Dzisiaj Smectę podam w większości obrazkową. Będzie bowiem o jedzeniu.
A food, podobnie jak rodzina, najlepiej wychodzi na zdjęciu. Silnie zaś na kolorowym.
A było to tak:
W minioną niedzielę poznałem prawdziwą góralkę (degarkę), panią Tran Thi Minh Phuong. Pani Tran musi regularnie pić tran – ma bowiem 45 lat, a wygląda na 30 (Azjatki tak mają). Pochodzi z Wietnamu, z położonego w górach miasta Dalat (30 razy większe od Karpacza). To u nich miasto niewielkie. Naród liczy ponad 100 milionów (a takie miasto Saigon, czyli Ho Chi Minh, ma 11 milionów obywateli) .
Rynek w Dalat
W tych 100 milionach aż 33 procent nie ma 14 la (!!!)t. Oldbojki i oldboje powyżej 65 roku życia, stanowią zaledwie 5 procent hybrydowego ludu. Gdyby tak było w Polsce, Donald Tusk rządziłby przynajmniej do 2022 roku. A PiS uległoby harakirowemu samorozwiązaniu.
Dalat (Đà Lạt), słynie nie tylko z pani Tran, ale i z rozszczepiania uranu (!!!), plantacji kawy i wybornej, rzadkiej herbaty. To kurort w podobieństwie Karpacza, Zakopanego.
Pani Tran ma na imię Phuong.. A jest to nazwa kwiatu, którego zakwitnięcie oznacza dla Wietnamczyków kanikułę, wakacje. Ale pani Tran nie wyglądała wywczasów.
Wyjechała z Dalat po angielsku, jako polityczna uciekinierka. Przeflancowana zeszła z wietnamskiego handlowego statku na ziemię Tajlandii. Azylu udzieliła jej syta Szwajcaria. I tam, w roku 1989, wylądowała. Konkretnie w mieście Lozanna – kontentując podniebienia miejscowych smakoszy w restauracji imienia jej miasta – Dalat.
Do tej restauracji przychodził też postawny Francuz, oczywiście o imieniu Franck. Cztery lata starszy Franck, miał blisko 190 centymetrów wzrostu (Huongh ponad 150), i nieustanną chcicę na wielkie krewetki z grilla. Franck pracował w samochodowej fabryce Jaguara. Był zawodowcem, wprowadzał i serwisował Jaguary w USA.
W restauracji Dalat łypał pożądliwie okiem nie tylo na krewetki, ale i na panią Tran. Tak skutecznie, że posiadł ją razem z restauracją. Pomimo, że pani Tran nie śpiewała mu wietnamskich hiciorów, nie tańczyła po azjatycku – wyjechali do Dalat wziąć ślub.
Ale wśród plantacji herbaty nie porosił o azyl, wrócili do Lozanny i zaczął się raj. Przy Place du Vallon 5 (możecie zadzwonić – 021 312 43 68) przybywało gości, na stronach internetowych pisali najczęściej tak: Jest to absolutnie przyjazne miejsce… Właściciel jest Francuzem, który związał się z Wietnamką. Używają tu ciekawych przypraw prosto z Wietnamu. Zawsze ciepłe powitanie, jedzenie jest naprawdę doskonałe. To miejsce jest wyjątkowe. Chociaż zabytkowy chalet zasługuje już na odświeżenie. Prawdopodobnie nie ma wystarczającego budżetu. Dalat, to jedna z najlepszych kuchni azjatyckich w tej części Szajcarii. A na pewno konkurencyjna cenowo dla wszystkiego, co wokół.
W lozanneńskiej restauracji Dalat, zagościł któregoś razu słynny Anthony Michael
Czyli Tony Bourdain – świrnięty amerykański szef kuchni i osobowość telewizyjna. Znany dzięki książce Kitchen Confidential: Adventures in the Culinary Underbelly. Oraz prowadzonemu przez niego programowi kulinarnemu Anthony Bourdain: No Reservations and The Layover na kanale Travel Channel. Na peno znacie tego gagatka .Tony, jak to on, zjadł wiele (wielkie chłopisko), ale szczególnie pochwalił ostrą zupę wypełnioną po brzegi owocami morza.
I tak trwałaby ta idylla gdyby Huong i Franck nie wybrali się rok temu (turystycznie) do Wrocławia. Przyjechali, zobaczyli i uznali, że we Wrocławiu jest spokojniej nawet niż w wielokulturowej Lozannie (dobrze, że incydent na uniwersytecie z profesorem Zygmuntem Baumanem zdarzył się później). Spotkali życzliwych ludzi, spodobał im się klimat naszego miasta – więc zaczęli szukać miejsce pod restaurację Dalat II. Znaleźli przy ulicy Grabiszyńskiej. I oto jest Dalat II. Franck, zamiast, jak to robił w Wietnamie, jeździć po wertepach 20 tysięcy kilometrów miejskim skuterem, oswaja się z Polską, Wrocławiem.
Dalat II to restauracja wietnamska „inna niż inne”, też azjatyckie.
Nie ma tutaj zasady – co biega i lata po świecie to do gara. Potrawy szykowane są według regionalnych przepisów z prowincji Lâm Đồng, którego stolicą jest właśnie miasto Dalat. Specjalność to krucha, pieczona kaczka (zupełnie inna od pekińskiej), albo danie wielomięsne na jednym talerzu, czy gigantyczne krewetki z grilla. Sypka w ustach wołowina Luc Lac – też nie jest w jadłospisie sierotą. Na deser możecie, oczyszczając smakowe kubki, wypić prawdziwy zielony czaj z Dalat, w jedynym z tą herbatą miejscem w Polsce.
A teraz pointa. Jak to się stało, że poznałem panią Tran?
Dostałem dwa miale od Czytelników, co oznaczał w moim poprzednim felietonie zwrot – Nasi Goreng. To z języka chińskiego, malajskiego, indonezyjskiego, wietnamskiego: dosłownie „smażony ryż” – tradycyjne danie kuchni malajskiej i indonezyjskiej, w swojej najprostszej postaci składające się z uprzednio ugotowanego i pozostawionego do wystudzenia ryżu, usmażonego z dodatkiem cebuli i przypraw. Aby więc moją wiedzę rozszerzyć, zanim ją podam Czytelnikom, poszedłem do Dalat II.
I od słowa do słowa stworzyła się zapisana tutaj rozmowa. A w niej owa pointa.
Wrokraff (tak mówi pani Tran), to ważne dla męża i dla niej miejsce w życiu. Mają oryginalną restaurację (Grabiszyńska 66E, telefon 71 337 27 76), w której, w cenach 1 złoty – to w przeliczniku – jedno Euro w Lozannie (!!!). Najecie się za dwie dychy (20 Euro!)
Wprawdzie Huong klientom nie śpiewa i nie tańczy, ale bardzo lubi i prezentuje muzykę piosenkarki o nazwisku Huongh Thanh. Przesłuchałem – to artystka wielka i wielowątkowa.
W jej muzyce pobrzmiewają nuty wytwórni ECM (Jana Garbarka, Tomasza Stańki), tony Weather Report, nuty Rumuna Georghe Zamfira. To niewiarygodne jaką jednością jest muzyka globalna. Sprawdźcie to zamawiając Tran oraz krewetki. To wyjątkowe miejsce.










Dodaj komentarz