Sławomir Mrożek budzi Demony! EuroDetektyw – cz. 15

Jesienny Raptularz Zdzisława Smektały

Czwartek, 7 dzień października 2010

Dzwonię z gratulacjami do kumpla po piórze – gdańskiego pisarza Romana Warszewskiego. Romek jest pisarzem, dziennikarzem, wielkim znawcą pisarstwa iberoamerykańskiego, smakoszem literackiego „magizmu”. Jest apologetą Ameryki Łacińskiej tak wielkim, że z Peru przywiózł – przed laty – do Polski żonę. A to właśnie „podopieczny” Romka, 74-letni Mario Vargas Llosa z Peru otrzymał od Szwedów literackiego Nobla! Llosa to żelazny kandydat do tej nagrody od lat co najmniej dwudziestu, więc krzyków – O Jezuuu! – nie było.

Mario Vargas Llosa

Staruszkowie ze Sztokholmu – tym razem – nie kłopotali globalnej publiczności dziwaczną decyzją, jak to w ostatnich latach bywało. Chłopaki uzasadnili z królewskiej trybuny, że Mario Vargas Llosa otrzymał nagrodę za: kartograficzne podejście do struktur władzy oraz za wnikliwą analizę oporu, buntu i porażki jednostki ludzkiej.

Na mnie dwie powieści Llosy zadziałały niezwykle prądotwórczo. Jego debiutancka powieść „Miasto i psy” – studium przemocy i bezradności w wojskowej szkole oficerskiej. Oraz „Pantaleon i wizytantki” – dla młodego faceta z niewyżytą wyobraźnią damsko-męski fascynujący poradnik. Akcja powieści rozgrywa się w latach 50. XX wieku w Peru. Głównym bohaterem jest poważny, sumienny (znakomity administrator) i stateczny świeżo upieczony kapitan intendentury Pantaleon Pantoja. Dostał rozkaz utworzenia lotnej służby wizytantek (czyli cór Koryntu) obsługujących w Amazonii napalonych żołdaków, by w ten „cywilizowany” sposób zmniejszyć falę gwałtów damskiej części tamtejszej krainy. Do dzisiaj polecam tę lekturę młodziakom – jest skuteczniejsza niż You Tube Porn.

Wiem natomiast, że Romek Warszewski niezwykle ceni powieść Llosy „Rozmowa w Katedrze” – ilustrującej skomplikowany miąższ peruwiańskiego społeczeństwa. Ale to kwestia gustu. A ponadto Warszewski napisał książkę o wilcacorze (nakład chyba ze 200 000 egzemplarzy!!!), czyli o roślinie powodującej ustąpienie raka – więc ma prawo myśleć prospołecznie, a nie prokreacyjnie!

W każdym razie Llosa to, obok Gabriela Garcii Marqueza, Carlosa Fuentesa i nieżyjących już: Julio Cortazara i Jorge’a Luisa Borgesa – jeden z najważniejszych współczesnych twórców Ameryki Łacińskiej. Zatem kolejnego samobója Szwedzkiej Akademii nie było.

Literacki Nobel został przyznany 102 razy. Laureata nagrody nie ogłoszono siedem razy, nagrody nie przyznawano w czasie trwania pierwszej i drugiej wojny światowej. Wielką Nobilitację otrzymało już 94 pisarzy i 12 pisarek. Wśród nagrodzonych kobiet jest najstarsza laureatka literackiej nagrody Doris Lessing, która miała 88 lat, gdy przyznano jej wyróżnienie. Zatem Mario Vargas Llosa to po prostu smarkul.

