Autor: Tymon Smektała

  • Marquez G.G., czyli „Rzecz o mych smutnych dziwkach” (i inne cholery).

    Marquez G.G., czyli „Rzecz o mych smutnych dziwkach” (i inne cholery).

    JEDEN

    W roku 1999, pomiędzy 20 września (o godzinie 11.30) a 11 listopada (o godzinie 9.30) – dzisiaj mija 17 lat – napisałem powieść „Blues Brother”. Jest to zapis zgoła surowy, notacja strumienia świadomości, zarys literackich zdarzeń i postaci. W jej fabule pyszni się moja ulubiona muzyka, zamieszkują w niej kobiety, które bohatera powieści, wyprowadziły – swoją miłością, charakterami – na podium zarezerwowane dla największego bluesowego harmonijkarza świata. Akcja książki wije się na kanaryjskiej, wulkanicznej wyspie Lanzarote, podczas I Światowego Festiwalu Wirtuozów Bluesa. Nazwałem ją obrazkową, dwunastotaktową powieścią ze ścieżką dźwiękową. Ale po jej przeczytaniu, w całości, cykałem się społecznego  odbioru. Więc maszynopis wrzuciłem do „tapczanu”. Kiedy jednak, siedem lat później, w roku 2005 (światowa premiera 2004), ukazała się w Polsce niewielkie dzieło literackiego noblisty, G.G. Marqueza: „Rzecz o mych smutnych kurwach” (hiszpański Memoria de mis putas tristes) – wyciągnąłem „Blues Brothera” z „tapczanu”.

    bbm-15-3

    DWA

    „Powieść Marqueza to historia miłości starca do nieletniej dziewicy. Narrator jest dziennikarzem, kiedyś pracował jako dostarczyciel depesz (Marquez rzeczywiście pracował jako redaktor depeszowy). W chwili opowiadania historii, jest już szacownym jubilatem. W dniu swoich 90. urodzin zdobywa się na odwagę, by spełnić swój erotyczny i niemoralny kaprys sprzed lat. Chce spędzić szaloną noc z dziewicą. Ta niecodzienna zachcianka wprowadza w jego nudne, szare, ustabilizowane emeryckie życie – niepokój. Niepokój, który okazuje się się jego pierwszą i ostatnią młodzieńczą miłością” – tyle recenzja. Carlos Marrodan Casas, polski tłumacz tej książki, dał jej tytuł taki jak na całym świecie. Ale przez tubylczych bigotów, którzy bali się procesu sądowego, w porozumieniu z prawnikami wydawcy, zmienili go w naszym kraju na: „Rzecz o mych smutnych dziwkach”.

    Moją nieopublikowaną powieść położyłem wówczas obok egzemplarza Marqueza. I tak leżała następne dwanaście lat. Aż do tej jesieni. Nie wiem, ile jeszcze nałykam się ziemskiego miodu – a zapisane w książce zdania wciąż pokrywa patyna. Nie będę jej zdmuchiwał, nie będę poprawiał narracji – puszcze taką wersję, jaka jest. Może wzbudzi ciekawość, zaintryguje.

    bbm-15-1

                                                      Blues Brother

                      Dwunastotaktowa powieść ze ścieżką dźwiękową – Fragment

    BB King

    Kurwa! B.B. Kinga znieśli – w czasie tegorocznego jazzowego festiwalu w Montreux – ze sceny. Zasłabł, zwiotczał, wykańcza go wieloletnia, lekceważona cukrzyca. Znam tę cholerę w detalach. Słabnie mi wzrok, rozmazują się obrazy, kancerują się nogi, nerki mogą mi wkrótce wywinąć numer. Upadek B.B. Kinga wywołał u mnie wściekłość. Raczej bezsilność, podszytą nieuchronnością the endu. Mam na imię Blues. Wystarczy. Każdy wie, co dla kochających niepicowane życie, oznacza słowo blues. Jestem harmonijkarzem, grającym od lat 12-taktowe standardy, kompozycje własne. Czasem piszę do nich teksty. Siedzę teraz, pod zacienionym tarasem obszernego olśniewająco białego domu właściciela winnic La Geria. Czas marnotrawię na upstrzonej kraterami hiszpańskiej wyspie Lanzarote. Lanzarote to jeden wielki stygnący wulkan, sponiewierany niezliczonymi brodawkami, wypluwającymi z głębi ziemi ukrop. W wyspiarskiej glebie, o konsystencji popiołu, nadzwyczaj plonują rachityczne winnice.

    smektalyki-15-g-g-marquez-8

    JORGE VALHONDO

    Rozległy dom Jorge Valhondo, z zielonymi wyłącznie okiennicami, sprawia wrażenie kaprysu bogatego dziwaka. Wygląda zagadkowo, jak posiadłość Asteriona, ten z zagadkowego opowiadania Argentyńczyka, Jorge Luisa Borgesa. Od rana, co tutaj jest godziną 11, wzbudzając zdziwienie turystów, handlarzy winem i domowników, haustami wykańczam kolejne butelki. W grubych, tandetnie odlanych szklanach, upstrzonych bąbelkami uwięzionego tlenu – spijam wnet oszałamiające wino „El Grifo – Shakespeare”. Produkowane z winogron, dojrzewających w czarnej, wulkanicznej, żyznej ziemi. W szatańskim, powulkanicznym krajobrazie, założono winnice, których obrzeża wyznacza krąg wielkich kamieni Wyglądają jak zielone oazy kosmitów. Jak potwierdzenie upartych tez z amatorskich książek szwajcarskiego kelnera, Ericha von Daenikena.

    bbm-15-4

    EL GRIFO

    Miejscowi, ich przodkowie, dorobili nawet, powielaną w tysiącach przewodników legendę, że wino z tych miejsc, do własnego bandziocha, wlewał także globalny dramaturg – William Szekspir. Że to właśnie 11 procentowe „El Grifo”, natchnęło go do napisania miłosnej szarpaniny, nazwanej „Romeo i Julia”. Ale, jak znam życie, romans napisał zwyczajnie dla pieniędzy i dla swojej nigdy nienasyconej seksualnie kochanki. A nie dla potwierdzenia winnych fanaberii. To, co być może przeczytacie kiedyś w Polsce, zapisuję dzisiaj na, zgwałconych słońcem i chciwością, rewersach stronic nieaktualnej książki rachunkowej właściciela bodegi, tegoż Jorge Valhondo. Małego, zgarbaciałego kutasa, którego ciemne nieprzeniknione oczy zapowiadają całodobową chciwość. A mocno, oleiste włosy, sugerują sążniste konto w Narodowym Banku Hiszpanii.

    cc-grifo-192x_dap_half_glamour

    DIRTY DOG

    Znałem go, usadowiony tutaj przez „Dirty Dog”, niemiecką firmę show-biznesową oraz linie lotnicze „Condor„ siedem zaledwie dni. Ale od razu dało się wyczuć, że gość zachowuje się, jak wyniosły laureat nagrody Pulitzera, z zakręconego filmu „Pamiętnik szalonej gospodyni”. Ten, który na alkoholowym przyjęciu, uczenie mówił o peruwiańskim Janosiku – Tupaca Amaru. Co nie przeszkadzało mu skręcić autentyczny peruwiański posążek należący do pani domu. Oprócz wina, Jorge Valhondo, sprzedawał tutaj podekscytowanym turystkom, najczęściej grubym Niemkom, terkoczącym teutońskim gwarem, wypalane gliniane figurki, przedstawiające postaci pykających z fajki butnych właścicieli winnic z przeszłości. Oraz sprzedawał, szczodrze kolorowane statuetki ich kobiet, z grubo ciosanymi twarzami, wyrażającymi zadowolenie.

    mg_7208raw_dap_half_glamour

    KORKI MAURÓW

    Piję więc to wino, inicjujące ponoć dramaturgiczne pomysły, zagryzam chipiriones, przesolone młode ośmiornice, smażone w ostrej panierce i zapisuję na odwrotnych stronach ksiąg rachunkowych imiona kobiet mojego życia. Zapisuję ich stan czułości, poziom przebiegłości, efekty działania adrenaliny. Kreślę, co też kazało mi z nimi właśnie stawać w jednych drzwiach, wchodzić do jednej wanny, jeść z ich dłoni oliwki, puszczające tłuste smużki, zbroczone krwią maliny. Kobiety, które – czasem do przesytu – oddawały mi siebie. U Jorge Valhondo siedzę już siódmy dzień, nie przekraczając stanu lekkiego ubzdryngolenia się rano. Dochodząc zaś do ciężkiego pijaństwa wieczorem. W nocy właściwie. Do turlania po chłodnych kalejdoskopowych kaflach, o mauretańskich wzorach, flaszek zawstydzonych pustką. Do kopania po patio ręcznie wypalanych butelkowych korków.

    hair-21_dap_half_gruppe4

    TIMANFAYA

    Padałem dopiero wówczas, gdy gromady nabuzowanych słońcem Germanów, wracały do luksusowych klimatyzowanych hoteli. Aby tam, przy kolacji, aż do głośnych pierdnięć, zażerać się ulubioną świniną. Legać następnie w wielkich metalowych wyrach pięciogwiazdkowych budowli, przed którymi szastają odsoloną wodę fontanny cztery razy większe niż ta z wrocławskiego Rynku, mającą być wizją w XXI wiek. A stając się wstydliwą kopią tych, spod wyspiarskich hoteli. Siedzę bezczynnie w tej lanzarockiej winnicy z powodu terrorystycznej akcji baskijskich patriotów. W jednym z kraterów narodowego parku Timanfaya, nieopodal głównej festiwalowej sceny, wypełnionej ćwiczącymi muzykami, zdetonowali ładunek wybuchowy. Uczynili tak, podczas eliminacji ogólnoświatowego, zorganizowanego przez firmę „Dirty Dog”, festiwalu bluesa.

    smektalyki-15-g-g-marquez-7

    MUSSELWHITE

    Baskijscy bojownicy chcieli dać znak, że istnieją. Ci z „Dirty Dog”, pragnąc udobruchać spłoszonych artystów, zaproponowali im nieograniczony czasem pobyt w najlepszych kurortach wyspy. Jednak prawie wszyscy wylecieli do domu pierwszymi samolotami. Ja zostałem. Nikt w Polsce na mnie nie czeka. Tutaj więc, w zmorze upalnego słońca, robię rozrachunek z moim blisko pięćdziesięcioletnim życiem. Zapiszę w nieaktualnych rachunkowych księgach, jak to, dzięki kobietom, muzyce i jedzeniu – dotarłem, z muzycznych piwnic nadgranicznego miasteczka Zgorzelca, gdzie grałem pierwsze bluesowe koncerty, na hiszpańską wyspę Lanzarote. Aby, jako pierwszy Polak w historii, koncertować na gigantycznej imprezie dla wielu tysięcy ludzi. Grać jak równy z równym, wspólnie z Charliem Musselwhitem, Johnem Mayallem, Dukem Robillardem.

    Zdzisław Blues Smektała              

  • Budzimy Forresta Gumpa – nadchodzi era Trumpa

    Budzimy Forresta Gumpa – nadchodzi era Trumpa

    morawiecki

    JEDEN

    Życie naprawdę jest jak pudełko czekoladek, w słynnym filmie Roberta Zemeckisa.. Nigdy nie wiesz na co trafisz. Wielu ludzi na całym świecie (szczególnie od middle class w górę) liczyło na wyrafinowane smaki proponowane przez Hillary Clinton. Ale rzeczywistość okazała się zupełnie inna. Wybory w USA wygrywa Donald Trump, swoisty chropowaty słoń w składzie esablishmentowej porcelany. O paradoksie – mając teraz pieniądze i największą w świecie władzę – może dla globalnej cywilizacji zrobić coś pożytecznego. Nie chcąc się zatem plątać w tym szczególnym dniu „na wizji”, w Waszej wyobraźni, zapraszam do Smektałyków na piątek. Chciałbym w ten dzień, zaproponować Czytelnikom fragment powieści, która wiele lat po napisaniu, przeleżała w zapomnieniu.

    smektalyki-15-g-g-marquez-5

    DWA

    W roku 1999 bowiem, pomiędzy 20 września (o godzinie 11.30) a 11 listopada (o godzinie 9.30) – za dwa dni minie 17 lat – napisałem powieść „Blues Brother”. Jest to zapis zgoła surowy, notacja strumienia świadomości, zarys literackich zdarzeń i postaci. W jej fabule pyszni się moja ulubiona muzyka oraz kobiety, które bohatera, Blues Brothera, wyprowadziły swoją miłością, swoimi charakterami – na podium zarezerwowane dla największego bluesowego harmonijkarza świata. Jej akcja dzieje się na kanaryjskiej wyspie Lanzarote, podczas I Światowego Festiwalu Wirtuozów Bluesa. Nazwałem ją dwunastotaktową powieścią ze ścieżką dźwiękową. Ale po jej przeczytaniu w całości, cykałem się społecznego odbioru. Więc maszynopis wrzuciłem do „tapczanu”. Kiedy jednak siedem lat później, w roku 2005 (światowa premiera 2004), ukazała się w Polsce niewielka powieść literackiego noblisty, G.G. Marqueza: „Rzecz o mych smutnych kurwach” (hiszpański Memoria de mis putas tristes) – wyciągnąłem „Blues Brothera” z „tapczanu”.

    smektalyki-15-g-g-marquez-2

    TRZY

    Powieść Marqueza to historia miłości starca do nieletniej dziewicy. Narrator – bohater tego dzieła, jest dziennikarzem, kiedyś pracował jako dostarczyciel depesz (Marquez rzeczywiście pracował jako redaktor depeszowy). W chwili opowiadania historii, jest już szacownym jubilatem. W dniu swoich 90. urodzin zdobywa się na odwagę, by spełnić swój erotyczny i niemoralny kaprys sprzed lat. Chce spędzić szaloną i upojną noc z dziewicą. Ta niecodzienna zachcianka wprowadza w jego nudne, szare, ustabilizowane emeryckie życie – niepokój. Niepokój, który okazuje się się jego pierwszą i ostatnią młodzieńczą miłością” – tyle recenzja.

    bbm-15-2

    CZTERY

    Carlos Marrodan Casas, polski tłumacz tej książki, dał jej tytuł taki jak na całym świecie. Ale przez tubylczych bigotów, którzy bali się procesu sądowego, w porozumieniu z prawnikami wydawcy, zmienili go w naszym kraju na: „Rzecz o mych smutnych dziwkach”. Moją nieopublikowaną powieść położyłem wówczas obok egzemplarza Marqueza. I tak leżała następne dwanaście lat. Aż do tej jesieni. Nie wiem, ile jeszcze nałykam się ziemskiego miodu – a zapisane w książce zdania wciąż pokrywa patyna. Nie będę jej zdmuchiwał, nie będę poprawiał tekstu – puszcze taką wersję, jaka jest. Może wzbudzi ciekawość, zaintryguje. Zapraszam, w piątek, do lektury fragmentu tych zapisków.

    .Zdzisław Blues Smektała                                                   bbd@bbd.pl

     

     

  • Zamiast Wojciecha Manna – Radio Jazz Tirana

    Zamiast Wojciecha Manna – Radio Jazz Tirana

    Autor felietonu – zmartwiony pauperyzacją jego ulubionego programu radiowego – Trójki

    JEDEN

    Przestałem słuchać radiowej Trójki. Usunęli z tej anteny wielu dziennikarzy, których lubiłem słuchać, lubiłem ich, tożsamy z moim, ogląd świata. I nie chodzi mi o prezentera Marka Niedźwiedzkiego, bo jego zachowawcze audycje, robione tą samą fastrygą od lat – mnie nie kręcą. Nie ma w nich ożywczego wiatru. Dzisiaj, w eterze, wirują miliony przeróżnych dźwięków, do wyboru, do koloru, do uszu i duszy. Zatem nie trzeba się już zdawać, na dojście Niedźwiedzkiego do płyt, na jego muzyczny gust, który, mówiąc sercowo, jest taki sobie. Żałuję natomiast osłabienia, marginalizacji tej stacji (to taki grzeczny, dyplomatyczny zwrot). Trójka rosła bowiem razem ze mną, towarzyszyła mi w życiu wiele lat. To z jej fal, wypuszczanych przez kultowy radioodbiornik „Jubilat”, po raz pierwszy słyszałem o przyznaniu mi literackich nagród, po raz pierwszy usłyszałem nazwisko: Lech Wałęsa. To w Trójce usłyszałem komunikat o przyznaniu literackiego Nobla Czesławowi Miłoszowi. Słuchałem, w tej stacji, energetycznych kawałków, zapowiadanych przez Marię Jurkowską (Blues wczoraj i dziś), czy audycji Manna & Chojnackiego (Bielszy odcień bluesa). Mógłbym taką listę ciągnąć na cztery długie felietony.

    ismektalyki-14-wojciech-mann-1

    DWA

    Ale to się skończyło. Dobra zmiana, z siłą warana, rzuca na kolana. Przeczytałem właśnie wywiad, jakiego Wojciech Mann, prowadzący mnie muzycznie przez lata, udzielił, pierwszej wywalonej, byłej naczelnej Trójki, Magdzie Jethon. To mądra, ale zarazem smutna rozmowa. Wojciech Mann nie trzęsie gaciami, nigdy nie trząsł, ale wymowa jego słów jest osłabiająca. Nie są już ważne: feeling, swing i piercing – liczy się przykurcz karku, posłuszeństwo miernych hoplitów. Miedzy innymi, mówi Mann tak:

    „Moja sytuacja jest dość skomplikowana. Robię nadal swoje audycje najlepiej, jak potrafię, bo cały czas mam, i to nie jest próba stworzenia sobie alibi, pewne poczucie odpowiedzialności wobec słuchaczy. Mam z nimi kontakt kilka razy w tygodniu i ciągle słyszę: niech pan nie odchodzi z Myśliwieckiej, bo skończy się jeszcze jedna rzecz, którą lubimy w Trójce. Stosunkowo mało otrzymuję listów, żebym się wypisał z tego radia. A w związku z tym, że nie jestem już podlotkiem, to przeżyłem różne okresy, systemy polityczne i wiem, że dobrze jest być ze słuchaczami. Oczywiście nie za wszelką cenę. Nie wiem, co może się jeszcze wydarzyć, ale specjalnie nie kryję się ze swoją krytyką zmian, które następują w Polsce. Powiem wyraźnie: jest (w Trójce – ZS) atmosfera przygnębienia i zastraszenia. Oczywiście, inaczej się czuje ktoś taki jak ja, kto ma za sobą ileś lat pracy, jakiś dorobek i nie jest całkowicie zależny od honorarium Trójki. A inaczej osoba, która ma kredyty, rodzinę i konieczność przyniesienia miesięcznego honorarium. No to ci ludzie zwyczajnie się boją i myślę, że po prostu każdego dnia budzą się z lekkim strachem”.

    ismektalyki-14-wojciech-mann-5

    Berno – siedziba Radia Swiss Jazz

    TRZY

    Czasy więc są trudne, kruche, kapryśne. Jestem dziennikarzem, felietonistą – od plus minus czterdziestu lat. Ale nigdy, przez te długie lata, nie obserwowałem takiej lawiny strachu i krętactwa. W minionym polskim pseudosocjalizmie było jasne. Ten jest nasz, a ten służy innemu panu. Teraz, w wolnym przecież kraju, strach o chleb, o etat, o kasę (bo przecież nie o ideologię) spętał całe gromady redaktorów. Potwierdza to Wojciech Mann. bardzo mu „żal tamtej atmosfery spokoju, pogodnego robienia radia, braku zagrożeń, obaw i oglądania się, czy ktoś niepowołany słucha naszej rozmowy. To jest bardzo nieprzyjemne, ta stęchlizna w powietrzu”. I życzy Trójce, by „dobra zmiana” przestała reperować to, co nie było zepsute”.

