Autor: Tymon Smektała

  • Premiera Morawieckiego, jak natchnąłem (osobiście) do wielkich wyzwań

    Premiera Morawieckiego, jak natchnąłem (osobiście) do wielkich wyzwań

    Od lat pamiętam (i Wy też na pewno pamiętacie) pięć najsłynniejszych kwestii wypowiedzianych przez braci Jake’a i Elwooda Bluesów, w kultowym muzycznym filmie Johna Landisa – Blues Brothers. Coś mi się wydaje, że część zawołań słynnych braci próbuje przechwycić do swoich celów Prawo i Sprawiedliwość. Poważnie! Obraz rzeczywistości kreowany przez hoplitów PiS zaczyna korodować, szykuje się miękka rura. Nawet pretorianie tej formacji plączą się w zeznaniach. Ale idą w zaparte, chyba, że polskie kobiety wcześniej zmiotą ten rząd. Oto te zapożyczenia z dialogów filmu:

    1 Bracia Blues, kawał legendy światowej rhytm and bluesowej muzyki. Przyswajałem ich postaci i muzę mieszkańcom Wrocławia przez 13 niepechowych lat. Howgh!

    Mamy misję od Boga! – wołali na filmowym ekranie bracia Blues.  A chłopaki spod znaku Kaczyńskiego zmodernizowali to zawołanie, podpięli się misyjnie pod Suwerena i wycierają sobie nim gęby jak bracia Blues w restauracji Arethy Franklin po konsumpcji czterech pieczonych kurczaków z suchym tostem.

    Jake Elwood Blues – THE BLUES BROTHERS!!!! Jarosław Kaczyński, Mateusz Morawiecki – THE POLSKA BRATEM WĘGIER!

    Kapela? Kapela… Kapela! Kapela!!!! – krzyczał John Belushi. Obecnie brzmi ono tak: Misiewicze? Misiewicze…Misiewicze! Misiewicze!!!

    Każdy z nas potrzebuje miłości! – śpiewali na scenie bracia. W dzisiejszej wersji

    idzie o to, że przypadkowy naród, drugiej kategorii, jest coraz bardziej spieniony arogancją rządzących i trzeba to niwelować. A to rodzina plus, a to tanimi mieszkaniami plus za 10 lat, a to znowu cenami wody bez podwyżki.

    Cholera, choler, cholera!! W aktualnym wydaniu, ten okrzyk, to jest frasunek rządu, czy uda się pocerować krajową kołdrę (60 miliardów deficytu budżetowego), która robi się coraz krótsza, dziurawa, przepocona.

    1 Blues, który nigdy nie zakrztusi się nicością. Zawsze powstanie z kolan. Mimo że w otwartych ranach ma wyłożoną grubą, piekącą sól.

    Jeśli wyrażacie zdziwienie – dlaczego bluesa, ten szlachetny gatunek muzyki, łączę z estetyką biesiadnej zapiewajki typu „A chachary żyją…, zapraszam do lektury jutrzejszego, piątkowego felietonu. Przeczytacie co osobiście uczyniłem aby druga, po Kaczyńskim, osoba w państwie, premier Mateusz Morawiecki, podjęła się prowadzenia tubylczego biznesu za nikczemnie małe pieniądze. Tutaj cel uświęcił środki.

    Zajrzyjcie na jutrzejszy tekst do facebooka, albo wpiszcie do Googla zwrot:

    Blog Smektała.

    Zdzisław Smektała

     

  • Znicze Pamięci zapalane ruską zapałką (spiczka)

    Znicze Pamięci zapalane ruską zapałką (spiczka)

    JEDEN

    Słucham od rana rozpierniczjącej, bestowej płyty genialnego amerykańskiego trębacza, Cheta Bakera (1929 – 1988). Gościa podobnego zewnętrznie do smakosza fioletowej dykty (denaturatu). Gdy ten muzyczny gigant jest w mojej rocznej agendzie, wiem, że jesień już zasuwa przez park. Jego utwór „Autum Leaves” (Jesienne liście) powoduje głębokie zamyślenie. Liście z tego utworu wirują także w mojej głowie. Jest pewne, że puszczę jeszcze z głośników odtwarzacza – tego samego dnia, w dni następne – ślimaczące się jazzowe kawałki Shirley Horn, drgający, ekstatyczny „At Last”, pierwszej damy bluesrocka – Etty James. Niby jest tak samo jak każdej jesieni, jak w ostatnich latach – ale nie do końca. Dopada mnie nowe, nieznane do tej pory – murszenie.

    DWA

    Niby dla wszystkich czas płynie w tym samym kierunku. Znowu w październiku, do mojego lofta, przyleciał motyl gatunku mi nieznanego. Trzepotał kilka dni – zanim nie znalazł drogi do wpół uchylonego okna. Pewnie nie uwierzycie, ale w październiku, tak się dzieje od trzech lat. Znowu codziennie zapalam małe znicze (takie od podgrzewacza) – wspominając kolejnych kumpli, z którymi już się nie zobaczę. Przypalam je w tym roku zapałkami z dawnego ZSRR, których spore pudełko znalazłem w zapomnianej szufladzie (mają ponad 20 lat i zapalą się od pierwszego potarcia!). Myślami jestem z Wieśkiem Saniewskim, wrocławskim reżyserem (Nadzór, Sezon na bażanty). Wydobywającym się z ciężkiej choroby. Miał współkręcić w tych dniach film „”Dywizjon 303”. Lubiłem z nim rozmawiać o greckich bluesach – czyli rembetikach, o twórczości Węgra Sandora Maraia, którego niedawno wspomniałem. Wiesiek chciał sfilmować jego słynną mroczną książkę „Żar”.

    3

    TRZY

    Niby, jak każdej jesieni – aby pogadać z Najwyższym Szefem- zaglądam często do Kościoła Garnizonowego. Czyniłem tak latami przed finałem każdego mojego festiwalu, bluesowego lub rockowego koncertu. Ale w tym roku doznałem przykrości. Najbardziej bowiem ze zdarzeń dziejących się w okolicach Boga nie lubię zapachu kwiatów zapomnianych w wazonach, tych przy ołtarzu. Smród wydobywający się z ich otoczenia wystawia na szwank ich pobożność, wiarę w zbawienia. Wiem coś o tym – byłem ministrantem. Od tej jesieni tracę też (tak mi się wydaje) chwytność ręki.

    Coraz częściej przedmioty wypadają mi z dłoni. Ostatnio rozłożyłem kilkanaście moich harmonijek (większość to instrumenty marki Hohner) aby zrobić im jesienny przegląd kolekcji (gram coraz rzadziej), aby nacieszyły wzrok. Przeczyściłem je, przedmuchałem, przeprosiłem za zaniechanie i dwie… upuściłem na dywan. Może dopominały się tego, abym częściej grywał standardy, odtwarzał stare kawałki B.B. Kinga, bluesowego króla, zmarłego na cukrzycę (jak ja tę cholernicę dobrze znam).

    4

    CZTERY

    Idąc ulicą Świdnicką do rynku nie skaczę już tej jesieni, jak to miałem w zwyczaju, po granitowych obeliskach ustawionych na chodniku. Dawniej regułą było, że musiałem po każdym przebiec grzbietem. Teraz boję się, że złamię nogę, skręcę kark. Po raz pierwszy w tym roku zdarza mi się moczyć oczy na łzawych, sentymentalnych filmach. Dawniej oglądałem je racjonalnie, jak zawodowy scenarzysta, którym jestem. Teraz oglądam je jak, jak łatwo podpuszczony widz. To chyba starość łapie mnie w kolanach. Tej jesieni zawsze tez noszę bokserki. Dawniej, moim ulubionym strojem były białe spodnie, znoszony t-shirt, espadryle lub nubukowe półbuty. W lato i w zimę chodziłem bez skarpetek. Teraz, ze strachu przed wygłupem serca, czy innymi niespodziewanymi zdarzeniami, mam odzieżowy komplet. Nie wypada w szpitalu, na SOR, tłumaczyć się z braku pludrów.

    PIĘĆ

    Za to tej jesieni, częściej powróciły do mnie sny z narracją lat odległych. Osobliwie śnił mił się kilka razy kaszmirowy pewexowski szary sweter typu kardigan. Miałem kilkanaście lat i uległą kobietę, z którą już spałem zupełnie bez garderoby. Ale nie miałem grosza przy duszy ani podrasowanej „Syreny 103”. I gdy szliśmy na rokendrolową imprezę – dziewczyna podprowadzała kaszmirowy sweter ojcu ważniakowi. W zbyt dużym, obwisłym, z podwiniętymi rękawami, w okularach lennonówkach, wyglądałem jak znudzony dandys z londyńskiej dzielnicy Soho. Te rockowe koncerty, tony gitary Hendrixa, kaszmirowy sweter, dziewczyna w trzeszczących pończochach kapronach, książka „Buszujący w zbożu” – nachodzą mnie w ten październik często. 

    2

    SZEŚĆ

    Dziwny jest ten dziesiąty miesiąc roku 2016. Ma 5 poniedziałków, 5 sobót i 5 niedziel. Taki miesiąc zdarza się raz na wiele lat. Październik ma jeszcze Boba Dylana, który nie chce odpalić znicza sławy o nazwie Literacki Nobel. Ani szwedzką ani amerykańską zapałką. Nadlatuje nieznana kometa?

    Zdzisław Smektała

     

     

  • Czy Nobel może wylądować w śmietniku!?

    Zapraszam do lektury jutrzejszych (środowych) Smektałyków. Przeczytałem przed chwilą na Facebooku „anons” Bogdana Loebla, wybitnego songopisarza i poety:

    Wczoraj przyszła do mnie depresja. Oświadczyła, że nie ma gdzie mieszkać i zostanie ze mną do wiosny”.

    Loebl, to autor licznych polskich bluesów, pisał wieletekstów dla Tadeusza Nalepy. Te cenię najbardziej. Prekursor, najważniejszy twórca krajowego dwunastotaktowca, ma swoje lata, ma prawo do granicznych sądów.

     

    Ja do zaszczytu depresji – tak mi się przynajmniej wydaje – jeszcze nie pretenduję. Ale jesienny spleen już kilka razy podłożył mi nogę. Dlatego proszę o przeczytanie jutrzejszego felietonu, o tym, co zagrało mi w grzesznej duszy, że poszedłem – na kolanach prawie – do Kościoła Garnizonowego. Oraz dlaczego ze Staszkiem Szelcem, tubalnym prestidigitatorem sytuacyjnego żartu i filarem kabaretu „Elita”, metodycznie, drobiazgowo przeszukiwaliśmy metalem kute śmietniki na wrocławskim Rynku, grzebaliśmy w petach i puszkach po piwie. Są niepodważalne dowody.

    Zapraszam od jutra, od godziny 10 (chyba, że padnie mi komputer, bo coś szwankuje). Wystarczy do googlowej wyszukiwarki wpisać dwa słowa: Blog Smektała. Powiedzcie o tym medialnym kołowrotku ludziom ze swojego kręgu. Będę Waszym długoterminowym dłużnikiem – jednakowoż bez upierdliwych sprejów.

    Zdzisław Smektała

  • Ostatnia książka w celi śmierci

    Papadopoulos, Trembulak, Vasiloff, Rac, Błachaniec, Kantorski, Finkelstein, Panfil, Vrazas, Bałanda


    JEDEN

    Dzisiaj, w poniedziałek, na początek tygodnia, naddajmy się ciutkę Duchowi. Biblioteka miejska w Zgorzelcu obchodzi 70, ma 5 lat więcej niż ja. Panie bibliotekarki zapytały mnie czy w jubileuszowym katalogu mogą wykorzystać tekst, który publikowałem w gazetach sporo lat temu. A mając lat naście, pochłaniałem książki tak, jak nakazywał ulubiony mój pisarz, Sandor Marai. Niedawno poznałem w jego Dzienniku zdanie, że „Czytać należy tak, jakbyś w celi śmierci czytał ostatnią książkę, którą ci przyniósł strażnik więzienny”. W latach 60. byłem pryszczatym zbuntowanym podrostkiem. Ale książki pochłaniałem jak recydywista.

    Moi, urodzeni już w Zgorzelcu rówieśnicy, nazywali się niecodziennie: Papadopoulos, Trembulak, Vasiloff, Rac, Błachaniec, Kantorski, Finkelstein, Panfil, Vrazas, Bałanda. Ich rodzice przybyli nad niemiecką granicę z nieznanych krain. Zatem, syn ekspedientki Wojskowej Centrali Handlowei (mama pochodziła z Gostynia) i konduktora Polskich Kolei Państwowych (pochodził z Jarocina), topiłem się w wielokulturowym daniu. Jadałem czulent po ukraińskim barszczu, wieczorem tzatziki łamane przez gzik. Aby więc złapać azymut Nowej Epoki, zaspokoić ciekawość świata, czytałem mnóstwo książek. Zatem po latach napisałem w felietonie, wywołanym przez bibliotekarki, tak:

    smektalyki-5-g-g-marquez-2

    DWA

    „Biblioteka w Zgorzelcu była dla mnie prawdziwą grecką agorą. W jej wnętrzu czekali na mnie pisarze oferujący Tajemnicę. Między stronicami własnych powieści zamknęli nieznane rzeki i lądy, egzotyczne kontynenty. A przede wszystkim mieszkali tam, w powieściowych wersach, bohaterowie niezwykłych historii, ludzie tak kulturowo odbiegający od przaśnej, gomułkowskiej rzeczywistości ( innej wszak nie znałem). W latach sześćdziesiątych biblioteka przy ulicy Bohaterów Getta pomagała mi kreować własny wewnętrzny świat. Tak sugestywnie, że gdy w powieści Karola Maya umierał ojciec Winnetou, zmieniłem bieg akcji przywracając mu zdrowie, krzepę, miłość bliskich.

    Wpływ miała na mnie także obecność w Zgorzelcu greckiej diaspory. Teraz, dzisiaj, mogę stwierdzić, że obecność pokancerowanych wojną Hellenów, tworzyła w naszym mieście klimat powieści Marqueza „Sto lat samotności”. Klimat pomieszania losów Greków, Żydów, Niemców, Ukraińców, napływowych ludzi z Centralnej Polski, Wielkopolski, ze Wschodu. Ten człowieczy tygiel, naszpikowana minami granica z NRD (zwana eufemistycznie Granicą Przyjaźni) tworzyły dobrą glebę dla pojmowania powieści Dos Passosa, Steinbecka, Szołochowa, Gogola. Chociaż, rzecz oczywista, nastolatkiem będąc, nie miałem o tym wówczas bladego pojęcia. Wówczas to, bodaj w roku 1967 (jako szesnastolatek), sięgnąłem powieść Franza Kafki „Ameryka”. Ale nie uczyniłem tego znając już mroczne pisarstwo suchego prażanina.

    Zafascynował mnie tytuł, powieści, bowiem Amerykę, czyli USA, kochałem w socjalizmie bezgranicznie. Za Coca – Colę, jeansy Levi’s Straussy, Elvisa Presley’a, gumę do życia Wrigley’s, szatana Harleya Davidsona. Książka była oczywiście o czymś zupełnie innym, ale długo nie mogłem się po jej lekturze pozbierać. To z tej biblioteki wypożyczyłem „Buszującego w zbożu” J.D. Salingera i inne wielkie powieści kształtujące mnie na wiele lat naprzód. Naprzeciw tej literackiej agory, po drugiej stronie ulicy, moja mama prowadziła sklep Wojskowej Centrali Handlowej.

    Tam właśnie, na zapleczu, w otoczeniu galowych wojskowych mundurów, marmolady w ogromnych blokach, worków kaszy gryczanej, butów oficerek, kalesonów, pomarańczy i śledzi, często czytałem to, co przed chwilą przyniosłem z biblioteki, ważnej dla mojego życia instytucji. Moja mama, Teresa, miała najwięcej wypożyczeń wśród dorosłych, ja zaś wśród młodzieży. Dzisiaj się tym megalomańsko chwalę. Wówczas, w szarych małą stabilizacją latach sześćdziesiątych, była to moja najważniejsza edukacyjna ścieżka, wyboista wstążka którą stąpałem wprost narkotycznie.”

     TRZY

    Panie z biblioteki, miesiąc temu, poprosiły także abym napisał wstęp do jubileuszowego katalogu, więc napisałem tak: „Prawdziwa Ojczyzną człowieka jest jego dzieciństwo, młodość. A moją Ojczyzną jest Zgorzelec – do którego tęsknię coraz silniej. Kiedyś mojemu miastu zadedykowałem jedną z powieści: „Dedykuję ją miastu Zgorzelec, które kocham bez wzajemności”. Prawie całe dorosłe życie przeżyłem we Wrocławiu (46 lat!), ale obrazki zgorzeleckiej młodości, dzieciństwa – nabierają coraz bardziej wyrazistych barw, konturów. To także znak zbliżającej się, rozpoczętej starości. Jednym z takich obrazów napływających z przeszłości – to długie uporządkowane szeregi książek obłożonych w jasnobrązowy gruby papier – zachęcających do zanurzenia się w inny świat.

    Leżały te tomy na regałach zgorzeleckiej biblioteki. Było to miejsce – dla mnie – równie ważne, jak zalew „Zatoka” za jednostką wojskową przy Francuskiej, gdzie bawiliśmy się w Indian Apaczów. Jak oczko wodne „Szkalna wata” za zgorzeleckim POM, gdzie nauczyłem się pływać, skakać z drzewa na główkę. Czy wojskowa hala przy stacji Zgorzelec – Miasto, okazyjnie przerabiana na miejsce estradowych koncertów. Albo amfiteatr przy PDK, do którego przyjeżdżali „Polanie”, Niemen, „Niebiesko – Czarni” z moim późniejszym kumplem serdecznym, Wojciechem Kordą w roli wokalnej gwiazdy („Niedziela będzie dla nas”). Bez tej książnicy byłbym innym człowiekiem. To setki wypożyczonych stamtąd książek spowodowały, że w poszukiwaniu Nieznanego, drogi do Nieba, a częściej – rzecz jasna – do Piekła, wyjechałem z mojego ukochanego miasta w roku 1970 na zawsze (?). W 70. rocznicę istnienia Magicznej Krainy Cudzych Myśli kłaniam się w pas i obmywam stopy Pań Bibliotekarek.

    smektalyki-5-g-g-marquez-4

    CZTERY

    W odpowiedzi dostałem maila: „Szanowny Panie Redaktorze , bardzo dziękuję w imieniu swoim i nas wszystkich  za tekst o bibliotece . Czytając uśmiecham się i wzruszam . Katalog będzie wydany na nasz jubileusz , który odbędzie się 19 października. Niebawem wyślemy zaproszenie. Pozdrawiam serdecznie . Maria Kret”.

    Taką „Sorbonę” łykałem w szczenięcych latach na antypodach Polski, w latach, gomułkowskich haseł: „Jedzcie dorsze, gówno gorsze” (dzisiaj dorsz droższy jest od szynki), „PZU ubezpieczy Ciebie i Twoje mienie” oraz „Margaryna jak masło”. To nie były slogany napisane przez Wańkowicza.

    smektalyki-5-g-g-marquez-5

    15 letni autor (1966), Zdzisław Smektała, wygrywa kilogram szynkowej kiełbasy (bez konserwantów) w powiatowym quizie: „Muzyka saksofonisty Charlie Parkera, jako ilustracja, brudnych, kosmopolitycznych zakusów UNRR”.

  • Bob Dylan – Żyd, przez PZPR, sekowany w Zgorzelcu

    Bob Dylan – Żyd, przez PZPR, sekowany w Zgorzelcu

    JEDEN. Pisarz Milan Kundera na swoją nagrodę musi jeszcze poczekać. Ale nieznośna lekkość bytu triumfuje. Wczoraj, mój półwieczny idol Bob Dylan (4 razy w Polsce), o litewsko-ukraińskim rodowodzie, dostał literackiego Nobla. Szwedzi argumentowali wybór, że to za tworzenie nowych form poetyckich ekspresji w formacie wielkiej tradycji amerykańskiej pieśni. Od połowy lat 60. słuchałem Dylana w obfitości. Pocztówkowa plastikowa płyta zakładana na buraczkowego koloru gramofon (adapter) „Bambino” nosiła liczne ślady gwałtu. Na dźwiękowej pocztówce socjalistyczny prywaciarz bezlicencyjnie nagrał protest song Dylana „Blowin in the wind” (Odpowie ci wiatr, 1963 rok).

    DWA. W roku 1969 pracowałem, akordowym maszynistą elektrowozu będąc, w odkrywkowej kopalni „Turów”. Latem miałem pojechać na darmowy obóz żeglarski młodzieżowego aktywu – organizowany przez ZMS (Związek Młodzieży Socjalistycznej). Ale wcześniej, w sali konferencyjnej dyrekcjo kopalni, zwanej wśród górników Pentagonem, musieliśmy wysłuchać mentorskich uwag powiatowego sekretarza PZPR, bodajże Romana Klata. Wśród negatywnych, wrażych kreatur przegranego na zawsze kapitalizmu, wymienił mojego Boga, Boba Dylana.

    smektalyki-bob-dylan-2

    TRZY. Ten krytyczny „referat” utkwił mi w pamięci na lata. W Zgorzelcu słychać było dalekie echa „porządkowania” Polandii, już bez obecności Żydów. Kiedy w 1998 roku wydawałem tomik wierszy „Jazz Baba Riba”, z przedmową Tadka Nalepy i rysunkami Andrzeja Mleczki, jeden z upoetyzowanych tekstów traktował o tym wydarzeniu z młodości, czasów dojrzewania, przedzierzgania się w mężczyznę.

    smektalyki-bob-dylan-3

    Andrzej Panek z kiepskim skutkiem udaje nacjonalistę, krytykując Boba Dylana (działo się w 1969)

    Od początku nie podobał mi się ten szczupły, suchy facet,

    z twarzą dziobatego apostoła, facet o nazwisku Robert Zimmerman,

    urodzony 24 maja 1941 roku w Duluth, w stanie Minnesota,

    z ojca Abrahama i matki Beattie (nazwisko panieńskie nie figuruje, niestety, w naszej kartotece).

    Partyjny lektor z powiatowego komitetu wmawiał nam,

    że właśnie tacy porąbani ludzie porządek świata obracają do góry nogami.

    Właściwie to się z nim zgadzam,  bo dlaczego niby przybrał pseudonim Bob Dylan?

    Po jaką cholerę wymyślił tę głupią balladę „Blowin’ In the Wind”?

    Natychmiast podchwycili ją wrogowie porządku, czyniąc z głupawej piosenki hymn bojowników o zasraną wolność.

    Zresztą, jest jeszcze jeden taki, Allen Ginsberg, urodzony w roku 1926.

    Ten znowu w poemacie „Ameryka” nawołuje do anarchii, do zaburzenia ładu obowiązującego w każdym przecież państwie.

    To już są doprawdy szczyty, objaśniał nam powiatowy lektor.

    CZTERY. Tak wówczas napisałem. A oto tłumaczenie legendarnego protest songu „Blowin In the Wind”, który w mojej młodości garściami siał ziarna buntu, rodził „ziołową” filozofię flower power, dawał poczucie wolności w zgorzeleckim klubie „Na Dole”, w rozległych piwnicach domu kultury w którym po raz pierwszy poczułem bliski zapach dziewczyny. Czyli zapach kompletnie wyposażonej kobiety. A także poczułem oleisty dym zdrady. Skonstatujcie, czy już 50 lat remu Bob Dylan (500 poetycznych songów), pisząc niezwykłe, sercowe słowa, nie miał zadatków na noblistę?

    Bob Dylan in 1970, the year he released his 10th studio album, Self Portrait. A new collection, Another Self Portrait (1969-1971), comes out August 27.
    Bob Dylan in 1970, the year he released his 10th studio album, Self Portrait. A new collection, Another Self Portrait (1969-1971), comes out August 27.

    Blowin In the Wind (Odpowie ci wiatr)

    Przez ile dróg musi przejść każdy z nas By mógł człowiekiem się stać?

    Przez ile mórz lecieć ma biały ptak Nim w końcu opadnie na piach?

    No i jak wiele kul musi trafić w swój cel Nim skończą się wojny złe?

    Odpowie ci wiatr, wiejący przez świat Odpowie ci bracie tylko wiatr

    Przez ile lat będzie trwał górski szczyt nim deszcz go na mórz zniesie dno?

    Przez ile ksiąg pisze się ludzki byt nim wolność w nim wypisze ktoś ?

    Ile jeszcze razy ludzie odwracać będą wzrok Udając ,że nie widzą nic?

    Odpowie ci wiatr, wiejący przez świat Odpowie ci bracie tylko wiatr

    Odpowie ci wiatr, wiejący przez świat

    Odpowie ci bracie tylko wiatr Ile też razy podniesiesz swój wzrok

    Nim nieba dostrzeżesz blask?

    Ile ci uszu potrzeba byś mógł Usłyszeć płacz ludzi i wrzask?

    No i jak wielu ludzi śmierć spotka nim ty Uznasz, że zbyt dużo już jej było?

    Odpowie ci wiatr wiejący przez świat Odpowie ci bracie tylko wiatr

    Proszę! Czytajcie kolejne, następne Smektałyki – w poniedziałki, środy oraz w piątki. A czasem nawet częściej. Powiedzcie o tym swoim bliskim, znajomym i nieznajomym. Dziękuję za puszczenie wici.

    Zdzisław Smektała 14 październik 2016

  • Mieczysław Janowski, artysta doprawdy boski!!!

    Mieczysław Janowski, artysta doprawdy boski!!!

    Jeden. Dzisiaj we Wrocławiu zaczęła się Jesień Patriarchy. Nieopodal domu towarowego „Feniks” kroczyłem majestatycznie na codzienne obrady koryfeuszy kultury, zwołane do kawiarni „Literatka”. Niespodziewanie, zza winkla legendarnej dawniej restauracji „U Fonsia”, wychynął Mieciu Janowski, wybitny aktor światowego formatu. Słusznie porównywany z Davidem Hemmingsem, odtwórcą głównej roli (kobiety normalnie mdlały) w filmie Michelangelo Antonioniego „Powiększenie” (Blow Up, 1966). Mietek miał oczy przepalonego słońcem nomada (to było do niego niepodobne) oraz kamienną twarz wulkanicznego gościa z Wyspy wielkanocnej.

    Dwa. Kur… Za kilka dni stracę wzrok, właśnie wracam od lekarza – cedził słowa i ruszył w stronę siedziby Teatru Laboratorium. Nie zatrzymywałem go – wiedząc, że za chwil kilka pojawi się w „Literatce”. Tak też się stało. Zdążył już lekuchno się wyluzować. Zamówił pilnie następne dwie setki. Stężone mięśnie twarzy puściły. Przy stoliku pojawili się nasi kumple, muzycy, Cyganie z zespołu Gipsy Tipsy. Brawurowo zagrali utwór Wojciecha Kilara „Krzesany”. Pod rynkową fontanną dzieci puszczały mydlane bańki. Odmieniony głośno przemówił wybitny artysta Janowski. Kur…. Jeszcze nikt na ślepotę nie umarł. Kolejka dla wszystkich! Wyglądał przy tym dziarsko, jak Grek Zorba po zawale w kamieniołomach („Ciesz się każdą chwilą, bo życie jest tylko jedno”)!


    Trzy. Mietek Janowski to aktor globalny. Występował najczęściej w teatrach awangardowych. Przez osiem lat grał w niezwykłym Teatrze Laboratorium Jerzego Grotowskiego (Faust, Akropolis., Książę Niezłomny). W nowojorskim NYU Tisch School of the Arts, Performance Studies gromadził tłumy widzów opowiadając o idei Teatru Ubogiego. Grał we wrocławskim Teatrze Współczesnym, w wielu filmach. Za dwa tygodnie, z okazji Olimpiady Teatralnej ESK 2016, prezydent Dutkiewicz wręczy mu ważniacki medal. Przyjadą wówczas do Wrocławia Wielcy Magowie Sceny; Eugenio Barba, Peter Brook, Romeo Castellucci, Pippo Delbono, Jan Fabre, Walerij Fokin, Heiner Goebbels (!!!), Liu Libin, Krystian Lupa, Eimuntas Nekrošius, Tadashi Suzuki, Theodoros Terzopoulos, Robert Wilso. Jezu, jak czadowa paka!

    Cztery. Grupa utytułowanych kolegów „Literatki”, ze zjawiskową redaktor Wandą Ziembicką, poprosiła, bym z tej okazji wygłosił o Mieczysławie Janowskim publiczną laudację. Nie wiem czy dałbym radę więcej kadzić mojemu 80. letniemu herbatnikowi. Mógłbym na przykład opowiedzieć, jak o mało co, nie Jego przełożonym. Zbigniew Cynkutis, amant, aktor i dyrektor Teatru Laboratorium (po Grotowskim), zaproponował mi w roku 1979/80,  abym przyjął posadę dyrektora administracyjnego tej znanej w świecie firmy. Akurat kończyłem pracę dyrektora klubu „Piwnica Świdnicka”, więc wyraziłem zgodę. Ale ostro zaprotestowała Stefa Gardecka, w teatrze zajmującą się wszystkim, w tym obfitą teatralną korespondencją ze światem.

    Pięć. Zrozumiałem wnet, że to dla mnie poważny lingwistyczny problem. Z języków obcych posiadałem wówczas jedynie ruski (do dzisiaj zmieniło się niewiele). Na blachę miałem wykuty jeden zaledwie, taki oto tekst: Расцветали яблони и груши, Поплыли туманы над рекой. Выходила на берег атюша, На высокий берег на крутой. A to ciutkę za mało aby wymieniać listy z Eugenio Barbą czy z dyrekcją nowojorskiego muzeum Guggenheima. Więc normalnie dałem spokój. Zostałem dyrektorem wrocławskiego Klubu Dziennikarz. Może mógłbym też opowiedzieć o bohaterstwie Mietka, który uratował aktorkę Maję Komorowską przed gwałtem włoskiego raptusa.

     Sześć. Janowski i Komorowska byli onegdaj z Laboratorium na teatralnej trasie po Italii. Koleżanka Maja zapragnęła zobaczyć (jak to ona) cudowny boski obraz w miasteczku obok. Nie znali włoskiego, ale dzielnie ruszyli autostopem. Zabrał ich samochodem nienasycony seksualnie śródziemnomorski macho. Posadził piękną Maję obok siebie i dostał syndromu niespokojnych rąk. Pani Komorowska zawołała więc patriotycznie: Mieciu zrób coś! Mietek zrobił i, lekko potargani, w dalszą podróż ruszyli na piechotę. Lecz czy to właściwa narracja przy uroczystym wręczeniu medalu? Nie wiem. Raczej postawię Mietkowi flaszkę łąckiej śliwowicy albo jakiejś innej pejsachówki, czyli 70. voltowej gorzały. Podobno jest znakomita na nadwyrężony wzrok.

    Zdzisław Smektała

     

     

  • Andrzej Wajda – Człowiek zabijany kijami

    Andrzej Wajda – Człowiek zabijany kijami

    Wczoraj, w poniedziałek przed południem, w naszej bohemistycznej kawiarni „Literatka” na wrocławskim rynku, prywatny wykład o polsko – ukraińskim klinczu dał Wojtek Smarzowski, reżyser wchodzącego na ekrany filmu „Wołyń”. Przyniósł (do posmakowania) wspaniale ilustrowany, pokaźny album o Wołyniu. Tym czarno-białym, sfotografowanym przed wojną. I o „Wołyniu” uwiecznionym na filmowym planie. Smarzowski powiedział wczoraj niezwykle ważne zdanie, puszczane mimo uszu przez wielu złotoustych mędrków, tych z pseudopatriotycznym podbicięm:

    „Prawdy nie można zatajać. Zatajanie prawdy o zbrodni to prosta droga do następnych zbrodni”. W tej filmowej brutalnej historii opowiedzianej przez Smarzowskiego bardzo przekonuje mnie narracja zbiorowego szaleństwa opowiedziana przez młodą dziewczynę, Zosię Głowacką, na siłę wydawaną za mąż. Ten sposób obrazowania rzeczywistości pasuje do moich wieloletnich literackich doświadczeń. Do tego, że największe masowe ludzkie niegodziwości najcelniej stygmatują jedne oczy, jedne uszy, jeden człowiek. Smarzowski przypomina w tym mistrza Andrzeja Wajdę za młodu.

    Prawdę tę posiadłem w trzewiach ponad trzydzieści lat temu, na zajęciach prowadzonych przez Andrzeja Wajdę, mojego profesora w łódzkiej filmówce. Wczoraj, wspominaliśmy też najwybitniejszego filmowego twórcę, który tworzył polskie historie nie dla łaskotek próżności. A dla możliwości leczenia narodowych ran. Na całe życie zapamiętam wykład profesora Wajdy o dratyźmie nieudolnego zabijania człowieka kijami. I o banalności ścięcia oddziału żołnierzy serią z Kałasznikowa.

    Na tym wajdowym wykładzie stygły moje przypuszczenia, że w sztuce, literaturze – najbardziej przekonujące są losy człowieka wkopanego w kąt, bez możliwości negocjacji. I takich nieszczęśników starałem się pokazywać w moich powieściach („Chciwy żywot grajka”, „Liszaj”). Profesor Andrzej Wajda – latami – nie tylko oswajał mnie z polską pokancerowaną duszą, ale i pomógł właściwie wyrzeźbić moje męskie libido, przybliżał realny zapach kobiety. Film „Wszystko na sprzedaż” (1968) pokazał czym może być damsko–męski high life w góralskim kożuchu. A „Polowanie na muchy” (1969) ze zjawiskową Małgorzatą Braunek obnażył męską mizerię w daremnej walce z kobietą.

    Ostatni, wizjonerski film Andrzeja Wajdy „Powidoki”, kandydat do nagrody Oscara, czyli 40. film, 90. letniego reżysera – jest kontynuacją jego artystycznej drogi. Podawania rzeczywistości bez kitu, majstrowania przy niej przez kurdupli, szeregowców historii. Charyzmatyczny malarz Władysław Strzemiński, człowiek chromy fizycznie lecz wielki ideami – nie chce w socrealizmie, w zamtuzie, lokować swojej sztuki. Wybiera samotność, ową bytność w kącie Ale to jest naturalne. Samotność bowiem jest przeznaczeniem wielu wybitnych artystów. „Powidoki” to przestroga, testament Wielkiego Reżysera.

    Klasę Andrzeja Wajdy obrazuje relacja z planu filmu „Popiół i diament” (1958) opowiedziana przez Mistrza: „Zbyszek Cybulski przyjechał w dniu rozpoczęcia zdjęć o siódmej rano i natychmiast udał się do garderoby. Zobaczyłem go, kiedy wychodził szybkim, zdecydowanym krokiem, a za nim biegły dwie panie od kostiumów i wołały zrozpaczone: Panie reżyserze, on nie chce się przebrać!!!”.

    Zapalam za niego znicze podobne tym z „Popiołu i diamentu”. I pochowałbym Profesora na Wawelu, ale wybrał Salwator..

    Zdzisław Smektała

     

  • Smektałyki – czyli losów rozdrobnione szyki.

    Smektałyki – czyli losów rozdrobnione szyki.

    Smektałyki – czyli losów rozdrobnione szyki.

     Szanowni Wielce Czytelnicy!

    Absolutni Dzierżawcy Mojego Losu!

     1. Po dłuższej przerwie – powody były liczne i behawioralne – znowu pragnę zaprzątać Waszą uwagę wytworami moich myśli. Upoważniłem się do kontynuacji tej pracy w sposób regularny (co najmniej 3 razy w tygodniu). Powodowany w tym jestem dotychczasową Waszą przychylnością, z jaką spotykałem się drukując: powieści, wiersze, opowiadania, felietony, dzienniki, ulotne myśli, krótkie sentencje.

    2. Dzisiaj, 9 października, w niedzielę, zaczął się Światowy Tydzień Pisania Listów. Chociaż jest to zwyczaj zmierzchowy – podłączę się pod staroświeckie święto. Latem wiele listów wysłuchiwałem na obszernym tarasie mojego loftu, który jest XVIII wiecznym spichlerzem zbożowym, położonym w Praczach Odrzańskich. Spichlerz zaś wybudowano nieopodal szachulcowego kościoła pod wezwaniem Świętej Anny.

    3. Właśnie przez parafialne wiecowe głośniki wysłuchiwałem licznych niedzielnych mszy. Nad moim tarasem falowały – podawane głosem natchnionego proboszcza – Listy Apostolskie, także te do Hebrajczyków, Efezjan, Kolosan. Albo do Tymoteusza, Tytusa oraz Filemona. Pracze to stara parafia. Wrocławski biskup Władysław powołał ją w roku 1383! A obstalował, rodzinnym złotem, właściciel wsi, koleżka Ulrich von Pak.

    4. W postmodernistycznym tym kościele, równe 40 lat temu, wziąłem piękny ślub z Barbarą. Teraz, po 40 latach, właśnie z Pracz Odrzańskich, z parafii świętej Anny, będę pisać do was swoiste felietonowe listy. O umykającym zbyt szybko świecie, o dookolnej farsie łamanej przez tragikomedię. A ponieważ, w przeciwieństwie do wymienionej tu Anny, święty – niestety – nie jestem, wybaczcie obecność moich tekstów blisko życia,

    5. Będzie, w kolejnych dniach, osobisty list jaki do mnie wysłała druga (po Jarosławie Wielkim) osoba w państwie – wicepremier Mateusz Morawiecki. Będzie „wiernopoddańczy” list, jaki ja wysłałem do byłego prezydenta, Lecha Wałęsy. Będzie o tym dlaczego chciałem zobaczyć Ettę James, słynną bluesową wokalistkę – nago. Przeczytacie czy można krwią miesięczną stawiać w książkach exlibrysy, będzie też które jazzowe pieśniarki pachniały Sadem Ostatecznym.

    6. A także, co ważnego w całe moje życie wniósł kawałek Georga Gershwina „Summertime” wiedziony przez niesamowita Janis Joplin. Dowiecie się, co załatwiałem z ambasadorem Szwecji w Polsce by na moim festiwalu godnie przywitać światową gwiazdę jazzu, Karin Krog. Oraz, dlaczego, na kolanach, z czerwoną bejsbolówką w dłoni, żebrałem przed limuzyną prezydenta RP.

    7. To tylko niektóre z tematów, jakie pomieszczał będę w kolejnych Smektałykach. Wiecie bowiem Rodacy, że moją religią jest feeling, z powodu miłości do bluesa jestem pól Murzynem, uwielbiam tony organów Hammonda, omdlewam przez kobiety odziane w czerń. A przez gitarowe riffy Jimiego Hendrixsa bluźnię.Czytajcie Smektałyki wpisując w Google frazę: Blog Smektały albo zaglądajcie na Facebooka.

    Zdzisław Smektała – już nie jak Polska cała – Polska się podzieliła.

     

     

  • Dziennik Sto Dni

    Dziennik Sto Dni. Odcinek 3 (441). Sobota. 3 dzień stycznia 1987 roku.

    1. Kraków
    2. Wydarzenia
    3. Dziennik Sto Dni. Odcinek 3 (441). Sobota. 3 dzień stycznia 1987 roku.

    Autor: Zdzisław Smektała

    2002-01-07, Aktualizacja: 2004-12-18 11:53

     

    W mojej redakcji zdjęli mi felieton zatytułowany „Płodozmiany”. Był o ideologicznych zmianach w ZSRR. Ale zaczynał się zimą. Czyli tak; „Tegoroczna ostra zima dała się we znaki także i mnie. Nie, nie żeby mnie zaskoczyła. Wiedziałem, że wzorem lat ubiegłych w kalendarzu powinien pojawić się styczeń. Kupiłem więc latem byle jaki koks (innego nie było). Dźwigam go w wiadrach na trzecie piętro poniemieckiej kamienicy. Karmię nim nigdy nienażarty piec „Camino”. I jak mówi zaprzyjaźniona agentka pijalni piwa z sąsiedztwa – idzie żyć.

     

    Dała mi się ta zima we znaki, gdyż to ona sprawiła, że muszę pisać szybko następny felieton. Pisząc żartobliwie o „pełnym zdziwieniu odkrywaniu zimy” popełniłem, co u mnie występuje nagminnie, dwa ideologiczne błędy. Po pierwsze przy okazji mrozów posłużyłem się pomagającą niemieckiej ludności wrażą Bundeshwerą. Po drugie pisząc, że ta wstręciucha zaskoczyła nasz ludowy kraj nie wziąłem dyletant pod uwagę faktu, iż za sanacji (przede wszystkim za sanacji) też bywały tęgie mrozy. Jedyną pociechą z tego pisania jest przyrzeczenie naczelnego, że zapłaci honorarium takie jak zwykle. A to dwa kilogramy niezłej kiełbasy”

    * Dostałem kartkę z Aten od Jacka Wekslera, zdolnego wrocławskiego reżysera teatralnego. Jest na stypendium w stolicy Grecji. Miał popchnąć w tamtejszym ministerstwie kultury tłumaczenie moich „greckich” książek. Odpisał tak: ”Zdzichu, w kapitalizmie jest ciężko. Rozmawiałem o sprawie ze znaną ci koleżanką Ypsilandi (minister kultury – Z.S.). Z jej wysokimi urzędnikami w ministerstwie. Wszyscy mówią, że Cię kochają. Ale nie mają tyle kasy by poprzeć finansowo te przekładowe projekty. Odłóżmy więc Twój przyjazd na szczęśliwszą okazję. Bardzo mi pomaga polecony przez Ciebie Christos Arwanitidis. Herbatnikujemy. To tyle na razie. Ściskam. Jacek.”

    Szkoda. Wszystko odwleka się w czasie. Może stracić na aktualności. * Papież Jan Paweł II został lareatem wielkiej Poetyckiej Nagrody Liviano. To prestiżowe włoskie wyróżnienie zostało mu przyznane za międzynarodową antologię Karola Wojtyły. Jeden umysł – dwóch mężczyzn. Ponoć poeta znacznie lepiej rozumie naturę niż naukowiec. W znanych mi utworach poety Wojtyły przewija się wciąż natrętne pytanie ponckiego Piłata – Czym jest prawda? A także przeświadczenie, że jest to poezja dla pasterzy znających biblię. A nie dla pasterzy z biblii. * Wieczorem w jazzowym klubie „Rura” przy Łaziennej. Byłem po niezłej gorzale. Pobiłem się z utalentowanym saksofonistą młodego pokolenia, Piotrem Baronem. Stałem ponoć przy bufecie zbyt blisko jego aktualnej kobiety. Konwersowałem z nią ponoć zbyt luźno. Piotrek odstawił instrument. Zszedł ze sceny w środku utworu i ruszył na mnie z pięściami. Obaj ważymy ponad stówę. Więc widok był jak z kadrów filmu „Spartakus”. Rozdzielili nas kumple.

    Przyjechała Ula i zabrała mnie do swojego domu. Była opiekuńcza, mimo, że ostatnio się poprztykaliśmy. Zawsze umie się zachować. Miałem na drugi dzień kaca wódczanego i moralnego. Ale to była niedziela. Cicho, ciepło, syto, damsko-męsko. Dało się przeżyć.

    * Życie bez obecności ludzi, których się kocha jest samotnością, fizjologicznym trwaniem.

  • Swingowe Auto Redaktora Smektały: Nissan Cube

    Cube Swing 2011 2012 (171)

    Szanowna Wyrafinowana Publiczności!

    Zajrzyjcie proszę na You Tube na zabawno-instruktażowy obraz filmowy pod tytułem:

    Zdzisława Smektały Swingowe Auto Nissan Cube