Piątek, 8 dzień października 2010

Jeszcze o literaturze, w piątek przed weekendem. Z księgarni Grażynki Krzemień, przy Kołłątaja, odbieram „Dziennik” mieszkającego w Nicei 80-letniego pisarza – Sławomira Mrożka. Musiałem się zapisać na sprowadzenie książki z hurtowni. Po kilku dniach od premiery księgarnie bowiem z Mrożka opustoszały. To pierwszy tom z literowej magmy składającej się z 5 tysięcy stron – maszynopisów i odręcznych notatek autora. Wydawnictwo Literackie z Krakowa opublikuje je w trzech tomach. Pierwszy tom „Dziennika” obejmuje zapiski z lat 1962–1969 – to okres, gdy Mrożek wyjechał z Polski, szykował się do życia na emigracji. Pierwsze zapiski wydanego właśnie dziennika w październiku 1962 roku, jeszcze w Krakowie.

Za 70 złotych 700 stron pięknego grzebania w brzuchu pisarza! „Dziennik” to bez wątpienia wydarzenie literacki kilku dziesięcioleci. To książka rozwalająca senność już po lekturze pierwszych rozdziałów.

Jedynym w tubylczym literackim tyglu lustrem do Mrożka może być dziennik Witolda Gombrowicza. Z tą różnicą, że „Dziennik” Mrożka jest świadectwem demitologizacji samego siebie. Mrożek wali po oczach, jaki jest naprawdę. Sekuje swój życiorys z żarem straceńca. Daleki jest od tego, jak postrzegają go zakochani w jego twórczości czytelnicy, czy teatralni widzowie. Zaś „Dziennik” Gombrowicza – to Niagara miłości własnej. Niezaspokojona autokreacja przedwojennego arystokraty. W zapiskach Mrożka przewalają się nazwiska największych polskich postaci kultury tamtego okresu: Lema, Miłosza, Jeleńskiego, Herlinga-Grudzińskiego, Błońskiego, Giedroycia i Czapskiego, których Mrożek spotykał, i z którymi wymieniał listy. Ale tylko na Gombrowicza mówił padrone i szef – taki czuł mores do autora „Ferdydurke”.

Moje z Mrożkiem pierwsze dorosłe spotkanie to „Małe listy”. Zbiór felietonów, który zaczął powstawać w roku 1974, gdy autor, przebywając już od lat wielu we Francji, wyjechał na dwuletnie stypendium do Berlina Zachodniego. Kontynuował te krótkie jednostronicowe zapiski do roku 1982, publikując kolejne odcinki w miesięczniku „Dialog”.

Polecam te mądre modlitwy, okraszone nutą sardonicznej skromności i roztropności, wszystkim tym szaleńcom, którzy postanowili żyć z publikacji tworów swoich myśli. To znacznie lepsze niźli zapisywanie się do bezliku dziennikarskich szkół, których we Wrocławiu namnożono na rogu każdej brukowanej ulicy. Możecie to sprawdzić wybierając się do najbliższej biblioteki, bo w księgarniach oczywiście posucha.

A teraz działająca na wyobraźnię cywilizacyjna pointa rodem z Mrożka. Byłem przez chwilę w jednym z wrocławskich supermarketów. Sześć grubych kotletów schabowych za sześć złotych (1 złoty za schaboszczaka!!!), pięciokilowy worek dorodnych ziemniaków za 3 złote, mocne ośmiovoltowe piwo w puszcze dwa złote, damskie zimowe kozaki 29, 99! Czy zatem materia w sposób doskonały nie zapanowała wreszcie nad duchem narodu? Tak, tak, tak!!!

Sobota, 9 dzień października 2010

Obiecałem w ubiegłym tygodniu powrócić na chwilę do zjednoczenia Niemiec. To nasz najważniejszy sąsiad, więc wieści o nim nigdy za dużo. Cały świat, za czołowego fightera w obalaniu komunizmu, uważa Lecha Wałęsę. Ja zaś – przewrotnie z lekka – dołączyłbym do niezamierzonych, przypadkowych obalaczy komuny Güntera Schabowskiego, urodzonego 4 stycznia 1929 w Anklam na Pomorzu, enerdowskiego działacza politycznego, ważnej fiszy SED.

Günter Schabowski

Po usunięciu ze stanowiska Ericha Honeckera jesienią 1989, Güntera Schabowskiego ustanowiono nowym rzecznikiem prasowym SED. I od razu niemal strzelił enerdowskim Niemcom samobója. Do dzisiaj zbyt blado komentowanego. Otóż 9 listopada wieczorem prowadził on transmitowaną na żywo konferencję prasową, podczas której niespodziewanie (z głupoty?) oświadczył, że od zaraz wszyscy Niemcy z NRD mogą bez wiz przekraczać granicę do RFN. To był szał i szok dla enerowskich obywateli – zwariowali.

Kilka godzin po tej konferencji, tego samego wieczora, pod naporem gęstniejących mas obalony został szlaban na berlińskim przejściu granicznym na Bornholmer Strasse. A następnie wszystkie pozostałe – prowadzące do Berlina Zachodniego. Tej fali już nikt i nic nie mogło zatrzymać. Gdy więc mówimy o drogach do wolności Europy, warto zapamiętać cudownego pechowca Güntera Schabowskiego, który zresztą odważnie przyjął na siebie moralną odpowiedzialność za zbrodnie systemu komunistycznego na obywatelach Niemiec. W tym także za strzelanie do ludzi nielegalnie przekraczających granicę. Po procesie, w którym przyznał się do winy, został skazany na 3 lata więzienia. Zwolniony po roku wyszedł na wolność w grudniu 2000.

Niedziela, 10 dzień października 2010

Prawie umieram, skręcam w rosyjskie nosidło do studziennej wody, ale wybieram się na budowę maślickiego stadionu, który ze względu na kształt nazywam czapką Taliba. Dzisiaj drzwi otwarte, każdy wrocławianin może się kręcić w okolicach płyty głównej przyszłych mistrzostw Europy. Piękny gest.

Wczoraj wieczorem przez chwilę bawiłem na weselu córki mojej wieloletniej znajomej. Rzecz działa się w restauracji Jester przy ulicy Kowalskiej, niedaleko Psiego Pola, Korony, salonu Mercedesa. Zimny rosół na powitanie, jedzenie oznajmiające, trącące Orbisem z lat 70. Chcąc zaszpanować śródziemnomorską kulturą, gospodarze podali kawałki ośmiornicy. Całkowita lipa. Obsmażyli ją w kawałkach, niczym smażonego dorsza. Mięso nie było wcześniej – co niezbędne – roztrzaskane. Pewnie wrzucone wprost na patelnię z głębokiego mrożenia. Zjadłem mały kawałek tej gumowatej miny. Czułem porażkę po pierwszym kęsie. Trudno było doczekać niedzielnego poranka. Ufff!

Ośmiornica

Ale jadę na stadion. Ludzi nie za dużo. Jeden ze zwiedzających – słyszę, narzeka na robotników z firmy Maksa Boegla. Mieli być Niemcy, a znów na budowie pracują Polacy. Ciemno to widzę – narzeka. Tłumaczę jak dziecku, że Mercedesy i BMW też na taśmie produkują w dużej mierze Turcy, ludzie dawnej Jugosławii, Polacy. Ważne jest, kto i jak organizuje pracę. A nie kto się bardziej spoci przy fuszerce. Pan to zawsze swoje, redaktorze, ale to chyba racja – daje się przekonać maruda. Często teraz jeżdżę do Pracz i widzę, jak magicznie rośnie bryła stadionu. Bardzo wierzę w powodzenie tej europejskiej idei.

Dzisiaj magiczna data – 10.10.2010.

Przyjąłem kilka okolicznościowych postanowień i życzeń na przyszłość. To do publicznej wiadomości jest takie oto, by nasz wrocławski stadion także po 2012 roku żył i oddychał płucami licznych widzów i kibiców przez długie lata. Portugalczycy, też organizatorzy mistrzostw Europy, chcą dzisiaj burzyć dwa wybudowane na tę okazję stadiony. Są martwe, spatynowane – generują koszty. Nasz wrocławski będzie kosztował około 900 milionów złotych (300 milionów dolarów). Portal Money.pl wydał z siebie wieść, że na Euro 2012 Wrocław zarobi około 100 milionów złotych. To wielkie ekonomiczne wyzwanie na przyszłe lata Wrocławia. Albo co tydzień Sting łamany przez U-2 i popychany Rolling Stonesami. Albo pomorek i stadionowy beton pokrywający się śniedzią. Wybudować stadion – hurra – damy radę! Utrzymać go – to zupełnie inny film!

Poniedziałek, 10 dzień października 2010

Wczoraj, we Frankfurcie nad Menem zakończyły się Targi Książki. Są największymi targami książki na świecie. Co roku skupiają ponad 7000 wystawców z ponad 100 krajów. Targi we Frankfurcie uważane są także za najważniejszą imprezę w międzynarodowym środowisku wydawniczym i multimedialnym. To najważniejsze forum wymiany myśli, tworzenia trendów, sprzedaży praw autorskich. Targi co roku odwiedzane są przez blisko 300 000 gości oraz 10 000 dziennikarzy. W 2010 roku gościem Honorowym Targów we Frankfurcie będzie Argentyna.

Targi książki we Frankfurcie

Dla mnie – który na targach był kilka razy – najważniejszy był rok 1988 – wystawiano tam w polskim pawilonie PIW moją nową powieś “Liszaj”. W tym także roku spotkał mnie zaszczyt – dłoń uścisnął mi Jerzy Giedroyć – wydawca, intelektualny mag. Niemal wcisnąłem mu maszynopis mojej innej powieści “Chcica”. Nie był zachwycony – takie maszynopisy wciskali mu po kilka dziennie – ale przyjął i obiecał przeczytać. Dobrze się wyrażał o twórcach Wrocławia. Prosił o pozdrowienie Ignacego Rutkiewicza, ówczesnego redaktora naczelnego miesięcznika “Odra”. W którym wówczas drukowałem comiesięczny feleton. Nie odezwał się już nigdy, co rozumiem – a odrzuconą przez Wydawnictwo Dolnoślkąskie powieść “Chcica” wydała podziemna oficyna Aspekt.

Jerzy Giedroyć

Na tych targach dokonałem prawie kradzieży książki. Ze stoiska amerykańskiej oficyny wydawniczej Pomegranate Artbooks (z San Francisco) wyniosłem tom – “Blues i Bluesmani”. Gestem pokazałem pani za ladą, że się z książką oddalam – ale nie goniła mnie, nie krzyczała – więc uznałem to za dobrotliwy gest oficyn dla bluesowego oszołoma zza Żelaznej Kurtyny.

Wtorek, 12 dzień października 2010 roku

Wieczorem na kanale Ale Kino nadają trzymany przez cenzurę wiele wiele lat na półce film ”Rece do góry”. Reżyserował go, dzisiaj 70-latek, Jerzy Skolimowski. Obecnie na ustach wszystkich po wygraniu festiwalu – nagroda specjalna na festiwalu filmowym w Wenecji za swój najnowszy film „Essential killing”. Członkowie jury na stojąco wyrazili uznanie dla polskiego reżysera. Vincent Gallo, który w filmie Skolimowskiego zagrał główną rolę, został uznany najlepszym aktorem festiwalu. Trofeum wręczył mu Quentin Tarantino.

Skolimowski przegrał w walce z cenzurą PRL-u w latach 60.

Gdy w 1967 roku cenzura odrzuciła film „Ręce do góry”, Skolimowski opuścił Polskę. Pracował we Włoszech, Wielkiej Brytanii i USA. W tym okresie powstały obrazy nagradzane na największych światowych festiwalach filmowych. W 1967 jury festiwalu w Berlinie przyznało Skolimowskiemu Złotego Niedźwiedzia za film „Start”. Jego obrazy były też kilkakrotnie nagradzane w Cannes: nagrodą jury („Wrzask”, 1978), nagrodą za scenariusz („Fucha”, 1982) oraz nagrodą specjalną jury („The Lightship”, 1985). Za film „Ferdydurke” (1991) Skolimowski był także nominowany do Złotego Lwa w Wenecji.

Dla nas – studentów scenopisarstwa w łódzkiej szkole filmowej Jerzy Skolimowski był Wielkim Gościem. „Starostką” mojego roku była najsłynniejsza scenarzystka dzisiejszej Polandii – Ilona Łebkowska (rocznik 1954). Trzymała mocno naszą nieliczną trzódkę (była nas na roku dziesiątka) za twarz. To wówczas, po obejrzeniu w małej salce filmu „Ręce do góry” przez kilka następnych dni, ścigała mnie gigantyczna – użyta w filmie – twarz Stalina. To po obejrzeniu twórczości Skolimowskiego skandowaliśmy hasło:Skolim! Ciebie od innych wolim!

Dzisiaj ten film – tak tępiony przez cenzurę – z lekka trąci niewyszukaną propagandą – ale wówczas był poruszającym kronikarzem czasów – jak mówią mędrcy – słusznie minionych.

Środa, 13 dzień października 2010 roku

Jadę do pałacu w Kraskowie (40 kilometrów od Wrocławia) na spotkanie z Thomasem Gamperlem, właścicielem tej niezwykłej, pieczołowicie odrestaurowanej rezydencji. Krasków, jak piszą w bedekerach, jest miejscem dla ludzi szukających czegoś wyjątkowego. Bajeczne apartamenty i pokoje wyposażone są w antyczne, stylowe meble z XVIII/XIX wieku i obrazy starych i współczesnych mistrzów.

Thomas zaś jest Austriakiem, guru literackich kawiarń Wiednia. Jego koleżanka to Elfriede Jelinek, laureatka literackiego Nobla. Jest także malarzem, pisarzem, dziennikarzem. Jest człowiekiem, który ma serce dla naszego miasta. Mówimy o happeningu, o przeniesieniu w czas EURO 2012 pomnika Mikołaja Kopernika. Strzegącego obecnie przedwojennego burdelu przy Wierzbowej. O przeniesieniu pomnika do lotniczego portu imienia tegoż astronoma. Thomas kupuje mój pomysł – będziemy w tym kierunku wspólnie działać. Jego wieloletnią ideą jest inny projekt „Polenhotel” – integracja multiartystów. To w ramach tego projektu w Kraskowie na gitarach zagrał brat Micka Jaggera z Rolling Stonesów.

Rozmawiając – by mieć do dysputy siłę – jemy gęstą ostrą serbską zupę. Można po niej zwariować. Serbowie – konsumując ją często – muszą mieć Wielki Power. Nie na darmo La Repubblica napisała ostatnio, że podczas Euro 2012 nie będzie zabawnie. Dodała, że skandal sprzed kilku dni z udziałem krewkich kibiców Serbii na meczu z Włochami nie jest dziełem przypadku. Włosi mieli grać mecz eliminacyjny z Serbią. „Mieli”, ponieważ opóźniony o ponad pół godziny mecz trwał zaledwie… 6 minut. Na rozegranie nie pozwolili serbscy pseudokibice, którzy wszczęli zamieszki na trybunach paląc albańskie flagi, rzucając race w stronę zawodników. Byliby po serbskiej zupie?

Więc dla bezpieczeństwa jemy na drugie tradycyjne danie zawsze głodnych wiedeńskich dorożkarzy – gorący gulasz (uwaga) z parówkami. A wszystko pokryte sadzonym jajkiem! Brrrr, powiecie. Wcale nie – danie to zdolne jest złagodzić złość każdego krewkiego Serba, że o krewkich Polakach nie wspomnę.

Zdzisław Smektała
bbd@bbd.pl
tel. 501 40 40 64

Zdjęcia z archiwum autora

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *