Ostatnia książka w celi śmierci

Papadopoulos, Trembulak, Vasiloff, Rac, Błachaniec, Kantorski, Finkelstein, Panfil, Vrazas, Bałanda


JEDEN

Dzisiaj, w poniedziałek, na początek tygodnia, naddajmy się ciutkę Duchowi. Biblioteka miejska w Zgorzelcu obchodzi 70, ma 5 lat więcej niż ja. Panie bibliotekarki zapytały mnie czy w jubileuszowym katalogu mogą wykorzystać tekst, który publikowałem w gazetach sporo lat temu. A mając lat naście, pochłaniałem książki tak, jak nakazywał ulubiony mój pisarz, Sandor Marai. Niedawno poznałem w jego Dzienniku zdanie, że „Czytać należy tak, jakbyś w celi śmierci czytał ostatnią książkę, którą ci przyniósł strażnik więzienny”. W latach 60. byłem pryszczatym zbuntowanym podrostkiem. Ale książki pochłaniałem jak recydywista.

Moi, urodzeni już w Zgorzelcu rówieśnicy, nazywali się niecodziennie: Papadopoulos, Trembulak, Vasiloff, Rac, Błachaniec, Kantorski, Finkelstein, Panfil, Vrazas, Bałanda. Ich rodzice przybyli nad niemiecką granicę z nieznanych krain. Zatem, syn ekspedientki Wojskowej Centrali Handlowei (mama pochodziła z Gostynia) i konduktora Polskich Kolei Państwowych (pochodził z Jarocina), topiłem się w wielokulturowym daniu. Jadałem czulent po ukraińskim barszczu, wieczorem tzatziki łamane przez gzik. Aby więc złapać azymut Nowej Epoki, zaspokoić ciekawość świata, czytałem mnóstwo książek. Zatem po latach napisałem w felietonie, wywołanym przez bibliotekarki, tak:

smektalyki-5-g-g-marquez-2

DWA

„Biblioteka w Zgorzelcu była dla mnie prawdziwą grecką agorą. W jej wnętrzu czekali na mnie pisarze oferujący Tajemnicę. Między stronicami własnych powieści zamknęli nieznane rzeki i lądy, egzotyczne kontynenty. A przede wszystkim mieszkali tam, w powieściowych wersach, bohaterowie niezwykłych historii, ludzie tak kulturowo odbiegający od przaśnej, gomułkowskiej rzeczywistości ( innej wszak nie znałem). W latach sześćdziesiątych biblioteka przy ulicy Bohaterów Getta pomagała mi kreować własny wewnętrzny świat. Tak sugestywnie, że gdy w powieści Karola Maya umierał ojciec Winnetou, zmieniłem bieg akcji przywracając mu zdrowie, krzepę, miłość bliskich.

Wpływ miała na mnie także obecność w Zgorzelcu greckiej diaspory. Teraz, dzisiaj, mogę stwierdzić, że obecność pokancerowanych wojną Hellenów, tworzyła w naszym mieście klimat powieści Marqueza „Sto lat samotności”. Klimat pomieszania losów Greków, Żydów, Niemców, Ukraińców, napływowych ludzi z Centralnej Polski, Wielkopolski, ze Wschodu. Ten człowieczy tygiel, naszpikowana minami granica z NRD (zwana eufemistycznie Granicą Przyjaźni) tworzyły dobrą glebę dla pojmowania powieści Dos Passosa, Steinbecka, Szołochowa, Gogola. Chociaż, rzecz oczywista, nastolatkiem będąc, nie miałem o tym wówczas bladego pojęcia. Wówczas to, bodaj w roku 1967 (jako szesnastolatek), sięgnąłem powieść Franza Kafki „Ameryka”. Ale nie uczyniłem tego znając już mroczne pisarstwo suchego prażanina.

Zafascynował mnie tytuł, powieści, bowiem Amerykę, czyli USA, kochałem w socjalizmie bezgranicznie. Za Coca – Colę, jeansy Levi’s Straussy, Elvisa Presley’a, gumę do życia Wrigley’s, szatana Harleya Davidsona. Książka była oczywiście o czymś zupełnie innym, ale długo nie mogłem się po jej lekturze pozbierać. To z tej biblioteki wypożyczyłem „Buszującego w zbożu” J.D. Salingera i inne wielkie powieści kształtujące mnie na wiele lat naprzód. Naprzeciw tej literackiej agory, po drugiej stronie ulicy, moja mama prowadziła sklep Wojskowej Centrali Handlowej.

Tam właśnie, na zapleczu, w otoczeniu galowych wojskowych mundurów, marmolady w ogromnych blokach, worków kaszy gryczanej, butów oficerek, kalesonów, pomarańczy i śledzi, często czytałem to, co przed chwilą przyniosłem z biblioteki, ważnej dla mojego życia instytucji. Moja mama, Teresa, miała najwięcej wypożyczeń wśród dorosłych, ja zaś wśród młodzieży. Dzisiaj się tym megalomańsko chwalę. Wówczas, w szarych małą stabilizacją latach sześćdziesiątych, była to moja najważniejsza edukacyjna ścieżka, wyboista wstążka którą stąpałem wprost narkotycznie.”

 TRZY

Panie z biblioteki, miesiąc temu, poprosiły także abym napisał wstęp do jubileuszowego katalogu, więc napisałem tak: „Prawdziwa Ojczyzną człowieka jest jego dzieciństwo, młodość. A moją Ojczyzną jest Zgorzelec – do którego tęsknię coraz silniej. Kiedyś mojemu miastu zadedykowałem jedną z powieści: „Dedykuję ją miastu Zgorzelec, które kocham bez wzajemności”. Prawie całe dorosłe życie przeżyłem we Wrocławiu (46 lat!), ale obrazki zgorzeleckiej młodości, dzieciństwa – nabierają coraz bardziej wyrazistych barw, konturów. To także znak zbliżającej się, rozpoczętej starości. Jednym z takich obrazów napływających z przeszłości – to długie uporządkowane szeregi książek obłożonych w jasnobrązowy gruby papier – zachęcających do zanurzenia się w inny świat.

Leżały te tomy na regałach zgorzeleckiej biblioteki. Było to miejsce – dla mnie – równie ważne, jak zalew „Zatoka” za jednostką wojskową przy Francuskiej, gdzie bawiliśmy się w Indian Apaczów. Jak oczko wodne „Szkalna wata” za zgorzeleckim POM, gdzie nauczyłem się pływać, skakać z drzewa na główkę. Czy wojskowa hala przy stacji Zgorzelec – Miasto, okazyjnie przerabiana na miejsce estradowych koncertów. Albo amfiteatr przy PDK, do którego przyjeżdżali „Polanie”, Niemen, „Niebiesko – Czarni” z moim późniejszym kumplem serdecznym, Wojciechem Kordą w roli wokalnej gwiazdy („Niedziela będzie dla nas”). Bez tej książnicy byłbym innym człowiekiem. To setki wypożyczonych stamtąd książek spowodowały, że w poszukiwaniu Nieznanego, drogi do Nieba, a częściej – rzecz jasna – do Piekła, wyjechałem z mojego ukochanego miasta w roku 1970 na zawsze (?). W 70. rocznicę istnienia Magicznej Krainy Cudzych Myśli kłaniam się w pas i obmywam stopy Pań Bibliotekarek.

smektalyki-5-g-g-marquez-4

CZTERY

W odpowiedzi dostałem maila: „Szanowny Panie Redaktorze , bardzo dziękuję w imieniu swoim i nas wszystkich  za tekst o bibliotece . Czytając uśmiecham się i wzruszam . Katalog będzie wydany na nasz jubileusz , który odbędzie się 19 października. Niebawem wyślemy zaproszenie. Pozdrawiam serdecznie . Maria Kret”.

Taką „Sorbonę” łykałem w szczenięcych latach na antypodach Polski, w latach, gomułkowskich haseł: „Jedzcie dorsze, gówno gorsze” (dzisiaj dorsz droższy jest od szynki), „PZU ubezpieczy Ciebie i Twoje mienie” oraz „Margaryna jak masło”. To nie były slogany napisane przez Wańkowicza.

smektalyki-5-g-g-marquez-5

15 letni autor (1966), Zdzisław Smektała, wygrywa kilogram szynkowej kiełbasy (bez konserwantów) w powiatowym quizie: „Muzyka saksofonisty Charlie Parkera, jako ilustracja, brudnych, kosmopolitycznych zakusów UNRR”.

Komentarze

2 odpowiedzi na “Ostatnia książka w celi śmierci”

  1. Awatar Stabo
    Stabo

    no i cala to prawda Zdzichu… 😉
    A pamietasz moze historie Twach Levis´ow z nad bruegu Roznowskiego jeziora…?
    Warta by tez byla kiedys malego esseyu……..;)) )

  2. Awatar Andrzej-Ludwik Włoszczyński

    Jednegośmy rocznika Zdzisławie, to i te nazwiska kolegów ze szkoły, mimo różnicy miejsca (Wrocław), i mnie przywołały w pamięci ten etniczny kocioł, w którym żadnemu z nas nie przeszkadzało pochodzenie tego drugiego. Wtedy potrafiliśmy i część nadal to potrafi. Może to kwestia tego czytania, namiętnego, wtedy.
    Ściskam serdecznie
    alw

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *