Ludzie emanujący barwami góry i zieleni, żyjący wśród coraz większego areału winnic! „Syzyf wielki płomień w sercu cięgle skrywa, kiedy wciąż uparcie pod górę się wspina. Hej nie wierzcie ludzie żadnym wielkim świętym, tylko swoim plecom pod ciężarem zgiętym. Hej pomóżcie ludzie kamień jemu toczyć – bez żadnych wybiegów prawdę mówić w oczy”.
Tak przed laty śpiewał mój ulubiony (do dzisiaj ulubiony) krakowski zespół „Dżamble”, solista Andrzej Zaucha. Zawsze podpisywałem się pod przesłaniem tej właściwie pieśni – a nie pioseneczki. Pragnę Wam dzisiaj obwieścić, że kamień – porównywalny z tym od Syzyfa – właśnie spadł mi z serca. Myślałem bowiem, że przez wiele lat żyłem wytarzany w smolnym grzechu – a tutaj wręcz odwrotnie. A było to tak.
Na początku wakacji wrocławski pasterz, ksiądz Krzysztof Szuwart, ten od kościoła pod wezwaniem Świętej Jadwigi – zaproponował mi wygłoszenie do wiernych – jesienią – kilku niedzielnych Kazań w Ogrodzie (przykościelnym). Zgodziłem się snadnie. Ekumenia zawsze użyźniała moje często przybrudzone myśli. Postanowiłem, że będą to kazania ilustrowane klasyczną jazzową muzyką wiedzioną przez Gigantów.
Na przykład: „Jezusa Estyma w utworach Antonio Carlosa Jobima”. Albo „Herbie Hancocka muzyczne ścieżki a Świat Na Stałe Niebieski” (od niebios).
Wreszcie „Czy Tomasz Stańko zmierza do Arki Przymierza”. Sam byłem ciekaw, jak wyjdzie symbioza swoistego jam session w zderzeniu z niedzielnymi, mało tolerancyjnymi katolikami. Ale nagle skonstatowałem, czy żyjąc w permanentnym grzechu, mogę roztaczać wokół półboże słowa? Czy duszę mając pobrużdżoną kaprawymi stygmatami – mogę wyjść do wiernych z jasnym obliczem. Każdy ma ciemniejszą stronę własnego żywota. Ma przywary, którymi nie chce się dzielić z resztą rozplotkowanego społeczeństwa.
Moje do dzisiaj skrywane tajemnice są trzy (nie mylić z Trójcą).
Całe życie (zima, wiosna, lato, jesień) śpię bez jakiejkolwiek wierzchniej odzieży (straszliwie denerwują mnie kobiety śpiące obok chociażby w skarpetach, tym bardziej frotte). Po drugie – prawie narkotycznie i powiedzmy bezinteresownie – lubię pomagać moim bliskim koleżankom golić do gładkiej skóry Oślinioną Owcę (słabo wykształceni mówią: Kopyto Wielbłąda). I wreszcie po trzecie – zamiast lansować prokreację w milczeniu, po ciemku – pod, przez miesiąc niewymienianą pościelą – uwielbiam przy tej czynności słońce wpadające przez okno, patrzenie sobie w oczy, standardy Shirley Horn w tle, jako pożądaną wspólniczkę boskiego aktu.
A to, przypuszczam, niewybaczalne w rzymskim chrześcijaństwie grzechy – więc jak mogę stanąć twarzą w twarz z cnymi wyznawcami cnót? Haratałem się z namolnymi myślami, co w takiej sytuacji zrobić? Zrezygnować z propozycji wiązanego słowa podczas niedzielnej mszy? Czy może przemilczeć te moje ludzkie – ale zawsze – słabości. Byłem bliski operetkowego, teatralnego załamania. I wiecie kto pomógł mojej obolałej duszy? Świadkowie Jehowy. A ściślej, wyznawcy Chrześcijańskiego Zboru Świadków Jehowy. Jest ich 8 milionów głosicieli na całym świecie (w Polsce pod słowem katolik – podpisuje się 35 milionów). W tym roku Świadkowie J., mieli dwa razy swoje zgromadzenia na miejskim stadionie pozostałym po EURO 2012.
Stadion mieści się rzut kamieniem (ale nie biblijnym) od mojego mieszkalnego spichlerza w Praczach Odrzańskich. Dwa razy po 20 tysięcy ludzi mówiło na tym stadionie o Bogu i zanurzało się (niektórzy) w Basenie Pierwszego Chrztu.
W tym drugim, miesiąc temu, przyuważyłem dwóch schludnych facetów – podobnych mi PESELem – obsługujących sprzęt nagłośnieniowy. A nagłośnienie imprez, to także moja branża. Pogadaliśmy o muzycznych kapłanach: Herbie Hancocku, Chrisie Bottim, Milesie Davisie, o księciu Duke’u Ellingtonie, ogólnie o feelingu.
Na pożegnanie, na drogę, zamiast krzyża, wręczyli mi książkę „Czego naprawdę uczy Biblia”. Oraz dwie gazety: „Przebudźcie się” i „Strażnicę” (globalny nakład, mój dobry Boże, 45 milionów egzemplarzy w 209 krajach) Pomieszczone w nich nagie kobiety namalowane przez Gauguina i wielki wiodący tekst „Pornografia – nieszkodliwa czy toksyczna” („Strażnica”) skłoniły mnie do wnikliwej lektury tych prezentów.
Wyszło mi z nich, że sprawiedliwy Bóg nie ma nic przeciwko kochaniu się przy dziennym świetle, że miłość do partnera to nie tylko prokreacja, że nie jest ważne, kto w co odziany śpi. Ważne jest – jak szczerze się kocha partnera, partnerkę.
Czy jest to miłość czysta. W studiowanych przeze mnie źródłach, nie było jednak ani słowa o goleniu i żyletce. To zastanawiające. Za to znalazły się słowa: „przedmiotowe traktowanie seksu propaguje egoizm, wywołuje dystans emocjonalny i niezadowolenie z pożycia małżeńskiego (Efezjan 5:28, 29).
Muszę to – do pierwszego muzycznego kazania w kościele Świętej Jadwigi (jestem kawalerem Jej orderu) – gruntownie przemyśleć. Mam jeszcze chwilę czasu.
Jak to powiedział Heraklit z Efezu, nie mający nic wspólnego ze Świadkami Jehowy. A nawet z bluesowym papieżem Franciszkiem:
„Wszystko płynie i nic nie pozostaje takie samo”.





Dodaj komentarz