Smecta 28 – Bożena ze wsi Lasów, jak makaron wije swój zasrany życiorys (działo się w 1971)

Cykl obrazków z mojego autorskiego tomu „Jazz Baba Riba”. Opublikowanego we Wrocławiu jakiś czas temu (nakład 5 tysięcy!). Z przedmową Tadeusza Nalepy (Breakout) i Tadka prywatnymi zdjęciami. Z ilustracjami Johna Lennona (The Beatles). Także z ilustracjami Andrzeja Mleczki (Kraków Motown).

„Książka jest upoetyzowanym fotograficznym zapisem stanów duchowych nastolatków żyjących na przełomie lat 60 i 70. Mały realizm miesza się tutaj z marzeniami o wolnym świecie wypełnionym muzyką rokową, seksem, wielkim szmalem, zachodnią cywilizacją. Buty beatlesówki, adaptery Bambino, pocztówkowe płyty, wina patykiem pisane (bełty, bałagany, alpagi), włoskie ortaliony, kurtki szwedki, klej butapren oraz Tri (służące do wąchania) i gitarowe wzmacniacze to nieodłączny element scenografii tych gomułkowskich, biednych czasów naznaczonych jednakowoż pokoleniową” – napisał kumaty krytyk.

Wierszotekst Dziesiąty

Smecta 28 – Bożena ze wsi Lasów, jak makaron wije swój zasrany życiorys (działo się w 1971)

Nie – nie zamierzam dłużej ukrywać tego faktu

O wiele bardziej wolałam pić duszkiem, z gwinta

Szprycowanego siarą jabola, albo bałagana, albo bełta

Z autografem łysego premiera Cyrankiewicza

Niźli tyrać z ojcem, w zbrylonej nienawistnej ziemi

Zdrapywać z łysiny pola schorowany plon

Korzenie, bulwy, łodygi, i co tam jeszcze z niej wyrasta

smecta (13)

Tu, w Zgorzelcu, nadgranicznym mieście Sądu Powiatowego

Przynajmniej nauczyłam się na pamięć brzmienia paragrafów

Wsadzał mi każdy komu stał, kto miał na to najmniejszą ochotę

Ale, gdyby nie ci owiani smrodem wódy kochankowie

Czy wiedziałabym, że paragraf dwieście dziesięć

To w karnym kodeksie jest napad z rabunkiem

(dawne dwa pięć osiem)

smecta (9)

Dymał mnie ten, kto akurat podsunął mi miskę

Szklanę berbeluchy, ognik wspólnego śluga

Ja leżałam wówczas na wyrku bez nerwów

Wzrokiem szukając na ścianach zacieków oraz pajęczyn

W niedzielę to nawet kwitłam w hawirze jak dama

Nie musiałam, jak na wsi, doić zabłoconych krów

Czy w krochmalonych szmatach zasuwać na sumę

smecta (1)

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nieraz kochankowie spuszczali mi bańki

Lecz tak naprawdę chłopcy bili tylko z pożądania

A nie, jak ponury ojciec, z wielkiej nienawiści

Gdy wieś, w rechocie, tykała go brudnym paluchem

Czasem do mej nory przychodził piękny blondyn

Nazywany przez ferajnę jebniętym jazzmanem

Gdy nie był zbytnio nawalony goudą

Wyciągał z sołdackiej bluzy ustną harmonijkę

smecta (11)

Grał na niej cudowne powolne piosenki

Polonijnych zespołów z Chicago

Śmiał się, pięknym basem, mówiąc, że to wiejski blues

Melodie były piękniejsze niż procesja w Boże Ciało

Niż zawalone tandetą niedzielne odpustowe stragany

Wspanialsze nawet niż schłodzona wódka

http://youtu.be/CqPjvbnMn7U

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *