Smecta 38 – Polandia z rana jak kurtyzana
Słowo na niedziele, dla tych, co to nie byli w kościele. Siostry i Bracia!
Jak widzicie, nie ulegam seksistowskim zagraniom gości w koloratkach, którzy kobiety mają w niebycie (czy jakoś tak). Zawsze zaczynają swoje fałszowane bluesy od: Bracia i Siostry! Sami śmigają w sukienkach – ale nie przepuszczają sukienek przodem.
Dzisiejsze Dobre Słowo z Brodzkiej, czyli z mojego spichlerza, zatytułowałem – Polandia z rana jak kurtyzana.
Dzisiaj, 14 lipca, w niedzielę rano, gdy nieopodal, w szachulcowym kościele pod wezwaniem Świętej Anny zabiły dzwony – przypomniała mi się rytualnie mordowana kaczka oraz dwie znaczące w kalendarzu daty.
Właściwie dzisiaj obudziłem się w torsjach, z podpowiekowym obrazem rytualnie szlachtowanej kaczki. Co osłabiło moją miłość do przodków pochodzących z Wielkopolski (Gostyń łamany przez Jarocin). Otóż Tereska, mamusia moja, kobieta święta, zupełnie jak ta niewielka dama z Kalkuty, musiała niestety – bacząc na ostatnie bydlęce głosowanie sejmu – pobłądzić w wierze.
W czasach tytoniem trutego Władka Gomułki, karmiła mnie i starszego brata zwierzęcym świeżym mózgiem, ciemnymi nerkami, sercami z żylnym osprzętem, płucami wyrżniętymi z bożych stworzeń, czyli Braci Mniejszych.
A najgorsza była z tego wszystkiego gorąca, pachnąca występkiem, parująca czernina.
Zupa z krwi ściekającej do miski. Krwi z kaczki powieszonej na sznurku za giry w ogródkowej antrejce. Wiem, żadna porządna kobieta się już ze mną nie pocałuje z językiem. Nie odda mi swoich zębów (czy jakoś tak) do penetracji. Ale tej zupy wtrząchałem, po przyjściu z pola (podwórka), po trzy talerze! Boże, jakże błądziłem nieświadom niechybnej kary.
Nawet madame Ewa Kopacz, kierowniczka sejmu, zawodowo zajmująca się kłamstwem (głosował przeciwko rządowi Donalda Tuska), miałaby dzisiaj dyskomfort po zjedzeniu juchowatej zbrylonej czerniny, poprawionej drgającym krwinkowym mózgiem z jajkiem i cebulą. Oraz pociętymi w nieforemne odziurkowane cząstki płucami na kwaśno.
To sejmowe zwierzęce głosowanie jest (i wiele podobnych) – co już w jakiejś publikacji wspomniałem – obrabianiem przez posłów kalesonów.
Bez zaglądania do ich wnętrza. Gdzie najczęściej znajdują się jaja.
Wiadomo bowiem, a sformułował to właściwym słowem mój idol Gustaw Le Bon – picowanie ludu symbolami, ukrywanie własnych prawdziwych myśli przed masami to chleb codzienny państwowych faryzeuszy. Rytuały i symbole – ceremoniały, sztandary, święta, słowne formuły, wieloznaczne słowa – panują nad duszą jednostki. Stanowią one najmocniejsze wsparcie życia religijnego i społecznego.
Rozum był smutny, serce się cieszyło – tak premier Tusk podsumował swoją amatorską reakcję na wynik sejmowego głosowania, bo to miały usłyszeć masy. Bez względu na focha PSL – owego wicepremiera Janusza Piechocińskiego.
Czas jakiś temu Jacek Kurski, wyszczekany drogowy niebezpieczny pirat, powiedział – rząd Kaczyńskiego to najlepszy rząd dla Polski po 1989 roku. Jego zdaniem, każdy sukces tego gabinetu to wielki sukces Polski i Polaków. Dzisiaj mówi o Kaczyńskim w barwach małostkowego dyktatora, przypisuje swojemu dawnemu dyrektorowi cechy cynika. Przypomniałem tego Kurskiego, to dzisiaj bowiem mija siódma rocznica chwycenia przez prezesa Jarosława steru państwowej nawy.
14 lipca 2006 – został zaprzysiężony na premiera. Na przykład Narodowe Koło Parlamentarne udzieliło poparcia rządowi Pana Premiera Jarosława. I życzymy, aby się Panu udało zmienić Polskę, z której wszyscy będziemy dumni – zgięła się podniośle Anna Sobecka, hippiska Radia Maryja.
Naród zaczął więc czekać na trzy miliony mieszkań, trzy tysiące na rękę, trzy tysiące zagranicznych urlopowych kurortów. Ale zamiast tego działalność rozpoczęła tubylcza komisja McCarthy’ego (pseudonim Zbigniewa Ziobro), która wpisała do podstawowych (i jedynych) zadań, słynny szlagwort piosenkarza Grześkowiaka – „Młot (czy może raczej chłop?) żywemu nie przepuści”.
Ciekawe jak dzisiaj wyglądałaby Polska, gdyby prezes Jarosław dalej trzymał berło (czy jakoś tak). Kolega Heraklit z Efezu (śródziemnomorski członek PO) powiedział wprawdzie, że nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki. Lecz gdy patrzę na słupki poparcia PiS (ostatnio znów malejące), może się skubaniec pomylił?
14 lipca, ale 1789 roku, czyli 215 lat przed rządami Kaczyńskiego, francuscy patrioci zburzyli Bastylię. To dzisiaj największe święto dumnej Francji. Łuk Triumfalny pęka w szwach. Liberté, égalité, fraternité frenetycznie wypełnia uszy żabkojadków.
A naprawdę – między Ieą a Realem – było tak za rządów Kaczyńskiego.
Pic holowany przez ułudę.
Oficjalnie, 14 lipca 1789 roku tłum mieszkańców Paryża przypuścił szturm na Bastylię, twierdzę w Paryżu, w której przetrzymywano więźniów politycznych, zdobył ją, przejął zgromadzoną tam broń, więzionych przeciwników starego reżimu uwolnił. A samą twierdzę w szale wolności całkowicie zburzył.
W rzeczywistości zaś, paryski motłoch krzykami wyparł kilkunastu byle jak uzbrojonych żołnierzy, uwolnił siedmiu patriotów. Czterech fałszerzy pieniędzy, dwóch umysłowo chorych oraz zubożałego arystokratę używającego do seksualnych zabaw własnej najbliższej rodziny.
Dowódcę i kilku żołnierzy stracono przez ścięcie, a ich zwłoki w bestialski sposób zbezczeszczono. Rozszalała tłuszcza jeszcze następnego dnia obnosiła po mieście nabite na piki głowy pomordowanych jako trofea.
A i natychmiastowe unicestwienie twierdzy było fizycznie i technicznie niemożliwe.
Naprawdę zburzenie Bastylii – bezprzetargowo – zlecono firmie budowlanej, która dokonała rozbiórki dopiero w lutym 1790 roku. Historia spiekła raka.
Siostry i Bracia! Wzywam Was słowami Jana Himilsbacha (tom „Łzy sołtysa”, rodział III, ustęp IX), który przywalony musztardówką pełną Siwuchy wycharczał:
Człowiek jest słaby, a przeciwieństwa losu silne.
Uważajcie na to, co do Was mówią politycy!
Oni nigdy nie działają (i działać nie będą) w Waszej sprawie.
A zawsze w interesie swojej oraz ich dalszej i bliższej rodziny.







Dodaj komentarz