mniej zdolnych zawistników (zawistniczki) – CipoZwierz. Kobieta Orkiestra. Ba, kobieta Big Band Buddy Richa. Medialne Nieokiełznane Zwierzę w Ortodoksyjnym Wydaniu. Społecznica do kwadratu – radna miejskiej rady desygnowana z trzódki Rafała Dutkiewicza. Jedna z najbardziej wyrafinowanych tekstylnie wrocławianek (obok malarki Elżbiety Terlikowskiej). Czyli kobiet nurkujących między stojaki sekendhendów w poszukiwaniu odzieży z Niną Ricci oraz Hugo Bossem w tle. Prawdziwa Bezinteresowna Społecznica, nakarmiła rybami, nasyciła wigilijnymi opłatkami (czyli otuchą ) tysiące bezdomnych ludzi, tych dzieci gorszego Boga. W telewizyjnych programach skojarzyła kilka par na ślubnym kobiercu. Niepokonana bojowniczka o nadanie właściwego kalibru pamięci o swoim zmarłym mężu – nowatorze kina. Był nim Jerzy Has. Zwariowana dobra kobieta. Moja koleżanka.

    Bogdan Zdrojewski

    Bogdan Zdrojewski – człowiek z Kłodzka rodem, ale do przedsięwzięć globalnych. Dobrze ułożony fermenciarz – cokolwiek to oznacza. Minister kultury, który chce Polaków wyedukować muzycznie i filmowo. I to na poziom wyższy niż europejski. Ulubieniec i faworyt radia TOK FM. Robi wieloznaczeniowe energetyzujące foty. Nie odkrywa zbyt euforycznie swoich szczerych myśli. Słaby kontakt z alkoholem. Dobrze ubrany, w rzeczy wyłącznie markowe. Lubi otaczać się hajlajfowymi przedmiotami (wieczne pióro, ciekawa grafika). Startował do świata obszernych gabinetów jako maszynista elektrowozu (taki kurs kończyłem i ja jeżdżąc w młodości elektrowozem po kopalni Turów).

    Bogdan Zdrojewski to dowód na to, że salony mogą zapełniać ludzie z małych miast. Pod warunkiem, że nie klaskają jedną ręką.

    Stanisław Wolski

    Stanisław Wolski – przed laty etatowy komediowy, z usposobienia aktor nieistniejącego już offowego teatru Kalambur. Współpracował z kabareciarzem Krzysztofem Piaseckim – tworzyli kabaret Gralak Marian. Gospodarz licznych rozrywkowych imprez, moderator spotkań masowych. Na mieście pokazuje się zawsze w kapeluszu z piórkiem. Mówi zdaniami ze sztuk Czechowa. Dzisiaj bardziej znany jako teść innego aktora – Roberta Gonery. Mainstreamowy Facecjonista.

    Adam Hawałej

    Adam Hawałej – jeden z najlepszych fotografików w dziejach Centralnej Agencji Fotograficznej. Był artystycznym świadkiem wielu historycznych, przełomowych wydarzeń w Polandii. Zawsze wyważony, nie należał do emocjonalnych podpalaczy. Szanowany w środowisku dziennikarskim za uczciwość i bezstronność. Daleki od hucpiarstwa i podkolorowywania rzeczywistości. Jego fotograficzne archiwum może jednak wywrócić niejednego gardłującego dzisiaj chwacko polityka. Całe życie chudzielec w wielkich okularach na nosie. Syn Adama poszedł w ślady ojca – też jest wziętym fotografikiem.

    Stanisław Huskowski

    Stanisław Huskowski – działacz państwowy i samorządowy. Syn naukowca z politechniki, solidarnościowiec z zapału i udziału, a nie z bezpiecznego kibicowania. Mieszanina strongowego luzu i poważnie traktowanej propaństwowości. Lubi żarty sytuacyjne, improwizowane. Był (po Bogdanie Zdrojewskim) prezydentem Wrocławia. Był także Przewodniczącym Miejskiej Rady, senatorem, jest posłem. Uważam – mimo tych publicznych uniformów – że garnitur mu mocno uwiera. Koszula nieprzyjemnie pije w szyję. Nigdy nie słyszałem, by powiedział do kogokolwiek: Spieprzaj dziadu!

    Patriota, ale nie z gatunku Piotra Skargi. Raczej klon (w innych politycznych barwach i czasach ) wyluzowanego Józefa Cyrankiewicza. Lubi hiciorowo zaśpiewać w uprzednio wyluzowanym towarzystwie. Sam – po śmieci żony – wychowywał syna. Dzielny człowiek na rozchwierutane czasy. Dzielność musiał wziąć z lat, w których był zaopatrzeniowcem w Polskim Stowarzyszeniu Jazzowym. Wyznawca znanej skądinąd idei Jazz dla Mass.

    Farid Omari

    Farid Omari – arabski bluesman. Coraz bardziej zwalisty. Syryjczyk ożeniony z Polką – Małgosią. Mówię na niego Fariduuu Marhaba! Absolwent studiów elektronicznych. Ale w zawodzie nie pracował. Jest doskonałym sercowym restauratorem. Sam wita i żegna gości. Nawet po zakupie herbaty. Doradza i odradza dania. Kuchnię polską łączy niepostrzeżenie z kuchnią arabską. Robi doskonałe potrawy z zapomnianej w Polandii cieciorki. Na jego gyrosy z kurczaka zjeżdża cały Wrocław. Wyrobiłem w nim miłość do pikapów, do samochodów terenowych. Uwielbia córkę studiującą jednocześnie na kilku kierunkach. Ma bardzo przystojną mamę, przypominającą książkową piękność z Damaszku (tam mieszka). Dobry kumpel. Celny wizjoner dzisiejszej zaokiennej partaniny.

    Henryk Horszowski

    Henryk Horszowski – znawca piękna zawartego w misternych przedmiotach i wyrobach. Karierę arbitra kunsztu zaczynał w futrzarstwie. Jest teraz wyrocznią wartości cacek i złotych królewskich diademów. Na wrocławskim rynku ma antykwariat – stojący w rankingach wysoko. Wraz z żoną Grażyną prowadzi elegancki, rasowy gastronomiczny kombajn „U Horszowskich”. Miejsce spotkań bohemy i High Lifeu. Z tamtejszej kuchni uwielbiam szpinak zapiekany we francuskim cieście. Podlany brzytwowym czosnkowo-pieprzowym sosem. W restauracji Henryka umieściłem kilka scen z mojej powieści „Lucille”. Prawdziwy patrycjusz Wrocławia. Przedstawiciel zanikającej kasty miejskiej. Jego córka znakomicie opanowała język chiński (ten rozszerzony).

    Roman Kołakowski

    Roman Kołakowski – bard gitarowy lat 80. Twórca songów z obowiązkowymi słowami: ojczyzna, wolność, prawda, kajdany, bezpieka i takich podobnych. Kilkuletni dyrektor festiwali piosenki aktorskiej. Jego żona Ewa – to chętnie czytana dziennikarka i rysowniczka. Wiele lat pracowałem z Ewą w „Gazecie Robotniczej”. Nie widuję Romka od lat. A jeśli już, to w telewizyjnych programach o papieżu i o innych personach, których wielbić trzeba a priori, bo patriotami byli wielkimi i basta. Przed laty na ruskim targu kupiłem kremową terenowa nową ładę nivę. Załatwiłem Romkowi z tego targu inna nową nivę – ciemnoburaczkową. Przy mijaniu pozdrawialiśmy się głośnymi klaksonami.

    Zbigniew Czwojda

    Zbigniew Czwojda – muzyk jazzowy (trębacz). Do Wrocławia przyjechał przed dobrych 40. laty z Góry Śląskiej. Pracę jazzmana stażysty zaczynał w zespole Freedom (1971), należącym do zmarłego niedawno saksofonisty Ryszarda Gwalberta Miśka. Podobała mi się bardzo inna formacja, w której grał Zbyszek – Spisek Sześciu. W 1981 roku – jak wyrokowało środowisko muzyczne – w niejasnych okolicznościach przejął zespół Julka Kurzawy – Sami Swoi. O tę nazwę i liderowanie procesował się z innym członkiem tego bandu – Jankiem Młynarczykiem. Z trąbką zjeździł kawał świata. Ma bardzo zdolne dzieci. Corka jest sprawną gitarzystką. Syn, Michał – moim zdaniem – jest jednym z trzech najlepszych drummerów w Polandii. Całość tej trzódki roztropną, ale i zdecydowaną ręką, trzyma żona, matka, menadżerka.

    Zbigniew Trzciński

    Zbigniew Trzciński – można rzec bez obciachu: reżyser i dyktator mody. Ostatnio literat. Luzak pokrywający z lekka trudny bezpieniężny los polskiego Felliniego. Kręci niskobudżetowe serialowe odcinki i jednocześnie szyje lniane koszule z metką – Trzciński. Dużo wie o kinie, niewiele dają mu kręcić. Mówi z emfazą światowca, wciąż ma wielkie reżyserskie plany. Mimo siwych włosów, jest mentalnym młokosem. Lubi z ludożerki pociągnąć łacha. Szanuję go – ma moją cechę – rozmówcy nie wiedzą, czy dialog toczy się naprawdę, czy na jaja. Dla Amerykanina z wielozerowym kontem puściła go w trąbę wieloletnia narzeczona. Często kasa zabija uczucie. Ale nie postradał zmysłów. Spaceruje z wiernym psem – ciągle naprawia swoją starą francuską brykę kombi.

    Do następnego spotkania tuż przed bożonarodzeniowymi świętami! Howgh!

    Zdzisław Smektała

    Zdzisław Smektała

    Zdzisław Smektała
    501 40 40634
    jazz@bbd.pl

    Wszystkie zdjęcia: Zdzisław Smektała

  • John Lennon & Święty Mikołaj – wolontariusze doskonali

    John Lennon & Święty Mikołaj – wolontariusze doskonali

    Zimowy Raptularz Zdzisława Smektały

    Czwartek, 9 dzień zszarzałego grudnia 2010 (brrr! – nie lubię brudnoulicznej zimy)

    http://wroclove2012.com/pl/static/jscript/player/flowplayer/flowplayer.swf?config='clip':'baseUrl':%20'http://wroclove2012.com/pl/file/video/','url':%20'2010/12/3ee83e40ef544049eaf8d2f6819ca4bf.flv','autoBuffering':%20true,'autoPlay':%20false

    Ludności Moja Łaskawa! Wasalem Twoim będąc, informuję o przedświątecznej potrzebie czynienia dobra – o międzyludzki przyjazny wolontariat. On to właśnie, w trudnych czasach globalnego spierzchnięcia, jest niezbędny lokalnie, w nas i wokół nas. Święty Mikołaj, niekwestionowany tytan światowego wolontariatu (przynajmniej w świecie chrześcijan) odwalił już część swojej odpowiedzialnej roboty – 6 grudnia wywołał uśmiech na niezliczonych twarzach. A jeszcze odgrażał się skubaniec, że wkrótce podrzuci oczekiwane fanty pod ubrane w światełka choinki. Niestety, niczego nowego nam już nie przyniesie inny uwielbiany wolontariusz – John Lennon. Człowiek ze sławą Jezusa Chrystusa. Przez długie lata dawał nadzieje i wzruszenie milionom. Teraz żyjemy tym, co pozostawił. On sam równo 30 lat temu odszedł ze swoimi piosenkami do nieba. Nie z własnej woli.

    1

    Ma jednak nowe zastępy młodych aniołów. Cały ten grudniowy tydzień we wrocławskich szkołach trwają zajęcia z rozumnego, zorganizowanego wolontariatu. To dobry pomysł hodowania miejscowych polepszaczy naszego życia. Dobry szczególnie w perspektywie nadchodzącego EURO 2012. Wolontariuszy będzie trzeba gęste setki a nawet ciasne tysiące. Dziesiątki tysięcy. To będzie wszak wielka impreza z ludzką magmą w roli głównej, wulkanem do cywilizowanego obsłużenia. Magmą hałaśliwą, trudną do okiełznania, masą krytyczną po wielokroć naszprycowaną alkoholem i dezynwolturą. Zręczność logistyczna, znajomość języków, topografii miasta, ścieżek zbiorowej komunikacji – to podstawowe miarki pytań i na te pytania odpowiedzi, które muszą zalęgnąć się w głowach żywych ogłoszeniowych „słupów”.

    2

    Futbolowy ten wolontariat powinien być mocno specjalistyczny. Przed laty, gdy ja zanurzałem się po szyję w miejskich działaniach pomocowych, w tak zwanych imprezach humanitarnych – wystarczyła odwaga i cień dobrze pojętej hardości. Na ulicę Kleczkowską, na przykład, nosiłem – jak to pisali biografowie epoki – „w ciemną noc stanu wojennego”, toaletowo żywnościowe paczki dla zapudłowanych hoplitów pierwszej Solidarności. A w Klubie Dziennikarza, którego byłem szefem, stworzyliśmy centralny magazyn rozdzielnictwa takich darów.

    3

    Przez kilka lat byłem głównym dolnośląskim krzykaczem w orkiestrowej służbie Jerzego Owsiaka. Na wrocławskim rynku sprzedawałem zebranej publiczności eleganckie wieczne pióro (Pelikan) Aleksandra Kwaśniewskiego, lekko sponiewierany krawat Leszka Millera i jeszcze bezlik darów ludzi ustawionych. Tych, którzy poprawiali własne samopoczucie przez taki symboliczny w końcu dar. Gardłowałem ze sceny na rzecz dzieci i dorosłych chorych na raka. Zbierałem kasę dla upadłych koleżków eleganckich hoteli z sygnaturą Brata Alberta. Organizowałem fundusze na operacje dla nieuleczalnie chorych muzyków – kumpli z branży show biznesu.
    Było tego sporo więc – pokonując wstyd – poprosiłem Szefa o przynajmniej 300 dni odpustu. Jak będzie, czy Najwyższy prośbę uwzględni – okaże się w nieodległym czasie. Ale – mimo dobrych rezultatów takich działań – było to takie amatorskie pospolite ruszenie przejętych ministrantów Fortuny. Z lekka improwizowany odruch serca. Takie ludzkie Jazz Jamboree.

    4

    Dzisiaj zapanowała wąska specjalizacja w okazywanej dobroci. Zapanowały normy środowiska, które ową pomoc oferuje. Inne są działania Caritasu, inne zaś zasady obowiązują w działaniach politycznych. A już zupełnie inne w miejscach pozwalających ludziom w sposób godny opuścić ziemską krainę łez.
    Organizatorzy EURO 2012 twierdzą nawet, że by za te 500 dni z okładem (czuję już wrzącą atmosferę otwarcia mistrzostw) osiągnąć sukces – trzeba się jednać narodowo, patriotycznie. Aby stworzyć, jak to nazwali, przyjazną przestrzeń publiczną musi Wrocławiowi pomóc, uwaga, cała Polska!
    Twierdzą, że o wrażeniach uczestników EURO 2012 zadecydują osobiste doznania z pobytu w naszym kraju. By dobrze wspominali wizytę w Polsce i czuli się komfortowo podczas pobytu w naszym kraju, muszą być dobrze poinformowani. Dlatego też około 3 tysięcy wolontariuszy i wolontariuszek będzie potrzebnych między innymi na lotniskach, dworcach kolejowych, ulicach miast gospodarzy, w strefach kibiców, w miejscach zapewniających opiekę medyczną.

    5

    Będą także służyć pomocą mieszkańcom, by i oni byli poinformowani o aktualnym życiu miasta w trakcie Turnieju. Zadaniem miejskich wolontariuszy będzie tworzenie przyjaznej przestrzeni publicznej, a przewodnim hasłem powinno być przesłanie: „Wszyscy jesteśmy gospodarzami Turnieju”. Aby jednak być wolontariuszem z licencją trzeba spełniać kilka warunków. Najważniejsze z nich to ukończenie 18 lat, znajomość języka angielskiego oraz zapał i chęci do podjęcia się takiego zadania.
    Dodatkowym atutem będzie wcześniejsze doświadczenie w wolontariacie. Przed Turniejem ludzie ci przejdą szkolenie, z naciskiem na ćwiczenia warsztatowe, obejmujące zarówno wiedzę o samym turnieju jak i kwestie bezpieczeństwa, pierwszej pomocy czy komunikacji interpersonalnej.

    6

    Tyle oficjalnych urzędowych słów zawartych w ogólnozakładowych instrukcjach. Jak będzie naprawdę – okaże się na miejscu. We Wrocławiu, a także w Poznaniu, Gdańsku oraz w Warszawie. Gdy międzynarodowe pociągi, samoloty, autobusy i auta prywatne wyrzucą z blaszanych brzuchów nakręconych żołnierzy czasów pokoju. Tych, którzy z braku prawdziwych konfliktów, w starej zmęczonej Europie szukać będą wyżycia się na piłkarskich arenach.
    A bitwy rozegrają się bez wątpienia. Idąc za powinnością EuroDetektywa byłem w ostatnią sobotę na inspekcji naszego stadionu, na który uparcie mówię Czapka Taliba. Kombinowałem, że w sobotę, w zwałach zalegającego śniegu, spotkam tam tylko słynnego ducha gór z karkonoskiego sąsiedztwa – Mistrza Liczyrzepę.

    7

    Ale myśl moja – Bogu dzięki – złośliwa była i chybiona. W środku budowanej bryły toczą się żwawe zaawansowane prace. Harmonogram triumfuje. Trwa malowanie. Niczym w powieści Salingera stukają liczne młotki. Najęci ludzie spod Szczecina pracują bez kufajek. Czyli jest im ciepło od samej roboty. Tak im dopomóż biletami NBP dział finansowy firmy Maksa Boegla. W końcu ma to być obiekt spełniający najwyższe standardy – nowoczesny, funkcjonalny i bezpieczny, zaliczany do najwyższej klasy ELITE.

    41 tysięcy widzów na każdym eliminacyjnym meczu (a może uda się we Wrocławiu ten wymarzony ćwierćfinał?) musi poczuć sytość i magiczną moc tej europejskiej miary budowli. Do czego niezbędni będą słusznej sprawie obgadywani tutaj wolontariusze. Howgh!

    8

    Zdzisław Smektała
    bbd@bbd.pl
    501 40 40 64

    Rysunki znakomitego gdańskiego artysty Krzysztofa Iwina (przeznaczone na Festiwal Blues Brothers Day).

  • Donalda Tuska Fortuna (jeszcze) muska – EuroDetektyw cz. 22

    Donalda Tuska Fortuna (jeszcze) muska – EuroDetektyw cz. 22

    Zimowy Raptularz Zdzisława Smektały

    Czwartek, 2 dzień mroźnego jak cholera grudnia 2010 – Z magiczną liczbą 555, za tyle bowiem dni rozpoczną się mecze EURO 2012

    [youtube=http://www.youtube.com/watch?v=ffU1KSgU-rs&w=425&h=344]

    Kilka dni temu Główny Urząd Statystyczny obdarował tubylców dobrymi informacjami. W trzecim kwartale PKB Polski wzrosło o 4,2 procent. To bardzo obiecujące wyniki polskiej gospodarki. Zwłaszcza że średnia przewidywanych prognoz mówiła o wzroście o 3,6 procent. Święta więc i bliska perspektywa 2011 roku, ze znów napływającymi inwestycjami, znów umacniającą się złotówką, mogą być pełne nadziei. Donalda Tuska i jego najbliższych kumpli od boiskowej gały Pani Fortuna wciąż powodzeniem muska. Mamy w zanadrzu solidny kawałek chleba do wspólnej konsumpcji. Ale walczyć trzeba nadal. Śnieżne nawałnice wciąż niedaleko.

    1

    Fortuna na śniadanie

    Tym większy to sukces Polski, że kraje, które jeszcze niedawno ową Fortunę miały codziennie – wraz ze śniadaniem (dmuchane pieczywo, smażony bekon, fasolka w zalewie pomidorowej – brrr) – teraz do Unii wyciągają ręce w proszalnym geście. Grecja już dostała na tyłka ratowanie około 100 miliardów Euro (400 miliardów złotych!). Teraz kraje UE solidarnościowo wyjmują z portmonetki 85 miliardów (360 miliardów złotych) dla Irlandii. A już w kolejce ustawiła się bankrutująca Portugalia. Będzie potrzebować tyle co Irlandia. To niewyobrażalne ogromne kwoty. A gdy tę górę pieniędzy podzielimy na jednego obywatela – strach liczyć. Grecja to około 10 milionów ludzi, Portugalia tyle samo. W Irlandii mieszka ponad 4 miliony obywateli. Czyli w tych trzech krajach mieszka zaledwie 25 milionów ludzi (o 10 milionów mniej niż żyje ich w Polsce!!!). By żyć bez widma bankructwa potrzebują – uwaga – bilion złotych!!! Bilion po to, aby pokryć bieżące długi. A gdzie reszta?

    2

    Konie w głodowym kłusie

    W biedniejącej Irlandii 20 tysięcy bezpańskich koni, porzuconych z powodu braku kasy na ich utrzymanie, przemierza przestrzenie w poszukiwaniu karmy. Z Irlandii tysiące ludzi wyjeżdża do Australii w poszukiwaniu pracy. A i Polacy egzystują w Dublinie przyczajeni, by swoją obecnością nie wkurzać tubylców. To trudne dni dla wielu Europejczyków. Także część Polaków wyjedzie zaraz po nowym roku za lepszą pracą. Zaczyna być jak w USA, ludzie zjednoczonego kontynentu – w poszukiwaniu pracy – wędrują od kraju do kraju. Jak Amerykanie od stanu do stanu.

    3

    Chleb na porządnym zakwasie

    Aby jednak przed przybyciem Świętego Mikołaja, przed bożonarodzeniowymi świętami, nie straszyć zapaloną choinką, Babą Jagą albo Czarnym Ludem, potwierdzę europejską opinię o porządnym wykształceniu rodaków. Oblicza się skromnie, że około 100 tysięcy naszych ludzi ruszy do Niemiec objąć gotowe posady wymagające dobrego wykształcenia – programistów, inżynierów i im podobnych. Na tych ludzi czeka nie tylko dobrze płatny etat, ale mieszkanie oraz powitalna kwota na zagospodarowanie. Chleb z tego będzie pełnoziarnisty, na porządnym zakwasie, z przedłużoną świeżością.

    4

    Wojskowa Centrala Handlowa

    Wspomniałem wcześniej o bezpańskich koniach dogorywających na polach Irlandii. Zawodem, który projektowałem dla siebie w dzieciństwie, był zawód …woźnicy, wojskowego stangreta. Mama moja była szefową dużego sklepu w Zgorzelcu, sklepu Wojskowej Centrali Handlowej. Sklepu, w którym sprzedawano galowe mundury, proszek (!!!) do czyszczenia zębów i śledzie prosto z beczki. Także wonny chleb z wojskowej piekarni. I ja, krnąbrny zasmarkany kilkulatek, siedząc na koźle u boku wojskowego woźnicy, rozwoziłem te pachnące komiśniakowe bochenki po licznych w Zgorzelcu (miasto nadgraniczne, pełne wojska) kantynach i spożywczych sklepach. Nie chciałem nigdy, tak jak marzyli moi rówieśnicy, zostać strażakiem, żołnierzem pogranicza z tropiącym psem u boku, czy wreszcie pilotem wojskowego samolotu.

    5

    Zostać zawodowym woźnicą!

    Chciałem zostać prostym woźnicą, mocno trzymać w drobnych dłoniach skórzane lejce. Nie wiem, czy miało to coś wspólnego z Freudem, ale zajmowało moją wyobraźnię. Także wówczas uważałem, że najpiękniejszy zapach świata to połączona woń tego świeżego chleba wywodząca się z „militarnego” wozu dostawczego (obitego blachą, by nie umykało ciepło chleba), woń końskich pączków i kolonialnego sklepu mojej mamy. Na pewno jestem ostatnim pokoleniem polskiej ludności, które wychowało się w bliskim codziennym sąsiedztwie koni jeżdżących po ulicach, stanowiących naturalny obrazek tychże ulic.

    6

    Zawody niezależne od mody – ważne dla swobody

    Dzisiaj zawodowy woźnica, zdun, łatacz garnków to fanaberia bardziej niż zawód. Ale istnieją zajęcia, które w pierwszej chwili wywołują śmiech, dają jednak prestiż i niezłe pieniądze. Coraz popularniejszy Serwis o Pracy (korzystając z witryny Wallentpop) przyswaja nam profesje, które pozwalają w całej kryzysowej Europie, ba, na całym świecie żyć syto. A nawet odłożyć do skrzyni tapczanu zwitki zaoszczędzonych banknotów.

    Kucharz na łodzi podwodnej

    W Australii, dokąd ostatnio wędrują kryzysowi Irlandczycy, kucharz na łodzi podwodnej, który ma minimum sześć lat doświadczenia, zarabia rocznie około 187 tys. USD (55 tysięcy PLN miesięcznie!). To więcej niż młodszy admirał tamtejszej australijskiej armady.

    Shot girl, czyli po naszemu…

    …młode kobiety pracujące za barem i rozlewające klientom alkohol. To praca, która na Manhattanie daje dochód w wysokości 300-600 USD za noc. Fenomen ten opisano ostatnio w reportażu przez dziennik „The Wall Street Journal”. Z tym, że kobiety te muszą mieć „to coś”. Faceci inaczej nie płacą centa.

    Poławiacz pereł

    Nurek, który schodzi na dno w poszukiwaniu pereł, to niebezpieczny zawód, ale też dobrze płatny. Za dzień pracy w Australii można dostać 1216 USD.

    Nurek (ropa i gaz)

    Podobna profesja, ale w innej branży. Nurkowie pracują na platformach wiertniczych, schodzą pod wodę, by uszczelniać rury i szyby wiertnicze. Zarabiają średnio 80 tys. USD rocznie.

    Sommelier

    Doświadczona osoba, która perfekcyjnie dobierze ofertę win w restauracji i podpowie kelnerom, w jakich kieliszkach które wino podawać. To bezcenny profesjonalista, jego wynagrodzenie jest bardzo konkretne, 80-160 tys. USD rocznie. Z tym że nie w Polandii – wino stoi w długiej kolejce za gorzałą. I długo jeszcze postoi.

    Łowca nagród

    Niebezpieczna praca dla silnych i odważnych mężczyzn. „Bounty hunter” wkracza do akcji, jeśli oskarżony wpłaci kaucję, wyjdzie z więzienia, a następnie postanowi opuścić miasto. Łowca ma dopaść takiego uciekiniera i przyprowadzić z powrotem przed oblicze sprawiedliwości, za co może zainkasować 10-45 proc. z kaucji. U nas ten fach trzymają najczęściej nasi bracia ze Wschodu. O czym wiadomo powszechnie.

    Dobry haker

    W przeciwieństwie do złych hakerów, jest cennym nabytkiem dla firmy. Jego zadanie polega na znajdywaniu w informatycznym systemie luk, które może wykorzystać np. konkurencja. Dobry haker włamuje się więc do systemu swojej firmy po to, by ktoś inny nie mógł tego zrobić. Taki haker może zarabiać nawet 123 tys. USD rocznie. Chyba że nazywa się Jaulian Assange, jest właścicielem portalu WikiLeaks, 40-letnim Australijczykiem, który stał się postrachem świata polityki. A w dniach ostatnich najbardziej poszukiwanym Ziemianinem. Ciekawe, kiedy go złapią?

    7

    Ja w każdym razie – bardziej niż chowanie się po kątach przed FBI – wolałbym znów, jak przed wielu laty, jeździć tym wojskowym chlebowym wehikułem i rozdawać wrocławianom mikołajowe prezenty. Tak mi przedświątecznie dopomóż Bóg. Howgh!

    Zdzisław Blues Smektała
    501 40 40 64
    bbd@bbd.pl

    Fotografie – prawie wszystkie – wykonała młoda zdolna artystka Hania Glegoła (mieszkająca nieopodal prywatnej piekarni na Pilczycach)