Wąchanie butaprenu w big-bitowych sztybletach Beatlesów

Wąchanie butaprenu w big-bitowych sztybletach Beatlesów

„The Beatles” w poczekalni sławy

JEDEN

Zadzwonił Piotrek Wawrzynów, wzięty wystawca sztuki, organizator imprez. Ma otwarte zlecenie, od globalnej korporacji, aby na ivent, ściągnąć do Wrocławia światową muzyczną gwiazdę. Aby koszt tej zabawy nie był sążnisty. Za to medialny grzmot do samego nieba. Poradziłem mu zatrudnienie oprószonego patyną wielkiego supergwiazdora., „chuligana” francuskiego rocka – Johnny Hollyday’a (wierzgający mąż Sylvie Vartan). Za umiarkowaną kasę – przyleci na kilka godzin małą Cessną – ściągnie do Wrocławia wszystkie możliwe telewizje. To Hollyday właśnie, w latach 70., tak „przemeblował” hotel Cracovia, że remontowali go tygodniami. Rockman ten przyszedł mi też na myśl – po telewizyjnej premierze w Canal +, dokumentalnego filmu „Beatles vs. Rolling Stones”.

DWA

„Beatles vs. Rolling Stones”, to ciekawy niezwykle dokument, pokazuje początki rywalizacji dwóch legendarnych zespołów. „Jak ten pojedynek wyglądał? Co myśleli o nim sami członkowie zespołów? Czy rywalizacja naprawdę istniała? W filmie wypowiadają się reżyserzy z którymi współpracowali artyści, szefowie ich fanklubów, a także przyjaciele. Dokument zawiera w sobie także wiele unikatowych, archiwalnych zdjęć i nagrań.” Od razu przypomniała mi się moja młodość, z bardzo podobnymi – jak w filmie – biograficznymi wątkami. W Liverpoolu, gdzie w latach 60. zaczynali karierę Beatlesi, grało w tamtejszych muzycznych klubach 350 zespołów. W Zgorzelcu, w latach 60., liczyły się tylko 2 porządne kapele. Osobliwym faktem, były to 2 zespoły całkowicie greckie.

tapety-58

Część greckiej rockowej kapeli „Apollo-nes”

TRZY

Jeden nazywał się „Micky-des”, drugi zaś „Apollo-nes”. W Liverpoolu, menadżerem „Beatlesów”, pod koniec 1962 roku, został Brian Epstein (1943 – 1967, przedawkował), redaktor muzyczny gazety Mersey Beat, właściciel muzycznych sklepów. Gdy ja, w pamiętnym wydarzeniami politycznymi roku 1968, zostawałem menadżerem grupy „Apollo-nes”, miałem 17. lat, zaczynałem pracę fizola, elektryka w kopalni „Turów”, bo w trzeciej klasie, wyrzucili mnie z technikum górniczego. Miałem także syntetyczne spodnie w kratkę podarowane przez UNRR, wojskową marynarę, t-shirty farbowane domowo, jak te Joe Cockera, gdy śpiewał na festiwalu w Woodstock. Miałem też kilka pocztówek dźwiękowych. I mogłem do woli, przy bakelitowym „Pionierze”, słuchać Radia Luxemburg z muzyką mojego pokolenia.

tapety-137

Jedno z ostatnich wspólnych zdjęć zespołu „Micky-des” (brak Takisa Papadopulosa).

CZTERY

Gdy John Lennon, w roku 1966, powiedział, że „Beatlesi” są słynniejsi od Jezusa, gdy w USA, członkowie Klu Klux Klanu, zaczęli rozbijać i palić beatlesowskie płyty – miałem jedno tylko marzenie. Stać przy takich ogniskach i zabierać do domu niespalone krążki słynnej kapeli. Mój zespół „Apollo-nes”, dopiero wchodził na zgorzelecki rynek muzyczny. Popularniejsi byli chłopcy z „Micky-des”. Gorys Ikonomu, Nasio Jakowidis, Takis Papadopulos i Stelios Maksuris (jedynie on jeszcze żyje), zawładnęli słuchaczami w piwnicznym klubie „Na dole”, w którym, z każdego kąta pachniało rozpustą, tygodniową pierzyną. Grali ostrzejszego rocka, na big-bitowo przerabiali tradycyjną muzykę grecką (ale nie nadużywali buzuki). Mieli też dobry – na tamte lata – sprzęt. Lampowe wzmacniacze, marki „Telos”, perkusję „Amati”, werbel od świetnej firmy „Szpaderski”. Mieli nawet, chyba jedną, słynną wówczas czeską gitarę marki „Jolana”. A świetny gitarzysta basowy – Takis Papadopulos (byłem zakochany w jego mamie, podobnej do wdowy z filmu „Grek Zorba”, kobiecie o sercu partyzanta), sam konstruował znakomite elektryczne przetworniki do gitar.

oldziak-45

Wasz 17. letni menadżer, czyli ja (z Tadeuszem Chrobakiem, ten z prawej)

ePIĘĆ

Kapela, którą jakiś czas dowodziłem, była wiekowo młodsza od „Micky-Desów”. Wiele naszego sprzętu, to były samoróbki, elektryczne domowe przystawki do gitar, radioodbiorniki przerabiane na wzmacniacze o mocy zaledwie 2 watów! Ale chęci do konkurowania z brytyjskim rynkiem rock and rolla – nikt nam nie mógł odebrać. Prym w „Apollo-nes” wiedli bracia Angelopulos. W tym zespole zaczynał, znany w późniejszych latach jazzowy perkusista, Juwanudis Sarandis, zwany Serkiem. A Janis Angelopulos, został, wiele lat później, przedstawicielem na Grecję – fabryk Ursus i Bizon. Terenem mojego koncertowego działania był górniczy klub „Kubuś”. Oraz ponadpodstawowe szkoły, gdzie na potańcówkach, pojawiały się z Goerlitz – w ramach międzynarodowej przyjaźni – kobiety aktywistki w partyjnych niebieskich koszulach, dojrzałe do wszelkiej zabawy. Kobiety z niemieckiej połówki naszego przedzielonego Nysą miasta. Należące do FDJ, takiego teutońskiego ZMS.

SZEŚĆ

W organizacji imprez, rywalizowałem wówczas z kumplem, Tadeuszem Chrobakiem, który robił furorę, ściągając z Wrocławia do Zgorzelca, słynną wówczas grupę braci Miller. Przyjaźnię się z nimi do dzisiaj. Tadek był też organizatorem tras cygańskiego zespołu „Kałe Jakha”, pochodzącego z nieodległego Lubania Śląskiego. Niestety, Tadzik Chrobak, wielbiciel (mieliśmy wówczas po kilkanaście lat, panował w kraju mały realizm spod znaku Gomułki) książek Fiodora Dostojewskiego, odjechał w mesjanizm. I dokonał żywota w Sieniawce, największym w okolicy psychatryku. W tym Zgorzelcu lat 60., wszyscy: „Micky-Desi”, „Apollo-nesi”, domorośli organizatorzy koncertów (na których najodważniejsi wąchali halucynogenny klej butapren) marzyliśmy, aby się wyrwać w wielki świat – a przynajmniej do Wrocławia.

zpunk

Zakręcony (jednak bez udziału butaprenu) Zdzisław Smektała, przeżywa utwór „Hey Joe” Hendrixa.

SIEDEM

W premierowym, dokumentalnym filmie „Beatles vs. Rolling Stones”, jest taki fragment, że przebojem liverpoolskich sklepów Briana Epsteina, były umieszczone tam gramofony ze słuchawkami, okupowane przez słuchaczy. I ja doznałem tego uczucia. Gdy tylko otworzyli granicę z NRD, w każdej możliwej wolnej chwili biegłem do Goerlitz, na Berlinerstrasse, gdzie w muzycznym sklepie słuchałem z płyt „Amigi”, „Suprahonu”, „Deutsche Gramophone – stereofonicznego jazzu, bluesa, rocka. Sprzedawczynie brały mnie za dziwaka i nie pędziły za drzwi. Takie oto mam wspomnienia ze zderzenia beatlesowskiego, wielkiego Liverpoolu – z małym, ale charakternym Zgorzelcem. Wszak duma, uprzedzenie, ochota wydobycia się z anonimowości, smak sukcesu i klęski – tak samo rezonuje w młodych ciałach, w natchnionych duszach. Piszę te słowa tuż przed Świętem Zmarłych. Briana Epsteina, menadżera „Beatlesów”, Bóg zabrał do siebie w wieku 32. lat. A ja, oprószony stoicki bluesman, wciąż piszę słowa, felietony, prozę. Opowiem je kumplom, rówieśnikom, we wrocławskiej kawiarni „Literatka”. Może Bóg lubi mnie trochę mniej? Ale niech tam – co się będę kłócił!

Zdzisław Smektała – za młodu ze Zgorzelca         bbd@bbd.pl

apollones-beatles-1

Pomniki Beatlesów w Liverpoolu

Rok temu, w Liverpoolu, odsłonięto pomnik (pomniki) zespołu „The Beatles”. Może Nikos Ruskietos, Grek, radny i też muzyk, odsłoniłby w Zgorzelcu tablicę poświęconą kumplom muzykom, którzy swoim talentem europeizowali mieszkańców tego nadgranicznego miasta. Pomogę organizacyjnie i finansowo. To się im – kur…- należy. W tym coraz gorszym świecie.

 

Komentarze

Jedna odpowiedź na “Wąchanie butaprenu w big-bitowych sztybletach Beatlesów”

  1. Awatar Tadeusz Obajtek

    Sentymentalnie ,dobrze powspominać stare czasy.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *