Smecta 108 – Od rana – w myjni Gene Hackmana?
Równe 40 lat temu, Jerry Schatzberg, amerykański reżyser, nakręcił obyczajowy film „Strach na wróble”. Film, który mentalnie ustawił mnie na całe życie. Role grane przez Gene Hackmana i Ala Pacino, wryły się w moją wyobraźnię na zawsze. Były rozrabiaka Max (Gene Hackman) i młodszy od niego Lion (Al Pacino), kiedyś żołnierz marynarki wojennej, wyruszają z Kalifornii na wschód USA. Pierwszy odłożył sporą sumę pieniędzy i chce otworzyć myjnię samochodową w Pittsburghu. Drugi pragnie wrócić do porzuconej przez siebie żony, z którą ma dziecko. Ich chęć stabilizacji wynika ze zmęczenia rzeczywistością, nieustannego poszukiwania przygód. W czasie wędrówki – pieszo, autostopem i pociągami towarowymi – spotykają najprzeróżniejszych ludzi, zaś między nimi rodzi się przyjaźń.
Tak wije się historia oscarowego obrazu, który wstrząsnął kilkoma pokoleniami facetów (kobiet także). 
Oczywiście nie opowiem tutaj filmu do końca, jego bowiem przesłanie jest wciąż aktualne i jeszcze wielu moich czytelników może ten dramatyczny obraz obejrzeć. Skupię się na ważnym leitmotivie „Stracha na wróble” – czyli na samochodowej myjni. U Hackmana myjnia miała być portem jego trudnego rozchwierutanego życia. Po meandrycznej wędrówce przez nieustanne kłopoty, myjnia miała zmyć patynę występków, wyprowadzić go na prostą. Miała spowodować, że jego życie nie będzie już tak zakręcone. Coś w tym jest, w każdym ze światów. W USA, w Polsce – także, uwaga, w Stabłowicach, zachodniej dzielnicy Wrocławia. Tutaj właśnie znalazłem myjnię, w której nierytualnego oczyszczenia doznaje mój postmodernistyczny czarny bolid – Nissan Cube (Geneva 2010). Pracują w niej profesjonaliści. Czuję, że i Gene Hackman byłby zadowolony z jakości usług tej niewielkiej, dobrze skomponowanej firmy. 
To właśnie przy miejsko-wiejskiej ulicy Głównej 69 (baczcie na nazwę ulicy oraz pełen seksu numer tej posesji – 69), nieopodal mojego spichlerza, odkryłem miejsce, w którym samochody (wśród nich mój motoryzacyjny cudak) nabierają porządnego blasku, młodnieją. Kilka dni temu, rozmawiałem z Tomkiem Andrzejewskim, mniej więcej rówieśnikiem kultowego filmu „Strach na wróble”, szefem tej skuteczne (w przepędzaniu brudu) niewielkiej myjni. Oto zapis rozmowy przeprowadzonej pomiędzy wizytami różnej marki samochodów.
Skąd wzięła się u ciebie admiracja dla samochodowej myjni?
Moje zainteresowania od dziecka (jak pewnie każdego zbyt żywiołowego chłopaka) związane były z motoryzacją, markami wybłyszczonych, rasowych aut. Bez przerwy rozkręcałem i składałem kupione przez rodziców resoraki. Następnie, często jeździłem na kolanach u ojca, czy w asyście starszego brata, trochę łamiąc przepisy i zakazy. Natomiast przygoda z myjnią zaczęła się zupełnie nieoczekiwania i przypadkowo, co mnie jednak bardzo cieszy. Połączyła moją pasję do motoryzacji z możliwością zarobkowania, utrzymania rodziny. W końcu robię to co lubię!
Zanim zacząłeś własny biznes, doświadczałeś tego fachu u konkurencji, widziałeś organizację myjni – na przykład w innych krajach Europy, u sąsiadów za miedzą?
Oczywiście. Zabierałem się do tej roboty z rozmysłem, pozytywistycznie. Widziałem organizację i styl takiego specjalistycznego przedsięwzięcia na północy Niemiec, także w Irlandii. Jednak tych dużych, technologicznie nowatorskich myjących kombajnów na razie nie można porównywać z moim niewielkim biznesem. Dążę jednak do tego, aby tu również wszystko działało, jak mechanizm sprawnego zegarka. Aby wszystkie trybiki samochodowej ablucji współgrały ze sobą. To wymaga jeszcze wiele pracy mojej i całego zespołu, kierunek jest właściwy.
Skoro się tak starasz – samochody myją w firmie „Tomii” wyłącznie gwiazdy, bogowie ekranu i celebryci. Wiem, że odświeża tutaj auto mój koleżka, podpora kabaretu „Elita”, Staszek Szelc. Przysłałem na Główną aktora Roberta Gonerę.
Wyłącznie mega gwiazdy jeszcze nie w tym sezonie. Cha, Cha, cha! Klientów nie da się sklasyfikować według jednego schematu. Obsługujemy Klienta korporacyjnego, mniejsze firmy oraz, bardzo cennego (!) klienta indywidualnego. Od rencisty, przez ludzi middle class, po rajdowców, uznanego lekarza, czy prawnika z dokonaniami. Od osób zwariowanych na punkcie własnego auta (tak zwanych gadżetowych detalistów), przez wesołych gawędziarzy, pragnących współdziałać z pracownikiem myjni, wspomagających nas podczas pracy „racjonalizatorsko”, po osoby zagonione, wymagające i niecierpliwe, które oczekują dobrej jakości z szybkością błysku pioruna. Mamy taki właśnie ludzki kalejdoskop. Ale dajemy radę. 
Czy twoja myjnia – o coraz lepszej reputacji, specjalizuje się w niecodziennych usługach?
Owszem. Staramy się sprostać wymaganiom najbardziej wymagających klientów. Dlatego stawiam na profesjonalizm i dokładność, na niedoróbki przy ulicy Głównej 69 nie ma miejsca. Skupiamy się na dokładnym myciu, sprzątaniu i „praniu” samochodów. To oczywiście zalecany standard. Jednak podejmujemy również nietypowe zlecenia, jak na przykład swoistą rewitalizację karetek pogotowia, specjalistycznych przyczep do przewozu koni. Życie wyznacza nam zakres tych czyszczących robótek.
Czyli Jaguara posła Kalisza oraz Maybacha księdza Rydzyka, jeszcze chyba nie myłeś. A jakie inne wypasione bryki gościły pod brezentem twojej myjni? Jakie samochody u mnie dokujące – to to moje prywatne marzenia? Mhmmm. Jest kilka, o których nie można tak łatwo zapomnieć. Z tych nowoczesnych klasy VIP, to na przykład nowy model mercedesa ML z 2013, albo Jeep Grand Cherokee, czy marzenie niejednego kierowcy, wspomniany już Bentey. A przeciwstawnie klasy aut? Niezapomniane: syrenka, duży fiat 125p, czy fita 126p z lat 70. ubiegłego wieku – prawdziwe, bardzo dobrze zachowane klasyki polskiej motoryzacji. 
Myjąc auta napawacie się muzyką klasyczną, rockiem, jazzem, bluesem?
A to jest z kolei, jak w realnym życiu. Wszystko zależy od dnia, pogody, natłoku zdarzeń. Jednak pracujemy w zdecydowanym, synkopowym rytmie rocka – ruchy gąbką są jakby bardziej skuteczne. Więc w pracy nad karoseriami preferujemy rytm i żywiołową muzykę.
Rock’n’rolla już w twojej firmie – przy pracy – mamy. A zawodowe motto, znak rozpoznawczy – Tomaszu Andrzejewski.
Wash and go!!! To zawołanie dla prasy – a tak na serio: Lepiej próbować i potem żałować, niż żałować ,że się nie próbowało. Krótko mówiąc „Wszystko w życiu zależy od Ciebie”. Czyli ode mnie! Co mogą każdego dnia weryfikować nasi klienci przyjeżdżający na ulicę Główna 69. Nasz telefon, to łatwy do zapamiętania numer: 883 773 077. Zapraszamy!
Na zakończenie – kawałek hiciora, który często rozbrzmiewa w myjącym przedsiębiorstwie Tomka.
Zdzisław Smektała. bbd@bbd.pl




Dodaj komentarz