    ismektalyki-14-wojciech-mann-3

    Tirana – od czterech lat, stolica albańskiego jazzu

    CZTERY

    Ale, moi niesamowici czytelnicy (oby was było jak najwięcej), wiecie doskonale, że ta zakała natura, w próżni nie zadziała. Więc wymyśliłem to tak: W niezmierzonych obszarach Internetu znalazłem dwie, mentalnie mi bliskie, darmowe radiowe stacje, które skutecznie wysuszają moje łzy po zaprzestaniu nastawiania radia na program trzeci. Jedna – Radio Swiss Jazz – nadaję ze spuchniętej od złota i banków Szwajcarii, konkretnie z pięknego miasta Berno. Druga – Tirana Jazz Radio – swoje audycje nadaje z dzikiego kraju, upstrzonego milionem betonowych bunkrów (mieli tam swojego Macierewicza). Ten malowniczy kraj – to gigantyczny chaos, łamany przez rodzący się kapitalizm – czyli Albania. A ściślej nadawane są jazzowe programy ze stolicy Albanii, z Tirany właśnie. Miasta tysięcy starych i nowych mercedesów. Stacja radiowa z Berna powstała zaledwie 18 lat temu i jest słuchana w cyfrowej jakości, prezentowana w wielu sieciach kablowych, w całej Europie (i na świecie). Mnie ujęła tym, że słuchaczom nie mąci głowy reklamami. A przede wszystkim, tym, że redaktorzy układający repertuar stacji są moimi sobowtórami. Osiemdziesiąt procent (co najmniej) tego co puszczają na antenę – ja sam bym dla siebie wybrał. Słucham więc jazzu ze Szwajcarii z przyjemnością, bo i proporcje utworów pieszczą moje uszy (70 procent to wysokiej klasy jazz – a 30 procent to mój ulubiony blues).

    ismektalyki-14-wojciech-mann-4

    Tirana Jazz Festiwal 2016

    PIĘĆ

    Natomiast redaktorzy muzyczni z Tirany (stacja powstała w roku 2012) ujęli mnie szczerością i skromnością. Napisali do swoich odbiorców: „Drodzy Słuchacze! Tirana to ani wielkie miasto, ani małe miasteczko. Jest stolicą Albanii, położoną na Półwyspie Bałkanów, południowo-wschodniej Europy. Tirana miała bardzo mało, a właściwie nie miała żadnych związków z jazzem. Dopiero, po roku 1990 – gdy dźwięki tej pięknej muzyki trafiły w ten mały zakątek Europy – zwariowaliśmy. Odbiorców jazzowych klimatów  w naszym kraju nie jest zbyt wielu, ale uważamy, że jazz, jako piękną formę muzyki, pozna i pokocha coraz więcej ludzi. Robimy to radio w – uwaga – trzy pełnoetatowe osoby. A coraz większa liczba słuchaczy sprawia, że w tej pracy nie ustaniemy”. I – albańscy pasjonaci  – nie ustają. Nie wiem czy płacą tantiemy, ale kapele, muzycy, standardy jakie tam wybrzmiewają z głośników, gwarantują najwyższy światowy poziom.

    ismektalyki-14-wojciech-mann-7

    SZEŚĆ

    Tłumcie zatem żal po dziadzieniu stacji mojego życia – Trójki. Słuchajcie wspaniale doprawionego Radia Swiss Jazz oraz niesamowitego Tirana Jazz Radia. Bardzo łatwo je wrzucić na pasek monitora. A za jakiś czas przepytam was z tej zadanej lekcji.

    Zdzisław Blues Smektała                                               bbd@bbd.pl                              

  • Jak, z rysownikiem Andrzejem Mleczką, rozpijaliśmy studenta prawa

    Jak, z rysownikiem Andrzejem Mleczką, rozpijaliśmy studenta prawa

    JEDEN

    Zbigniew Sałamacha.

    Dzisiaj dzień napływających wiadomości i obrazków z przeszłości. Napisał do mnie pan Zbigniew Sałamacha, skrupulatny i wymagający czytelnik Smektałyków:  „Dobry wieczór Panie Zdzisławie… 200 lat temu miałem przyjemność poznać Pana osobiście… w nieistniejącej już gazecie, prowadził Pan konkurs, w którym rozdawał Pan komputery „Atari”… Przez cały czas moja córcia, wówczas małoletnia, niebywale chciała wygrać… nic nie wychodziło… ale wreszcie wygrała i otrzymała od Pana ostatni z tych, co je Pan rozdawał… Cieszę się z przyjęcia przez Pana mojego zaproszenia… serdecznie Pana pozdrawiam”. Prowadząc, jakiś czas temu, prywatną gazetę „PoPo” (Wrocławska Popołudniówka), rozdawałem wiele fantów. Od małolitrażowego samochodu, przez komputery, wycieczki, aż do karnetów na mecze koszykarzy „Śląska”.

    smektalyki-13-3

    DWA

    Fanty pozyskiwałem (między innymi) od Zenona Michalaka, tzw. szybkiego biznesmana. Wspomagał on finansowo powstający Kongres Liberalno- Demokratyczny. Wstawił na listy kongresu siebie – oraz polityczne młode wilczki z NZS, Grzegorza Schetynę i Jacka Protasiewicza. Wówczas załatwił sobie posadę prezesa koszykarzy „Śląska” Wrocław. A gdy jego firma, PCS, zaczęła się sypać, odstąpił „Śląsk” Grzegorzowi Schetynie (ten marketingowo związał się z garnkami „Zeptera”). Michalak i żona Schetyny pochodzili z jednego miasta, z Lubania Śląskiego. Ale wszystko skończyło się kulawo. Zenona Michalaka zamknęli w kryminale, zarzucając mu wyłudzenia z banków milionów złotych. A Grzegorz Schetyna, z sekretarza generalnego KLD, przepisał się do Unii Wolności. I zostałem bez nagród dla czytelników „PoPo”. Ale pan Zbiggero Sałamacha jeszcze się załapał na elektroniczne cacko. Dzisiaj ma chyba wypasione Apple.

    smektalyki-13-1

    Literatka” – miejsce wielu fundamentalnych dysput

    TRZY

    Paweł Warwas.

    Z kolei, podczas naukowej sesji w „Literatce”, mecenas Paweł Warwas, mój herbatnik z młodości, opowiedział z werwą, jak, o mało co, nie wyleciał przeze mnie z prawniczych studiów. Paweł wybierał się wówczas na uroczysty studencki półmetek. Ale, przed imprezą główną, wpadł do mnie, do „Piwnicy Świdnickiej”, gdzie byłem dyrektorem. Akurat przygotowywałem wystawę rysunków satyrycznych Andrzeja Mleczki. Na tę okoliczność podjąłem Warwasa peweksowską wódką „Żytnią” (80 centów USA, za półlitrową flaszkę!), wychylaną pod frytki. Gdy Paweł wychodził na ten półmetek z „Piwnicy Świdnickiej”, aby nie wypuszczać go z pustymi rękami, podarowałem mu, na drogę, pokaźną, metalową, czerwoną, nabitą, gaśnice pianową. Prezent przyjął z godnością i zaniósł ją na uczelnię, na zabawę. Tam, chcąc zmienić atmosferę na żywszą, poprosił przynudzającą kapelę, aby zagrała porządnego bluesa. Spier… frajerze -, odmówili mu grzecznie muzycy. Warwas powtarzał prośbę kilka razy. I po kilku spier… nie wytrzymał. Przyniósł z szatni moją gaśnicę i pokrył lipny zespól grubą warstwą białej piany. W następnym dniu, gęsto się tłumaczył u dziekana.

    Ale ponieważ wszystko zwalił na Andrzeja Mleczkę i Zdzisława Smektałę – zostało mu wybaczone, skończył studia.

    smektalyki-13

    Dom mojej młodości, Zgorzelec – Moys, ulica Waryńskiego (dzisiaj Świętego Jana).

    CZTERY

    Stanisław Gruszecki

    Staszek – po wielu latach – odezwał się, osobliwie, że na facebooku. Mieszka od dawna w Niemczech, gdzieś w Hesji. Jego mama miała teutońskie korzenie. Był moim najlepszym kumplem w technikum górniczym, wydział elektryczny. Mieszkaliśmy w Zgorzelcu – Moys’ie, na jednej ulicy, Ludwika Waryńskiego (dzisiaj Świętego Jana). Latem, jego ojciec dawał mi zarabiać na wakacje. Na kierownicy ruskiego welocypeda „Ukraina” rozwoziłem wielkie termosy (po jednym na stronę) z lodami, które produkował jako prywaciarz. Dostarczałem je w różne punkty miasta. Najbardziej cykałem, że się z rowerem wywalę. Wówczas porozbijam te drogie termosy i całe wakacje będę je odrabiał. Udało się zachować całe. Kumpel Staszek pachniał nieustannie żółtym serem, jakąś goudą, i miał niepohamowany seksualny popęd. Graliśmy w szkolnej drużynie koszykówki (trener nazywał się Drahal i pochodził z Wrocławia). Staszek często zostawał w szatni i podglądał przebierające się dziewczyny z miasta – ćwiczące w naszej szkolnej sali gimnastycznej.

    smektalyki-13-6

    PIĘĆ

    Kiedyś zapytał mnie – na poważnie – Zdzichu, co należy zrobić, aby opóźnić wytrysk nasienia, przetrzymać w ryzach Strzał Miłości? Wiedział, że mam już przychylną na dorosłość koleżankę, z którą eksperymentowałem w tej skomplikowanej dziedzinie społecznego obcowania. Sam byłem żółtodziobem, entuzjastycznie nastawionym do wiedzy, jak do zawodowego przedmiotu: elektryczność w górnictwie, prowadzonego przez absolutną sex bombę, pannę i profesor Borczyńską (nosiła szeroko wycięte bluzki). Nie znałem, na wyrywki, słynnego podręcznika Michaliny Wisłockiej „Sztuka Kochania”, która seksualizowała Polaków, tak skutecznie, jak w Niemczech Zachodnich, czyniła to empirycznie wieśniaczka, pochodząca spod Białegostoku, profesor Teresa Orlowski. Ale wobec serdecznego kumpla, nie mogłem wypaść na melepetę. I wymyśliłem naprędce radę, powiedziałem Staszkowi tak: Na pewno zatrzymasz wybuch, zapanujesz nad emocjami, gdy przywołasz do pamięci wielki koński gniady zad. Nad ten zad podniesie się ogon i spod ogona będą wypadać duże pączki. Całymi seriami. Wówczas twoje podniecenie się przestudzi. Minęło ponad czterdzieści lat i dojrzały chłop, Stanisław Gruszecki, pisze do mnie, że wciąż pamięta tamtą szczeniacką radę i że ona mu się w życiu mocno przydała.

    SanAntonio-039

    SZEŚĆ

    Marcin Świetlicki

    Dobre rady, za to w literaturze, usłyszałem na autorskim spotkaniu z poetą, i nie tylko, Marcinem Świetlickim. Wydał on ostatnimi czasy tom o perwersyjnym tytule „Drobna zmiana” (czy to z czymś kojarzycie?). Świetlicki miał 19 lat, gdy z Lublina przyjechał do Krakowa, odbębnił dwa lata w wojsku. Ja miałem 19 lat, gdy ze Zgorzelca przyjechałem do Wrocławia, dwa lata odbębniłem w wojsku, w podwrocławskiej Leśnicy.  Jego tom „Drobna zmiana”, punktujący hipokryzję, niepowtarzalność płynącego czasu kąpanie się w trywialności, obrazki codziennych zdarzeń  – przypominają mój tom „Jazz Baba Riba”. A już na tym spotkaniu autorskim spodobało mi się bardzo przygotowanie do poetyckiej narracji. Świetlicki przepytał publiczność: Jeśli jest ktoś, komu się nie podoba to, że Nagrodę Nobla dostał Bob Dylan – wypad! Jeśli jest ktoś, kto głosował na  Pawła Kukiza – też wypad!

    Czy taka poetycka prawda może nas wyzwolić?

    Zdzisław Smektała                                                                           bbd@bbd.pl

     

  • Czy redaktor Julian Bartosz bronił agenta STASI?

    Czy redaktor Julian Bartosz bronił agenta STASI?

    Ceremonie związane z ludźmi, którzy już odeszli na zawsze – wciąż trwają. Dzisiaj Dzień Zaduszny. Wspominki. Wracamy na porzucone wczoraj cmentarze, od wielu godzin migające płomykami zniczy – aby przywołać ludzi, którzy towarzyszyli nam wiele lat, dawali miłość, nienawiść, zazdrość i inne szatańskie sztuczki. Na te najbliższe dni mam dla Was refleksyjną propozycję. Jeśli zechcecie poznać powojenną historię dziennikarstwa i dziennikarzy Wrocławia – przeczytajcie umiarkowanie opasły tom wspomnień (225 stron) : „Demon zapomnienia”. Autorem jest, obsypany kurzem Historii, Julian Bartosz (1934). Jeden z niewielu dziennikarzy (niemcoznawca, historyk) wiernego – po kres – sobie i swoim ideom. Często życie wystawiało mu słony rachunek. Ale płacił swoje należności co do grosza. Nie brał kredytów, nie najmował żyrantów. Był (i jest) lewicowcem w czystej definicji tego słowa. Był redaktorem naczelnym „Gazety Robotniczej” oraz tygodnika „Sprawy i Ludzie”, pisma, które pokazywało życie w krytycznych barwach szturmówki.

     smektalyki-12-1

    DWA

     Julian Bartosz skończył dziennikarstwo na Uniwersytecie Warszawskim, doktorat na Uniwersytecie Wrocławskim, tam też docentował ze studentami. Był uczestnikiem Okrągłego Stołu, badaczem hitlerowskich zbrodni w Polsce. Za teksty o Niemcach i Niemczech zgarniał liczne nagrody (Juliana Bruna, Bolesława Prusa). Napisał sporo dyskutowanych książek, robił dokumentalne filmy. Ale nie jest to o nim laurka – zajrzyjcie więc do jego biogramu. A my wracamy do wydanego właśnie tomu „Demon zapomnienia”. Julian Bartosz pisze o sobie, autorze tej książki tak: Jestem jednym z „ostatnich Mohikanów” wrocławskiego i dolnośląskiego dziennikarstwa czasów tzw. komuny. Demokraci oskarżają nas o to, żeśmy kłamali. Odrzucam to pomówienie i dodam słowa patriotycznej pieśni: „Nie chcemy już od was uznania”. Akurat oni, żurnaliści III i IV RP, politycznie i ideologicznie całkowicie ze sobą przemieszani i skłóceni, uzurpują sobie prawo do określenia się jako prawdomówni. W ogóle nie dopuszczają myśli, że także ich dotyczy cytowane w tej książce słynne dawniej powiedzenie poetki i dziennikarki Marianny Bocian, że „prawda to jest to, co powinno być, a nie jest”.

    smektalyki-12-3

     TRZY 

    I dalej pisze Bartosz: „W swoich wspomnieniach, „Ostatnie zapiski zgryźliwego dogmatyka”, pisałem parę lat temu, że nim zaczną limitować nasze wolności, „powinni puknąć się w miedziane czoło”; dodam teraz, by po tym puknięciu wsłuchali się w głuche brzmienie w kamionkowym czerepie. Mówili też, i wciąż o tym brzęczą, że pomagaliśmy ukrywać trupa w szafie. No tak, no tak: teraz lamentują przy wystawionej na widok mumii demokracji, a dla równowagi gonią po polskiej puszczy, by zbratać się z „żołnierzami wyklętymi”! Napisałem tę książkę jako swoiste podzwonne dla koleżanek i kolegów, którzy mieli świadomość trafności słów o prawdzie. Jest nadto ta praca prośbą do Czytelników, by sprawiedliwie osądzali ludzi dawnych mediów. Proszę o zrozumienie i o sprawiedliwą krytykę”.

     smektalyki

    CZTERY

     Ja właśnie o tym zrozumieniu oraz sprawiedliwej krytyce. Julian Bartosz nie był moim feerycznym idolem, i on, zdarzało się, skakał mi na plecy (nigdy nie napiłem się z nim wódki). Pod pseudonimem Hieronim Orzeszek, wytykał w moich felietonach różne pop-artowe i high life’owe „wybryki”. A może nawet zaczadzenie ideologią Flower Power, kosmopolityzmem. A już, gdy pociągnąłem łacha z niemieckiego medialnego pieszczocha, Guentera Wallraffa, faceta, który od środka rozsadzał słynny tabloid „Bild”, gdy ośmieszałem uwielbianego dziennikarza z zachodnich Niemiec, Juliano Bartosz podstawił mi nogę, zbeształ i pouczał. Wówczas to, skrytykowałem tom głośnych reportaży Wallraffa „Na samym dnie” (Ganz Unten).  Wallraff, dla mnie, kompletny naiwniak, przeistoczył się w Turka gastarbeitera i w tych reportażach pokazywał niemieckiemu społeczeństwu,  jaki ciężki jest los cudzoziemskiego robotnika. Dla mnie, to były głupie teksty „obrońcy” praw pracowniczych. Wallraff skarżył się, na przykład, że jako biedne tureckie popychadło, fizycznie pracując w sieci McDonald’s, musi w zimie, bez…. kożucha, odśnieżać lokal. Co za krzywda!

     

    OLYMPUS DIGITAL CAMERA

    PIĘĆ

     Ale historia przyznała mi rację. Dzisiaj, w wolnej Polsce, milion Ukraińców odśnieża, bez kożucha, nie tylko lokale McDonalds’a, kapitalizm szeroko wokół szczerzy zęby. A w dodatku, władze Hamburga, zarzuciły Guenterowi Wallraffowi, że gościu był uprzejmy współpracować ze wschodnioniemiecką polityczną policją STASI. Tamte nasze potyczki, w niczym jednak nie przeszkadzają, abym dał uroczyste słowo honoru, że redaktora Juliana Bartosza, uważam za wybitną dziennikarską osobowość, wciąż jeszcze, mimo mijającego czasu, stawiającego mądre znaki istnienia. Daje świadectwo czasom, które znikają za horyzontem. A i Bartosz pewnie nie postawił na mnie krzyżyka zapomnienia. W książce „Demon zapomnienia” wspomniał o Waszym kosmopolitycznym felietoniście, jak na niego, nader życzliwie:

     smektalyki-12-6

    SZEŚĆ

     „W żadnym razie nie może w tym wykazie dziennikarzy zabraknąć postaci bluesmana aktora, pisarza i dziennikarza Zdzisława Smektały (1951). Jako felietonista pichcił na łamach GR, a potem innych gazet, istny tematyczny bigos. To było plotkarstwo w imponującym stylu. Wydarzenia i ludzie opisani byli, a to knajackim, a to poetyckim językiem. Ale czytało się jego teksty bardzo dobrze. Poruszał się w każdej otwierającej mu się luce. Jedno mu się nie udało: zostać senatorem. Zamiast dołączyć do partii „piwoszy” (satyryk Janusz Rewiński), chciał startować z własnego komitetu. Ludzie-wyborcy, nie mieli jednak jego poczucia humoru”.

     
    Tak właśnie było, kurde Felek. Więcej grzechów nie pamiętam. Nie przyrzekam poprawy. Howgh!
     
    Zdzisław Smektała
  • Z Woody Allenem w okolicach Zaduszek

    Z Woody Allenem w okolicach Zaduszek

    Duszą Myśląca Ludności! Nie oddawajcie – proszę – dzisiejszego zmroku bez walki. Ja, na tarasie mojego spichlerza, postawiłem rozłożystą, metrowego przekroju, ceglanego koloru – chryzantemę. I zapalę znicz Dla Wszystkich Którzy Odfrunęli.  Wszak jutro Święto Zmarłych – tak zakorzenione w naszej narodowej tradycji. Wczoraj zaś spotkałem – na wrocławskim rynku – zamyślonego Cezarego Kussyka. Niegdysiejszego, wziętego aktora Teatru Polskiego, dzisiaj samotnika, po ingerencjach na sercu, człowieka o twarzy Bustera Keatona. Zapytałem go wprost, bez wsadu dyplomacji, czy boi się śmierci?. Odparł, że tak, ale bardziej od niego boi się jej Woody Allen, ciągle o tym mówi, pisze.

    smektalyki-11-zaduszki-4

    Cezary Kussyk

    DWA

    Tylko, że Woody Allen – powiedziałem do Czarka – nawet z Chwil Ostatecznych robi komediowy scenariusz. Mówi – na przykład – że nie boi się umrzeć. Nie chciałby tylko być w pobliżu, gdy to się stanie w jego żałosnym życiu. A, że jego życie jest żałosne, to także dlatego, że ostatni raz był w kobiecie zwiedzając… Statuę Wolności. Ale jednocześnie – dodaje Allen – wierzy w absolutną mądrość Boga. Gdyby bowiem nie chciał, żebyśmy się masturbowali, dałby nam krótsze ręce. Tak do spraw ostatnich podchodzi permanentny szyderca, amerykański pisarz, reżyser, aktor (miasto dozgonne Nowy Jork).

     smektalyki-11-zaduszki-1

    Dusze nieobecnych pokazane na Domku Miedziorytnika Eugeniusza Geta Stankiewicza

    TRZY

     Cezary Kussyk, rówieśnik Woody Allena (Allen nakręcił 47 filmów, 7 więcej od Wajdy), odwdzięczył się przypomnieniem innego Amerykanina, pisarza Philipa Rotha. Autora głośnej powieści „Kompleks Portnoya” i wielu innych znakomitych, np. „Teatr Sabata”. Wyznał, że w okolicach Zaduszek, często czuje się jak jeden z bohaterów Rotha, schodzący ze sceny życia aktor, który niespodziewanie utracił swój talent. W teatrze, w którym grał wiele lat, nagabywał kolegów, czy gdzieś na scenie nie widzieli jego talentu. Gdyby znaleźli, prosił o oddanie. Nie był ten talent – być może – największy, ale ma dla niego, tego aktora, wartość sentymentalną. Zatem gdyby go odkryli, prosi o zwrot.

     smektalyki-11-zaduszki-3

    CZTERY

     Bardzo Kussyka rozumiem. Tak właśnie, w te refleksyjne dni, chcemy wspominać chwile minione. Wyjść do ludzi bez wielkich oczekiwań, poczuć ich bliskość. Taką bliskość miał wśród innych, Jurek Matysiak, też z ingerencjami na sercu. Zwany przez kumpli „Koniem” (wyścigi konne, bytowanie koni, były jego pasją). Legendarny rekwizytor, aktor w wolnych chwilach. Postać z wrocławskiej Wytwórni Filmów Fabularnych (pracował w niej pół wieku), który odszedł kilkanaście dni temu (miał 72 lata). „Koniu” był kaskaderem, dżokejem, instruktorem konnej jazdy. Pracował przy ponad setce polskich filmów. Uczył fachu Daniela Olbrychskiego, przy kręceniu „Diabła” Żuławskiego, koń rozwalił mu brzuch. Zajął się więc filmowymi rekwizytami. Miał osobiste zezwolenie na „kredową” wizytówkę o treści: Artystyczny doradca reżysera Radosława Piwowarskiego (tego od „Marcowych migdałów”). Był lubiany przez wielu reżyserów (Chęciński, Krzystek).   Maciek Żurawski, nakręcił o nim dokumentalny film „Czyż nie dobija się koni” (tytuł zapożyczony od Sydney’a Pollacka).

    smektalyki-11-zaduszki-2

     „Literatka”, miejsce „różnistych” dysput

    PIĘĆ

      „Koniu”, był moim bliskim sąsiadem. Mieszkał przy Kazimierza Wielkiego, ja przy  Wierzbowej (odległość 100 metrów). Często rozmawiał ze mną ze swojego balkonu położonego na pierwszym piętrze. Spotykaliśmy się w spożywczaku za rogiem, w muzycznym saloniku „De’Molika” u Marka Dudka, na ławce w parku, dawniej nazywanym Hanki Sawickiej oraz w pobliskim gabinecie „Zdrowe Nogi”. „Koniu” nieustannie narzekał na upierdliwość żony, ale gdy jej zabrakło, zaczął obsuwać się w dół. Uwielbiał go mój syn Radek, specjalista od komputerowych gier, scenarzysta. Mieli wiele wspólnych tematów. Przez ostatnie lata spotykaliśmy się na rynku w „Literatce”. Tam trzymał rolę takiego wrocławskiego Janka Himilsbacha. Lubił wypić, mówił mało, ale smacznie, jak bohaterowie „Armii Konnej”, wielkiej książki Izaaka Babla. Tak jak Janek Himilsbach, obiecywał, że zaangażuje mnie do nowego filmu z jego reżyserią – tak „Koniu” opowiadał o pokaźnym spadku, za który z artystami z „Literatki” nakręci fabułę.

     smektalyki-11-zaduszki

    Jerzy Matysiak „Koniu”

    SZEŚĆ

     W „Literatce” siadywał raczej z boku, na brzegowych krzesełkach. Nie pchał się do jądra zdarzeń. Ale gdy tylko powiedział jedno zdanie, reszta zgromadzonych kumpli, życzliwie wsłuchiwała się w te suche, ascetyczne słowa. Na zawsze zapamiętam jego epizod w filmie Piwowarskiego „Marcowe migdały”, o brudnych atakach na studentów w marcu 1968 roku. Zagrał tam betonowego partyjniaka, krzyczącego na wiecu z emfazą: „Studenci do nauki, pisarze do piór, Syjoniści do (uwaga) Syjamu!”. Tej kwestii mógłby mu pozazdrościć ówczesny I Sekretarz PZPR Władysław Gomułka. Aby podkręcić absurd tej sytuacji, prowadząc, moderując ogólnopolską premierę filmu Piwowarskiego „Marcowe migdały” we wrocławskim kinie „Warszawa”, jako mojego „tłumacza” w kontaktach z widownią, zatrudniłem Wietnamczyka, restauratora, pana Nguyena, który te gomułkowskie kwestie wykrzykiwał w swoim języku. „Koniu”, już tego tekstu nie powie.

     smektalyki-11-zaduszki-6

    SIEDEM

     Duszą Myśląca Ludności! Nie oddawajcie – proszę – dzisiejszego zmroku bez walki! Zapalcie także jutro, pojutrze, świeczkę za bliskich i dalszych, znajomych i nieznajomych. Po zmroku – a dzisiaj, po zmianie czasu, już po czwartej zanika dzień – wszystkie groby są do siebie podobne. Każdy przecież ma w pobliżu swojego sercowego kumpla „Konia”. Jak Boga kocham.

     Zdzisław Smektała

     

  • Ricardello Czarnecki – Największe Nieszczęście III Rzeczpospolitej

    Ricardello Czarnecki – Największe Nieszczęście III Rzeczpospolitej

    JEDEN

    Szanowna Duperelami Zamulana Publiczności! Opryskiwana każdego dnia wodospadem z nowymi Misiewiczami. Cała ta zabawa w medialnego dupniaka, to zaledwie dalekie echo po działalności niedoścignionego mistrza tego zjawiska. To sztubacki berek kucany, naśladujący nieudolnie osiągnięcia magnata picu i berbeluchy. Zapamiętajcie więc szaraki i konsumenci szczecińskiego paprykarza: Najwybitniejszym etatowym kombinatorem tubylczej sceny politycznej jest – coraz bardziej obrastający w kilogramy – Ryszard Czarnecki. Znam koleżkę ponad ćwierć wieku, więc dobrze wiem, o czym piszę. Jest jakieś 10 lat ode mnie młodszy, ale zawsze traktowałem go po ojcowsku. Nie mówiłem na niego – Rysiek, tylko zawsze Ricardello! W uznaniu jego kombinacyjnych zasług, gdy go publicznie zapowiadałem ze sceny, mówiłem nieodmiennie głośno: Oto przed Państwem (cokolwiek to oznaczało), największe Nieszczęście III Rzeczypospolitej. Ricardello ZChN Czarnecki!!! Appendix dla młodzieży – ZChN – to skrót nieistniejącej już partyjki Zjednoczenie Chrześcijańsko-Narodowe.

    smektalyki-10-czarnecki-2

    DWA

    Ricardello Henry Czarnecki (1963), sprawdzał się już w wielu dziedzinach zawracania Wisły kijem. Przewodniczył NZS na wrocławskim uniwersytecie, był wiceministrem kultury, przewodniczącym Komitetu Integracji Europejskiej, posłem kilku partii, prezesem żużlowców Atlasa Wrocław, członkiem rady nadzorczej piłkarzy WKS Śląsk, przewodniczył Komisji Łączności Polaków z Zagranicą, kierował wydziałem zagranicznym PZPN, monitorował wybory w krajach Trzeciego Świata, zakładał Unię Polityki Realnej Korwina Mikke, był doradcą prezydenta Wrocławia, prezesem w Instytucie Prawa i Studiów Europejskich, przewodniczącym Rady Nadzorczej spółki wydającej „Gazetę Polską Codzienną”. A nawet ideologicznie obmywał wiejskie nogi Andrzeja Leppera, szefa „Samoobrony”, który uczynił z Ricardella europarlamentarzystę. Wprawdzie, w 2007 roku, wywalili go z tej ludycznej formacji za zdradę, ale co się nanosił biało-czerwony krawat, to jego.

    smektalyki-10-czarnecki-1

    TRZY

    Wszędzie, gdzie tylko się obsadził, grzał ławę – za porządną kasę – rok, góra dwa i gonił dalej. Moim zdaniem Ricardello jest rekordzistą Polski w etatowych przewałach od Sasa do Lasa. A jeszcze nie wspomniałem o jego działalności redaktorskiej. Gazet było wiele, ale zatrzymam się przy „Dzienniku Dolnośląskim”. Była to pierwsza w Polsce codzienna gazeta kolorowa, wydawana za pieniądze z Norwegii, pierwsza w offsetowej technice. Powstała, pod parasolem „Solidarności” (1990).  Dla nas, dziennikarzy czarno-białych periodyków, pracujących w RSW, była cudem. Czuliśmy bliski upadek, totalną dominację „Dziennika Dolnośląskiego”. Ale, jakiś rok później, przechwycili ją działacze ZChN (z Czarneckim naczelnym) i zaczął się tej gazety gwałtowny upadek. Dziennikarze strajkowali i nawet wydawca, spółka „Norpol Press”, dystansowała się od treści publikowanych w tym dzienniku. Doszło do tego, że część dziennikarskiego zespołu przyszła do mnie, a pracowałem wówczas w „Gazecie Robotniczej”, abym został ich naczelnym, ratował gazetę. Lecz „Gazety Robotniczej”  (dzisiaj „Gazeta Wrocławska”) nie zdradziłem.

    smektalyki-10-czarnecki-3

    CZTERY

    Natomiast, jako znany katolik teoretyk, postanowiłem wyrwać Ricardello Czarneckiego z zależności od fuch, w których pieniądze bierze się za darmochę, za udawanie zatroskanych działaczy i polityków. Postanowiłem, temu Wańce-Wstańce, dać fach do ręki. Czyli dać drewniane pałki. Ale nie policyjne – a perkusyjne. Na jednym z moich festiwali „Blues Brothers Day”, zatrudniłem Ricardella w charakterze bluesowego perkusisty. Nie bacząc na koszty, wynająłem, do nauk na bębnach, Michała Czwojdę, jednego z najzdolniejszych drumlerów młodego pokolenia. Poprosiłem też ojca Michała, trębacza Zbigniewa Czwojdę, aby przygotował muzyczną ingrediencję. Wymyśliłem do aranżacji patriotyczną kompozycję, „Hejnał z wieży Mariackiej”. Jaki był tego efekt, możecie sprawdzić wpisując w YouTube frazę: „Europoseł Ryszard Czarnecki gra na perkusji”. Skończyło się na tym, niestety, że musiałem wezwać ochroniarzy aby z rąk Ricardella wyrwali te nieszczęsne pałki, kakofonia bowiem zabijała publiczność.

    ??????????

    PIĘĆ

    I tak wyszedł klops z mojej szlachetnej pozytywistycznej misji dania mu do ręki (w dłonie) porządnego zawodu. Ale przez ostanie osiem lat (w 2008 wykombinował, że zapisze się do PiS), to w czym był dobry, rozwinął na innych. W 2014 został wybrany wiceprzewodniczącym Parlamentu Europejskiego i dodatkowo zaczął ustawiać własną rodzinę. Żonę, Emilię Hermaszewską (córkę jedynego polskiego kosmonauty pochodzącego z Wołowa), wstawił do „Armatury” Kraków, spółki należącej do rodziny PZU. Starszego syna Przemysława, skierował na etat posła PiS. Młodszego Bartosza zaś – który, jak twierdzi tata, jest dobrym patriotą więc musi pracować w krajowej firmie – do figurowania w Polskiej Grupie Zbrojeniowej (znanej z dokonań w niej Bartłomieja Misiewicza). O dalszej rodzinie wybitnego europosła z Wrocławia media, na razie, milczą solidarnie.

    smektalyki-10-czarnecki-6

    SZEŚĆ

    Rodacy! Jeśli zatem dalej ekscytujecie się Misiewiczami – zaludniającymi syte w pieniądze firmy państwowe – pamiętajcie o pionierze, o prekursorze tej tłustej dziedziny życia. Poseł Czarnecki nigdy nie błysnął oryginalną intelektualną myślą – wysługuje się tandetnymi bon motami. Ale w zapewnianiu bliskim socialu – daje radę. Oceniam, że rodzina Ricardello Czarneckiego, za udające niezbędne posady – na familijne konta – miesięcznie przytula plus minus sto protekcyjnych tysięcy PLN. Do Roberta Lewandowskiego jeszcze sporo brakuje, ale przecież – da się żyć. Chociaż ja uważam , że największym życiowym osiągnięciem posła-chorągiewki, będzie to, że wżenił się w rodzinę Hermaszewskich, których przywódca, teść Mirosław (urodził się w 1941, na Wołyniu), został odznaczony tytułem Bohatera Związku Radzieckiego, Krzyżem Komandorskim Orderu Odrodzenia Polski, Orderem Lenina, Krzyżem Grunwaldu, Medalem Złotej Radzieckiej Gwiazdy, Medalem Polski Ludowej, Złotym Krzyżem Zasługi czy chociażby Odznaczeniem im. Jaka Krasickiego (i jeszcze 30 innych). Nie chcę się przechwalać, porównywać nieskromnie z generałem kosmonautą, ale te dwa ostanie medaliki posiadam i ja.

    Zdzisław Smektała                                                                        bbd@bbd.pl

  • Wąchanie butaprenu w big-bitowych sztybletach Beatlesów

    Wąchanie butaprenu w big-bitowych sztybletach Beatlesów

    „The Beatles” w poczekalni sławy

    JEDEN

    Zadzwonił Piotrek Wawrzynów, wzięty wystawca sztuki, organizator imprez. Ma otwarte zlecenie, od globalnej korporacji, aby na ivent, ściągnąć do Wrocławia światową muzyczną gwiazdę. Aby koszt tej zabawy nie był sążnisty. Za to medialny grzmot do samego nieba. Poradziłem mu zatrudnienie oprószonego patyną wielkiego supergwiazdora., „chuligana” francuskiego rocka – Johnny Hollyday’a (wierzgający mąż Sylvie Vartan). Za umiarkowaną kasę – przyleci na kilka godzin małą Cessną – ściągnie do Wrocławia wszystkie możliwe telewizje. To Hollyday właśnie, w latach 70., tak „przemeblował” hotel Cracovia, że remontowali go tygodniami. Rockman ten przyszedł mi też na myśl – po telewizyjnej premierze w Canal +, dokumentalnego filmu „Beatles vs. Rolling Stones”.

    DWA

    „Beatles vs. Rolling Stones”, to ciekawy niezwykle dokument, pokazuje początki rywalizacji dwóch legendarnych zespołów. „Jak ten pojedynek wyglądał? Co myśleli o nim sami członkowie zespołów? Czy rywalizacja naprawdę istniała? W filmie wypowiadają się reżyserzy z którymi współpracowali artyści, szefowie ich fanklubów, a także przyjaciele. Dokument zawiera w sobie także wiele unikatowych, archiwalnych zdjęć i nagrań.” Od razu przypomniała mi się moja młodość, z bardzo podobnymi – jak w filmie – biograficznymi wątkami. W Liverpoolu, gdzie w latach 60. zaczynali karierę Beatlesi, grało w tamtejszych muzycznych klubach 350 zespołów. W Zgorzelcu, w latach 60., liczyły się tylko 2 porządne kapele. Osobliwym faktem, były to 2 zespoły całkowicie greckie.

    tapety-58

    Część greckiej rockowej kapeli „Apollo-nes”

    TRZY

    Jeden nazywał się „Micky-des”, drugi zaś „Apollo-nes”. W Liverpoolu, menadżerem „Beatlesów”, pod koniec 1962 roku, został Brian Epstein (1943 – 1967, przedawkował), redaktor muzyczny gazety Mersey Beat, właściciel muzycznych sklepów. Gdy ja, w pamiętnym wydarzeniami politycznymi roku 1968, zostawałem menadżerem grupy „Apollo-nes”, miałem 17. lat, zaczynałem pracę fizola, elektryka w kopalni „Turów”, bo w trzeciej klasie, wyrzucili mnie z technikum górniczego. Miałem także syntetyczne spodnie w kratkę podarowane przez UNRR, wojskową marynarę, t-shirty farbowane domowo, jak te Joe Cockera, gdy śpiewał na festiwalu w Woodstock. Miałem też kilka pocztówek dźwiękowych. I mogłem do woli, przy bakelitowym „Pionierze”, słuchać Radia Luxemburg z muzyką mojego pokolenia.

    tapety-137

    Jedno z ostatnich wspólnych zdjęć zespołu „Micky-des” (brak Takisa Papadopulosa).

    CZTERY

    Gdy John Lennon, w roku 1966, powiedział, że „Beatlesi” są słynniejsi od Jezusa, gdy w USA, członkowie Klu Klux Klanu, zaczęli rozbijać i palić beatlesowskie płyty – miałem jedno tylko marzenie. Stać przy takich ogniskach i zabierać do domu niespalone krążki słynnej kapeli. Mój zespół „Apollo-nes”, dopiero wchodził na zgorzelecki rynek muzyczny. Popularniejsi byli chłopcy z „Micky-des”. Gorys Ikonomu, Nasio Jakowidis, Takis Papadopulos i Stelios Maksuris (jedynie on jeszcze żyje), zawładnęli słuchaczami w piwnicznym klubie „Na dole”, w którym, z każdego kąta pachniało rozpustą, tygodniową pierzyną. Grali ostrzejszego rocka, na big-bitowo przerabiali tradycyjną muzykę grecką (ale nie nadużywali buzuki). Mieli też dobry – na tamte lata – sprzęt. Lampowe wzmacniacze, marki „Telos”, perkusję „Amati”, werbel od świetnej firmy „Szpaderski”. Mieli nawet, chyba jedną, słynną wówczas czeską gitarę marki „Jolana”. A świetny gitarzysta basowy – Takis Papadopulos (byłem zakochany w jego mamie, podobnej do wdowy z filmu „Grek Zorba”, kobiecie o sercu partyzanta), sam konstruował znakomite elektryczne przetworniki do gitar.

    oldziak-45

    Wasz 17. letni menadżer, czyli ja (z Tadeuszem Chrobakiem, ten z prawej)

    ePIĘĆ

    Kapela, którą jakiś czas dowodziłem, była wiekowo młodsza od „Micky-Desów”. Wiele naszego sprzętu, to były samoróbki, elektryczne domowe przystawki do gitar, radioodbiorniki przerabiane na wzmacniacze o mocy zaledwie 2 watów! Ale chęci do konkurowania z brytyjskim rynkiem rock and rolla – nikt nam nie mógł odebrać. Prym w „Apollo-nes” wiedli bracia Angelopulos. W tym zespole zaczynał, znany w późniejszych latach jazzowy perkusista, Juwanudis Sarandis, zwany Serkiem. A Janis Angelopulos, został, wiele lat później, przedstawicielem na Grecję – fabryk Ursus i Bizon. Terenem mojego koncertowego działania był górniczy klub „Kubuś”. Oraz ponadpodstawowe szkoły, gdzie na potańcówkach, pojawiały się z Goerlitz – w ramach międzynarodowej przyjaźni – kobiety aktywistki w partyjnych niebieskich koszulach, dojrzałe do wszelkiej zabawy. Kobiety z niemieckiej połówki naszego przedzielonego Nysą miasta. Należące do FDJ, takiego teutońskiego ZMS.

    SZEŚĆ

    W organizacji imprez, rywalizowałem wówczas z kumplem, Tadeuszem Chrobakiem, który robił furorę, ściągając z Wrocławia do Zgorzelca, słynną wówczas grupę braci Miller. Przyjaźnię się z nimi do dzisiaj. Tadek był też organizatorem tras cygańskiego zespołu „Kałe Jakha”, pochodzącego z nieodległego Lubania Śląskiego. Niestety, Tadzik Chrobak, wielbiciel (mieliśmy wówczas po kilkanaście lat, panował w kraju mały realizm spod znaku Gomułki) książek Fiodora Dostojewskiego, odjechał w mesjanizm. I dokonał żywota w Sieniawce, największym w okolicy psychatryku. W tym Zgorzelcu lat 60., wszyscy: „Micky-Desi”, „Apollo-nesi”, domorośli organizatorzy koncertów (na których najodważniejsi wąchali halucynogenny klej butapren) marzyliśmy, aby się wyrwać w wielki świat – a przynajmniej do Wrocławia.

    zpunk

    Zakręcony (jednak bez udziału butaprenu) Zdzisław Smektała, przeżywa utwór „Hey Joe” Hendrixa.

    SIEDEM

    W premierowym, dokumentalnym filmie „Beatles vs. Rolling Stones”, jest taki fragment, że przebojem liverpoolskich sklepów Briana Epsteina, były umieszczone tam gramofony ze słuchawkami, okupowane przez słuchaczy. I ja doznałem tego uczucia. Gdy tylko otworzyli granicę z NRD, w każdej możliwej wolnej chwili biegłem do Goerlitz, na Berlinerstrasse, gdzie w muzycznym sklepie słuchałem z płyt „Amigi”, „Suprahonu”, „Deutsche Gramophone – stereofonicznego jazzu, bluesa, rocka. Sprzedawczynie brały mnie za dziwaka i nie pędziły za drzwi. Takie oto mam wspomnienia ze zderzenia beatlesowskiego, wielkiego Liverpoolu – z małym, ale charakternym Zgorzelcem. Wszak duma, uprzedzenie, ochota wydobycia się z anonimowości, smak sukcesu i klęski – tak samo rezonuje w młodych ciałach, w natchnionych duszach. Piszę te słowa tuż przed Świętem Zmarłych. Briana Epsteina, menadżera „Beatlesów”, Bóg zabrał do siebie w wieku 32. lat. A ja, oprószony stoicki bluesman, wciąż piszę słowa, felietony, prozę. Opowiem je kumplom, rówieśnikom, we wrocławskiej kawiarni „Literatka”. Może Bóg lubi mnie trochę mniej? Ale niech tam – co się będę kłócił!

    Zdzisław Smektała – za młodu ze Zgorzelca         bbd@bbd.pl

    apollones-beatles-1

    Pomniki Beatlesów w Liverpoolu

    Rok temu, w Liverpoolu, odsłonięto pomnik (pomniki) zespołu „The Beatles”. Może Nikos Ruskietos, Grek, radny i też muzyk, odsłoniłby w Zgorzelcu tablicę poświęconą kumplom muzykom, którzy swoim talentem europeizowali mieszkańców tego nadgranicznego miasta. Pomogę organizacyjnie i finansowo. To się im – kur…- należy. W tym coraz gorszym świecie.

     

  • Jak – prezydenta Lecha Wałęsę – chciałem przerobić na czarno

    Jak – prezydenta Lecha Wałęsę – chciałem przerobić na czarno

    Ewa Bem, Wojciech Karolak, Sławomir Wierzcholski, Waldemar Malicki, Włodzimierz Nahorny, Tomasz Stańko, Wojciech Korda, Bogusław Morka, Mira Kubasińska, Konstanty Andrzej Kulka, Andrzej Jagodziński, Lora Szafran, Zbigniew Namysłowski, Tadeusz Nalepa, Janusz Muniak

    Lech wałęsa w charakteryzacji absolutnego maga bluesa – Johna Belushiego

    Pan Zbigniew Kornobis, przysłał mi maila nawiązującego do felietonu z ostatniego piątku (21. X). Zapytał, czy: Mateusz Morawiecki, Władysław Frasyniuk, Ojciec Maciej Zięba, Józef Pinior, Daniel Olbrychski, Sylwester Chęciński, Andrzej Mleczko, Leon Kieres, Bogdan Zdrojewski, Rafał Dutkiewicz, Robert Gonera – to jedyni goście z klasą, których przerabiałem na bluesmanów. No nie, największym Polakiem, w którego pragnąłem wszczepić tę czarną muzykę, jest nasz były prezydent – Lech Wałęsa (1943). To, dla mnie oczywiście, obok warszawskiego barda, Stanisława Grzesiuka (1918, też elektryk), największy w Polsce po wojnie – Bluesman Życia. Poznał się też na Wałęsie (oprócz milionów wokół), ulubiony mój jazzrockowy gitarzysta, Brytyjczyk John McLauglin (1942), dobry duch słynnej Mahavishnu Orchestra. Grał z Milesem Davisem, Al Di Meolą, Paco de Lucią, Carlosem Santaną, ze wszystkimi gigantami. John McLauglin zapisał na płytach energetyczną kompozycję „Blues For L. W.”, która świetnie oddaje nastrój i odgłosy strajkującej stoczni gdańskiej (Live at the Royal Festival).

    Wiedziony tą szaleńcza ideą, przeflancowania Lecha Wałesy na bluesmana, napisałem kilka lat temu do prezydenta wiernopoddańczy list. Płaszczyłem się przed naszym Herosem, biłem czapką do ziemi, słodziłem mu ponad normę, aby tylko przyjechał do naszego Wrocławia, aby nawet zaśpiewał przerobioną na bluesa piosenkę Piotra Szczepanika, swojego doradcy do spraw kultury. Aby pokazać dzisiejszej Szanownej Widowni (jest wszak rok 2016) jakim jechałem lukrem, udostępniam fragmenty marketingowej filipiki, mojego nieokiełznanego serwilizmu. Napisałem do L. W. tak:

    walesa-na-czarno-6

    Brytyjski gitarzysta jazzrockowy – John McLauglin

    XIII Specjalny Międzynarodowy Festiwal Blues Brothers Day! Wrocław Teatr Polski Maj 2010. Pan Lech Wałęsa.

    Szanowny Wielce Panie Prezydencie! Jestem Pana fanem i admiratorem od lat wielu. Dawałem temu wyraz w życiu prywatnym i publicznym (dziennikarsko). Niejeden felieton, publikację, poświęciłem Pana Osobie. O wielkim do Pana szacunku niechaj przemówi załączone na ostatniej stronie zdjęcie, na którym klęczę przed Pana prezydenckim mercedesem, gdy przed laty odwiedził Pan Wrocław. Jestem pisarzem, felietonistą, dyrektorem międzynarodowych festiwali jazzowych i bluesowych. Ten do Pana wielki szacunek i moja atencja dla bluesa i jazzu przywiodły mnie do szlachetnej idei. W 30-lecie Polskiego Sierpnia – wspólnie z zacną, przyjazną Panu kapitułą – pragniemy przyznać Panu Prezydentowi tytuł: Największego Bluesmana (Blues Brothera) Powojennej Europy!

    Z tą myślą podzieliłem się z moimi znajomymi, których bardzo szanuję. A byli wśród nich i Pana Przyjaciele i Zwolennicy. Niektórzy z nich, to laureaci nagrody Blues Brothera z lat poprzednich. Myślą moją podzieliłem się w maju tego roku także z dwutysięczną widownią XII festiwalu BBD. Widownią zgromadzoną w Bazylice św. Elżbiety, czyli we wrocławskim Kościele Garnizonowym. Tam właśnie odbywał się koncert finałowy XII BBD – koncert Bluesa w Świątyni (Msza Kreolska)! Gdy opowiedziałem o idei nagrodzenia Pana, przybyła ludność wstała i przez wiele minut oklaskiwała ten pomysł, wykazywała frenetyczną aprobatę uhonorowania Pana Prezydenta w naszym mieście. Dodałem zgromadzonym słuchaczom, że byłaby to też równo V rocznica otrzymania przez Pana Prezydenta tytułu Honorowego Obywatela Wrocławia.

    Szanowny Wielce Panie Prezydencie! Proszę zatem o przyjęcie tego obywatelskiego wyróżnienia i uczynienie nam honoru swoją obecnością w majowej międzynarodowej muzycznej fecie. Fecie wiedzionej we Wrocławskim Teatrze Polskim. Zamierzony termin festiwalu to 22 lub 29 dzień maja. Ale gdyby ten termin miał Pan zajęty – zorganizujemy festiwal w winnym, wybranym przez Pana majowym terminie. Terminie, który byłby Panu wygodny – ma dla nas podstawowe znaczenie. Czynimy starania, by razem z Panem wystąpił na scenie gwiazdor globalnego bluesa Gary Moore. (…) Sądzę, że i Pan Prezydent zaśpiewa na festiwalu, chociażby fragment utworu swojego ulubieńca – Piotra Szczepanika, utworu, który muzycznie przerobimy na bluesa.

    Olsztynek - Lech Wa¸«sa w Gimnazjum im Noblist—w Polskich wziˆ¸ udzia¸ w uroczystoćci nadania uczniomtytu¸u Primus Inter Pares. Fot. Beata SzymaÄska / 27 czerwiec 2010 /

    Panie Prezydencie! Obok innych insygniów honorowej nagrody Bluesmana, otrzyma Pan Prezydent niezwykłą grafikę. Nigdzie do tej pory nie upublicznioną grafikę wybitnego twórcy, Andrzeja Czeczota, grafikę o znaczącej wiele nazwie: „Podpisanie „międzynarodowego” pokoju pomiędzy polskim rządem a polską klasą robotniczą – z Panem w głównej roli”. Zapewniam, że będzie to edytorska sensacja. Jej fragment załączamy. Praca ta powstała krótko przed grudniowym internowaniem Andrzeja Czeczota, przed jego wyjazdem do USA i do tej pory nie ujrzała dziennego światła. Festiwal poprowadziłby w roli gospodarza – wspólnie ze mną – znany rysownik Andrzej Mleczko. A także minister kultury, Bogdan Zdrojewski. (…)

    Wśród licznych gwiazd, jakie do tej pory dla naszego festiwalu oddały talent, znalazły się: Ewa Bem, Wojciech Karolak, Sławomir Wierzcholski, Waldemar Malicki, Włodzimierz Nahorny, Tomasz Stańko, Wojciech Korda, Bogusław Morka, Mira Kubasińska, Konstanty Andrzej Kulka, Andrzej Jagodziński, Lora Szafran, Zbigniew Namysłowski, Tadeusz Nalepa, Janusz Muniak i jeszcze wielu innych. A nawet zaśpiewała bluesowo wspólnie z Grekiem, Jorgosem Skoliasem, kapryśna i dzisiaj zagubiona Violetta Villas! Także żywiołowa Angela Brown z Chicago, czołowa gwiazda europejskiego jazzu – wielka Karin Krog z Norwegii, jedna z pięciu najwybitniejszych wokalistek w całej historii europejskiego jazzu. Także Carlos Johnson (Chicago), Andy Egert (Zurich), postmodernistyczna Nina Hagen z Niemiec, znakomicie zaśpiewała Aga Zaryan, świetnie grała grupa Krzak, furorę zrobił dwukrotny laureat muzycznej nagrody Grammy – bluesowy niesamowity harmonijkarz Sugar Blue.(…). Panie Prezydencie, Wrocław to miasto Braci Bluesa. Serdecznie Zapraszam!”

    meruc

    Wasz felietonista – jako żebrak – przed mercedesem Lecha Wałęsy

    A to i tak były fragmenty tej epistolograficznej Niagary. Ludzie Pana Prezydenta, z jego warszawskiego instytutu, zadzwonili dwa, trzy razy. Pytali o inne szczegóły. A następnie zamilkli. W końcu przeprosili, że Pan Prezydent nie może zostać Bratem Bluesa, bo musi wyjechać w świat, zatem na wrocławski festiwal nie trafi. I bluesowa idea padła. A mogło być tak pięknie. Wielki Lechu śpiewający szczepanikowe „Żółte kalendarze”, z Krzysztofem Ścierańskim na basie!

    Zdzisław Smektała

  • Mateusz Morawiecki – Nieuczesane myśli kołaczą mi się po głowie

     Morawiecki, Gomułka, Pilecki, Stalin, Smektała i Blues

    JEDEN

    Nie kręci mnie żadna tubylcza partia. A już najmniej Prawo i Sprawiedliwość. Stopień załgania w tym kłębowisku interesów ośmiesza wszelkie rekordy zapisane w Księdze Guinnessa. Za to lubię, 48-letniego, Mateusza Morawieckiego, dzieciatego gościa, rodem z Wrocławia, obecnie, zakochaną w przyszłorocznym budżecie, drugą osobę w państwie. Do roboty w rządzie poszedł z Banku Zachodniego, najbardziej bluesowego banku w Polsce (o czym będzie trochę dalej).. Morawiecki to prawdziwy ideowiec. Gdy rzucał robotę prezesa BZ WBK, drugiego co do wielkości prywatnego banku w Polsce, zarabiał rocznie 3 miliony złotych (3 000 000). To było 250 000 złotych miesięcznie. Jako wicepremier, zarabia na miesiąc mniej więcej piętnastaka (15 000). Tyle miał banku za półtora dnia roboty. Przy znacznie mniejszej odpowiedzialności. Teraz odpowiada za ewentualną pomyślność 38 milionów obywateli.

    Te jego zarobki w BZ WBK i tak nie były najwyższe. Gdy w 2007 roku obejmował władanie bankiem, jego poprzednik, Jacek Kseń, brał rocznie 5 milionów 600 tysięcy. W kilka godzin zarabiał tyle co dzisiaj krajowy premier przez miesiąc. Był wówczas najlepiej opłacanym bankowcem w Polsce.  A wracając do ideowości Morawieckiego. Był on jedynym prezesem banku, który w czasach finansowego kryzysu, w roku 2009, solidaryzując się z własnymi pracownikami, obniżył sobie uposażenie, miał mniej kasy na pasku. I nie było to 300 złotych. Ależ go tata Kornel wychował na wrażliwca. Także na zdolnego sportowca, za młodu grał w narodowej kadrze w ping ponga. Oraz internacjonała. Myślę, że wciąż jest honorowym konsulem Republiki Irlandii. Mateusz się ojcu odwdzięczył za to wychowanie – kończąc historię na UW, napisał pracę magisterską o „Solidarności Walczącej”…, którą zakładał jego tata.

    3

    DWA

    Mateusz Morawiecki miał we Wrocławiu spore poparcie. Wrocławska Platforma Obywatelska wystawiała go na posadę ministra finansów w swoim rządzie, miał zastąpić Rostkowskiego. Prezydent Wrocławia, Rafał Dutkiewicz, jego wieloletni herbatnik, wręczał mu nagrodę prezydenta miasta. W 2013 dostał Krzyż Wolności i Solidarności. A w 2015 roku, za wybitne zasługi w działalności na rzecz wspierania oraz promowania polskiej kultury i dziedzictwa narodowego, został odznaczony Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski. Mnie osobiście podobał się amerykański model zawodowej kariery wicepremiera. Odebrał solidne wykształcenie, posmakował dużego biznesu aby za symboliczne uposażenie przysłużyć się krajowi.

    ????????????????????????????????????

    TRZY

    To uznanie dla Morawieckiego uskuteczniłem kilka lat temu – przyznając mu tytuł Polskiego Bluesman Roku. Takie to właśnie wyróżnienia dedykowaliśmy każdego roku podczas mojego festiwalu „Blues Brother’s Day”. Przed Morawieckim dostało je wielu zacnych obywateli naszej kochanej Polandii. Wśród nich byli: Władysław Frasyniuk, Ojciec Maciej Zięba, Andrzej Mleczko, Józef Pinior, Daniel Olbrychski, Sylwester Chęciński, Leon Kieres, Bogdan Zdrojewski, Robert Gonera. I właśnie Mateusz Morawiecki. Ze sceny powiedziałem wówczas, że jest on pierwszym w Polsce przypadkiem, gdy ojciec Mateusza, rewolucjonista, Kornel Morawiecki, zamiast wysłać syna na barykady, pozwolił mu ruszyć po nauki do Hamburga, Frankfurtu nad Menem, Bazylei, pomógł mu zostać państwowcem z krwi i kości. Drugim takim facetem jakiego poznałem, w oceanie falsyfikatów, jest Bogdan Zdrojewski, jakoś cichy teraz i nieobecny. Szkoda.

    morawiecki

    CZTERY

    Gdy wręczyliśmy bankowcowi nagrodę bluesmana roku, gościa, który czuje bluesa –ciemnoskóra, niezwykła głosowo Jeanne Caroll! zaśpiewała mu powłóczystego hiciora. Musiał na Morawieckim zrobić wrażenie, bo dzisiejszy wicepremier po festiwalu przysłał mi list. Był napisany na papierze firmowym BZ WBK, więc uchylam rąbek prywatności:

    Wielce Szanowny Panie Zdzisławie! Raz jeszcze chciałbym podziękować za przyznanie mi tego jakże feelingowego tytułu Blues Brothera. Chyba zadziałało, bo od soboty czuję się zgoła lekko inaczej… bardziej niezwyczajnie, trochę niepokornie i różne nieuczesane myśli kołaczą mi się po głowie. Myślę, że to Pana powinno usatysfakcjonować, wszak podejrzewam, że taka była intencja tej nagrody, aby mój ogląd świata lekko zmienić…?

     Pewnie to zasługa też nie samej tylko nagrody, ale doskonałej oprawy artystycznej również. Do dziś w uszach pobrzmiewają mi cudowne dźwięki niebiańskiego głosu Jeanne Caroll! Panie Zdzisławie, w uznaniu zaś Pana zasług jako wieloletniego organizatora, animatora i ojca chrzestnego tego wspaniałego wrocławskiego projektu muzycznego, proponuję aby w roku następnym Prezydent Miasta Wrocławia pomyślał o jakiejś nagrodzie dla Pana! Za czym będę gorąco lobbował! Z Blues Brotherowym pozdrowieniem.

    Mateusz Morawiecki

    Smektała na weekend (7)

     PIĘĆ

    Ten BZ WBK, to bank mi bliski nie tylko z powodu posiadanego konta. Dawny prezes, Jacek Kseń, czcił wprost wokalistę Ryszarda Riedla i kapelę Dżem. Mateusz  Morawiecki lubił zaś naszych bluesowych artystów, przybywających do Teatru Polskiego z całego świata. Ja zaś w rewanżu wymyśliłem któregoś roku reklamowy slogan: BZ WBK. Czujesz bluesa?! I jest jeszcze jeden ważny fakt potwierdzający moją atencję do zespolonego z Wrocławiem banku. Otóż doznałem – jako jedna z trzech postaci po wojnie – wizerunkowego wyróżnienia. Zawisłem, ściślej, moja gęba, na całej połaci, na frontonie wielopiętrowego oddziału BZ WBK, tego na wrocławskim rynku. Jedną z nich był często się śliniący palacz papierosów „Sport”, I sekretarz KC PZPR, Władysław Gomułka. Drugą, odważny do szaleństwa patriota, rotmistrz Witold Pilecki. Oraz trzeci, Wasz ekstatyczny bluesman, jazzman, pisarz i felietonista, Zdzisław Smektała. W dodatku ja wystąpiłem na frontonie banku jako ciemiężca ludzkości – Józef „Koba” Stalin. Ale zestaw. W 2000 roku organizowałem wielkie widowisko na rynku, zatytułowane: „Pożegnanie lat 50.” I ten wielki „obraz” na 10 pięter był częścią autorskiego scenariusza. Brrr!

    Zdzisław Smektała