Nie mogłem już tego dłużej ukrywać. Od tygodni, z coraz większym spustoszeniem, popadałem w chorobę sierocą. Czyli w zespół poważnych zaburzeń lub zahamowań rozwoju psychicznego, powodującego objawy somatyczne. Ten nieorganiczny Zespół Opóźnienia Rozwoju, hospitalizm i ogólne zaniedbanie spowodowało moje państwo – Polandia!
Wpółzidiociała klasa polityczna, walcząca o kalesony – zamiast o ich zawartość, doprowadziła mnie na skraj nerwowego załamania. Godzinami kiwałem się – raz w przód i raz w tył – na skórzanym fotelu jakby firmy Kler (skóra z rytualnie zamordowanej klempy, nić typu Amsterdam Design), ale nie znajdowałem desygnatu ukojenia.
Tym bardziej, że moje autorskie projekty uzdrowienia siebie, a więc i zrobaczywiałej ojczyzny – też wzięły w łeb. Nie wypalił, tak chuchany przeze mnie Projekt powołania do życia organizacji o paranoicznej, lecz pasującej do ego moich rodaków nazwie:
Narodowy Związek Wyznaniowo Fiskalny (szło w nim o permanentne niepłacenie podatków).
Jeden z trzech filarów NZWF, wybitny grafik Eugeniusz Get Stankiewicz, na zawsze udał się w stronę świętej Walburgi. Drugi filar, wybitny rysownik Andrzej Mleczko, zamiast być Jednym z Naszej Trójcy – przemienił się w weekendowego celebrytę. Zostałem sam, jak ongiś Himilsbach bez Maklakiewicza.
Także niosąca umęczonym ludziom wiele nadziei – Partia Ludzi Lekko Głupawych, w której miałem ważne stanowisko zastępcy Genseka Krzysztofa Skiby, bigcycowego piosenkarza i felietonisty – rozpadła się jak pamiętny samolot PLL Lot. Szkoda, tym bardziej, że dzierżyłem w PLLG funkcję porównywalną w PiS do odpowiedzialnej pracy przyszłego ministra MSW – Antonio Macierewicza. Zarządzałem w gdańsko – wrocławskiej gildii departamentem do spraw wydawania zezwoleń na produkcję bimbru. Czyli klasyczny pomorek! Na fali tych niepowodzeń coraz częściej pchałem moje satanistyczne myśli w stronę tapczanu, w którego schowku miałem zabezpieczoną na czarną godzinę 13. letnią żyletkę marki Wilkinson Lux. Zaledwie lekko była zardzewiała.
Ale wczoraj (czwartek, godziny przedpołudniowe) zadzwonił telefon i już po dwóch godzinach w letnim foyer, w greckiej agorze, na obszarze patio restauracji „Dwór Polski” siedziałem naprzeciw Roberta Bossa Gonery, idola Twardogóry i Czarnogóry (najsilniej Chorwacji). Fightera niezliczonej ilości polskich kryminalnych oraz miłosnych seriali.
Na początek spotkania – niewielka przekąska. Gdy zamówiłem, otulony w blanszowane warzywa potężny befsztyk, z którego mięsnych półwysmażonych słupków wypływała argentyńska krowia jucha, Gonera wyraźnie skrewił. Zamówił dietetyczne, delikatne kwiaty kalafiora typu fraktal. Oraz obsypane zmasłowanym koperkiem młode pyrki z kefirem.
Ale później już był dzielny. Nabił cedrową fajkę (tytoń Samuel Gawith Celtic Talisman). Ja przypaliłem kultowe wśród kosmonautów cygaro (H.Upmann Magnum 46 Tubos). Otoczył nas Intelektualny Dobrobyt.
http://youtu.be/hDKI1r8wb5Y
Wild Jesse – powiedział do mnie na wpołzamkniętymi ustami, parafrazując ksywkę mojego brata Johna Belushiego, który na potrzeby filmu Stevena Spielberga, przyjął pseudonim Wild Bill Keso. W nieodległy czas opowiem Wam, jak to Adam Belushi, ojciec Johna z albańskiej wsi Qytezë – przyjeżdżając z uciekinierską partią Greków do Zgorzelca – dzięki mojej mamusi uczynił mnie synem.
Nadszedł nasz czas – oznajmił Gonera. Musimy – z właściwymi kumplami – wejść do kokonu, by odgrodzić się od zaokiennego szaleństwa. Zaraz po wakacjach tworzymy krajowy odpowiednik grupy Monthy Pythona i uderzamy satyrą w Aparat Ucisku i Wyzysku. Rozmawiałem już z poważnym telewizyjnym producentem.
Ty będziesz kreował Dzikiego Zdzicha (Wild Jesse). Czyli zagrasz siebie.
Nie będziesz już użyczał twarzy (jak czyniłeś to w filmie „1941”) bojącemu się wejść do samolotu Belushiemu.
Z tej komedii Steven Spielberga weźmiemy tylko prezentowane tam zasady postępowania komandora Akiro Mitamurę, czyli kodeks Bushido (武士道).
Teraz Wild Jesse przedstawię zasady, które nas połączą, to:
Prawo(ść) i Sprawiedliwość, Odwaga i Wytrwałość, Dobroć i Współczucie, Uprzejmość, Prawda i Prawdomówność, Samokontrola i Samodoskonalenie, Wierność, Honor, Cześć dla Przodków i Tradycji, Śmierć i wreszcie Pieniądze.
Centralę zakładamy w Goerlitz (400 metrów o centrali w Goerlitz, po drugiej stronie Nysy Łużyckiej, przyszedłem na świat, to symbol), Kasę dają Fryce, lubią Dym – wyjaśniał Robert. Rezydentem będzie tam raper Bushido, znany także jako Sonny Black, czyli Anis Mohammed Youssef Ferchichi. Niemiecki raper pochodzenia tunezyjskiego, obecnie jest jednym z najbardziej rozpoznawalnych raperów z Niemiec. Ty będziesz kierował oddziałem we Wrocławiu. Do Centrali dzwonisz na: 634 57 89. Sekretariatu ster powierzymy Wodnej Błyskawicy – Otylii Jędrzejczak. Załączyłem film z kobietami naszego biura.
http://youtu.be/o8QU7BqTEws
Siedziba naszego oddziału w Goerlitz, numer telefonu 6345789
Wszystko mi pasowało. Gonera jadł wprawdzie dziwnie – ziemniaki pod zsiadłe mleko, ale był zupełnie trzeźwy. Nie szukał demonów w popielniczce. Nie miał rozbieganego wzroku, nie wchodził na drzewo. Nareszcie koniec choroby sierocej..
Robert wspomniał, że jest tak bojowo nastawiony, że mógłby kupić rewolwer. Odradziłem kopyto, zalecałem, by w naszych walkach używał raczej Katany.
Katana & Konaka & Gonera/ka
Jakiś czas temu bardzo ważny prezes Honda Poland, mister Toshiaki Konaka (dzisiaj rządzi w całych Niemczech), za moją bluesową poradą, wręczał Robertowi – w ramach empatii – samurajski miecz o nazwie katana właśnie (premiera 646 rok naszej ery). Zrobiło się tak kompatybilnie, że to ja w Dworze Polskim zapłaciłem na koniec rachunek. A nie jest to chleb codzienny mojej życiowej etyki.
Na finale spotkania – honorując Johna Belushiego – odśpiewaliśmy na stojąco pieśni zespołu Grateful Dead: West L.A. Fadeaway. Belushi był dobrym znajomym członków tego superskładu, zwłaszcza lidera, Jerry’ego Garcii. Występował niegdyś nawet z nimi gościnnie, a było to pod koniec lat 70. XX wieku. Zaś wrocławianin, Jan Sawka, lider plakatów na festiwal „Jazz nad Odrą” dorabiał do tego wszystkiego pop – artową, hipisowską „ziołową” scenografię.
Wspólnie z cudowną Otylią Jędrzejczak liczymy naszych zwolenników. Jeden ping – pong, to jeden bojownik
Co dalej będzie się działo z polską odmianą Grupy Monthy Pythona wkrótce (być może wkrótce).







Dodaj komentarz